Fot. NGCMa di Tau, główna bohaterka filmu, ze swoimi lwiątkami
Pół wieku temu żyło ich w Afryce 450 tys. Dzisiaj - 20 tys. Król zwierząt przegrywa wojnę z władcą świata - człowiekiem. - Jednak możemy jeszcze te piękne koty uratować - mówią przyrodnicy Beverly i Dereck Joubert
Tomasz Ulanowski: Wasz najnowszy film - "Ostatnie lwy" - nakręcony na wyspie Duba w delcie rzeki Okawango w Botswanie kończy się znakiem zapytania. Czy małemu lwiątku udało się przeżyć?
Beverly i Dereck Joubert: Na razie. Ma teraz dwa lata i jest lwim nastolatkiem. Jeśli doczeka wieku 5-6 lat, stanie się dorosłym lwem z piękną grzywą. Ciągle jednak jego życie będzie wisiało na włosku. Także dosłownie, bo lwia grzywa uchodzi za najwspanialsze trofeum, jakie myśliwy może przywieźć z Afryki. Na wolności lwy dożywają średnio 14-15 lat. W niewoli osiągają bardziej sędziwy wiek - nawet 30 lat.
Nakręciliście dokument, który jest jednocześnie filmem akcji oraz epopeją wojenną. Zgodnie z radą Hitchcocka zaczyna się [od??]trzęsienia ziemi, a potem jest jeszcze bardziej emocjonująco. Jak to się robi?
- Długo i w ciężkich warunkach. Trzeba się przyzwyczaić do wstawania przed świtem oraz pracy nocą, kiedy lwy polują. Przez dwa lata obozowaliśmy w namiocie na sawannie, dopasowując się do rytmu życia tych wielkich kotów. Przez kolejne dwa pracowaliśmy nad montażem.
Głównym bohaterem jest Ma di Tau, czyli - w języku tswana używanym w Botswanie - Matka Lwów. Ta młoda, samotna samica przez półtorej godziny filmu zaciekle walczy o życie swoich trzech kociąt.
- Ta historia naprawdę się wydarzyła, choć oczywiście trwała dłużej niż w kinie, na ekranie jest bardzo zagęszczona, dynamiczna. Nie od razu wybraliśmy ją na główną bohaterkę. Kręciliśmy różne wątki - śledziliśmy grupę samic, a także samce, które nie przepłynęły Okawango, żeby dostać się na Dubę.
Jednak już w pokoju montażowym historia Ma di Tau wydała się nam najmocniejszą częścią opowieści i na niej się skoncentrowaliśmy. Ona jest jak klasyczny dramat w trzech aktach, który symbolizuje los wielkich kotów w dzisiejszych trudnych dla nich czasach.
Zależało nam też na tym, żeby sfilmować lwy w zupełnie innych sytuacjach, niż robiono to do tej pory. Stąd samotna bohaterka, która zmuszona przez los zmienia swoje zwyczaje i zaczyna polować w wodzie, czego nikt dotąd nie pokazywał! Życie tak ją docisnęło, że musiała się zachowywać niezwykle kreatywnie. Tylko w ten sposób mogła przetrwać i ocalić swoje kocięta, na które czyhały obce samce i podporządkowane im samice dowodzone przez lwicę Srebrne Oko.
Która jest antagonistą bohaterki.
- Chcieliśmy pokazać, jak różne są lwie osobowości. Każde z filmowanych przez nas zwierząt było inne. To ważne, bo zrobiliśmy ten film, żeby pomóc w ocaleniu lwów. Musieliśmy się odwołać do emocji. Same liczby nie wystarczą, żeby ludziom zaczęło zależeć na wielkich kotach.
Ryzykowaliście? Podchodziliście do lwów, kiedy walczyły ze sobą bądź z bawołami afrykańskimi, agresywnymi i przebiegłymi, uchodzącymi za jedne z najniebezpieczniejszych zwierząt na Czarnym Lądzie.
- Czasem byliśmy bardzo blisko, na kilkanaście metrów, innym razem filmowaliśmy teleobiektywem. Wszystko zależało od efektu, jaki chcieliśmy osiągnąć. Bo na przykład za pomocą teleobiektywu można pięknie spłaszczyć obraz. Wtedy, choć zwierzęta są oddalone od siebie o kilkadziesiąt metrów, wydaje się, jakby stały obok siebie. Samotna lwica tuż przy stadzie bawołów daje lepszy, bardziej dramatyczny efekt niż filmowana szerokim kątem, z zachowaniem dużej głębi ostrości.
Znaliśmy te nasze lwy tak dobrze, że mogliśmy zachowywać się bardzo swobodnie.
Ma di Tau wygląda w waszym filmie na dość głodną. Nie baliście się, że sami zostaniecie zwierzyną łowną?
- To właśnie spotkało pierwszą żonę Derecka (śmiech). Oczywiście, zachowywaliśmy zdrowy rozsądek, byliśmy ostrożni. Nie kładliśmy się koło samochodu, żeby uciąć sobie drzemkę w trawie. Nocą nie wychodziliśmy z obozu czy z auta, nie biegaliśmy, kiedy lwy polowały.
Obracamy się w towarzystwie lwów już dość długo. Wiemy, że kiedy zaczynają na ciebie patrzeć, musisz zastygnąć w miejscu. Dopiero kiedy się odprężą, wracasz do pracy. Na sawannie w towarzystwie dzikich zwierząt nie można popaść w leniwe samozadowolenie. Ale tak samo jest w Nowym Jorku - w pewne miejsca się po prostu nie chodzi (śmiech).
Mam wrażenie, że wśród tych lwów ryzykowaliśmy mniej niż podczas spaceru w wielu wielkich miastach, a już na pewno w południowoafrykańskim Johannesburgu.
Kiedy półtora roku temu spotkaliśmy się w rezerwacie Masai Mara w Kenii i jeździliśmy po sawannie samochodami terenowymi, zastanawiałem się, dlaczego lwy po prostu nie wskoczą do naszych aut. To byłby dla nich darmowy posiłek.
- To się zdarza, ale bardzo, bardzo rzadko. To tylko nam się wydaje, że jesteśmy dla nich łatwym celem. Bo ten posiłek wcale nie jest darmowy. Ludzie polują na lwy od milionów lat. One wiedzą, że ów wysoki, wyprostowany zwierz to niebezpieczny przeciwnik. Pamiętają, że za każdym razem, kiedy lew zabija człowieka, ludzie wyruszają na łowy i polują na swojego prześladowcę. Zresztą mają dookoła tyle innych zwierząt, że niespecjalnie potrzebują nas w swoim jadłospisie.