http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Wali się londyński most

Agata Bielik-Robson
16.02.2012 , aktualizacja: 09.02.2012 18:01
A A A Drukuj
Agata Bielik-Robson Fot. STAROWIEYSKA MAGDA/FOTORZEPA Agata Bielik-Robson
Rada królewska pozbawiła szlachectwa dawnego dyrektora RBS Freda Goodwina, argumentując, że ktoś, kto przyczynił się do rozpętania kryzysu, na którym ucierpiały miliony, nie ma prawa do szacownego tytułu ''rycerza królowej''
W ostatniej swojej książce ''Mapa i terytorium'' Michel Houellebecq, w typowy dla siebie sposób projektując nieco wysuniętą w przyszłość ponurą dystopię, pisze, że jednym z najbardziej charakterystycznych rysów nowej epoki - epoki, która nastąpiła po kolejnym Wielkim Kryzysie - okazała się absolutna dyskredytacja zawodu bankiera. Słowo ''bankier'' do pewnego momentu określające zawód szanowany - dyskretną szarą eminencję kapitalistycznego porządku - stało się naraz epitetem równoznacznym ze słowem ''rabuś'' albo ''gangster''. W świecie niedalekiej przyszłości opisywanym przez Houellebecqa ludzie nadal trzymają swoje pieniądze w bankach, bo gdzieś je trzeba trzymać, ale nie biorą już kredytów i nie dają się namówić namolnym bankierom na żadne finansowe spekulacje. Nikt już wprawdzie nie bierze poważnie jakiejkolwiek alternatywy dla kapitalizmu, ponieważ utopie marksistowskie zdyskredytowały się jeszcze bardziej. Kapitalizm wciąż panuje, ale są to powszechnie nielubiane rządy, w których moralną prawość i prawowitość nikt nie wierzy. Po kilku falach etycznego oburzenia, które na chwilę zmobilizowały ludność Zachodu do efemerycznych i bezładnych protestów, nad kapitalistycznym królestwem zawisła mgła rezygnacji i cynizmu. ''Na Zachodzie bez zmian'' - żadnej rewolucji, żadnego końca świata nie będzie. Tylko ciche i smutne wygasanie.

Houellebecq od dawna słynie ze swoich dystopijno-kasandrycznych przepowiedni, ale ta o absolutnej dyskredytacji bankierskiego kapitalizmu spekulacyjnego wprost sprawdza się na naszych oczach. Brytyjskie media (znów jestem w Nottingham, gdzie spędzam swoje doroczne dwa semestry na tutejszym uniwersytecie) zajmują się ostatnio tylko i wyłącznie jednym tematem - kolejnymi skandalami w świecie bankierów, którzy w ciągu jednej nocy z panów i władców tego padołu jednym werdyktem skazujących miliony na wyrok bezrobocia i całe regiony Trzeciego Świata na głód stają się napiętnowanymi wyrzutkami, na których skupia się gniew rozjuszonej opinii publicznej. Przez ostatnie trzy dni ta nagła odmiana losu dotknęła dwóch wysokich funkcjonariuszy Royal Bank of Scotland, jednego z najstarszych brytyjskich banków, który w latach 90., wciąż na fali thatcherowskiej spekulacji, rozdmuchał w Wielkiej Brytanii bańkę kredytową, a następnie znalazł się na progu bankructwa, z którego, rzecz jasna, wyratował Królewskich rząd za pomocą pieniędzy podatników. W tej chwili rząd (czyli wedle reguł demokratycznej konstytucji - podatnicy) ma większość udziałów w RBS, ale tylko naiwni by sądzili, że mogłoby to cokolwiek zmienić w polityce ekonomicznej banku. Ta bowiem rządzi się swoimi - jak mawiają eksperci od gospodarki, niech im ziemia lekką będzie - ''twardymi i naturalnymi prawami'', w które żadna ludzka polityka nie ma prawa ingerować. Wprawdzie te opiewane przez ''ekspertów'' twarde naturalne i matematycznie niezmienne prawa sprowadzają się koniec końców tylko do jednego - prawa niczym nieograniczonej chciwości (jak nauczał nas mogoł Gekko w pierwszej części ''Wall Street'' Olivera Stone'a), ale zwykłym śmiertelnikom, którzy ''nie znają się na ekonomii'', od tych praw wara. Tak zatem Stephen Hester, obecny dyrektor RBS, który ''ocalił'' bank przed bankructwem (czytaj: zapewnił prywatnym udziałowcom kolejne wspaniałe doroczne przychody) w ten sposób, że praktycznie zlikwidował linie kredytowe dla drobnego biznesu i klientów prywatnych, postanowił się nagrodzić premią wysokości 1 mln funtów szterlingów. Media natychmiast podchwyciły tę wiadomość, zadając swoje rytualne, dość bezradne pytanie: ''Czy to się godzi?'', a Partia Pracy - w tej chwili, niestety, w opozycji - zawyła z wściekłości, pytając, równie zresztą rytualnie: ''A gdzie w tym wszystkim udziałowcy w rządu, którzy powinni byli dopilnować, żeby pieniądze podatników, które zasiliły upadający bank, poszły na kredyty dla zwykłych ludzi?''. Po dwóch dniach Stephen Hester łaskawie zrezygnował z ''nagrody'', nie okazując przy tym najmniejszej choćby skruchy, ale wyłącznie pogardę dla opinii publicznej, którą wtrącił już w absolutny stupor, dzieląc się z nią informacją, że 1 mln funtów szterlingów to jak na przeciętną nagrodę wysokiego bankiera z londyńskiego City właściwie tyle co nic.

Jednak na tym nie dość ''prześladowań'' nieszczęsnego RBS! Wczoraj bowiem wydarzyła się rzecz bez precedensu: rada królewska pozbawiła szlachectwa dawnego dyrektora RBS Freda Goodwina, argumentując, że ktoś, kto przyczynił się do rozpętania kryzysu, na którym ucierpiały miliony, nie ma prawa do szacownego tytułu ''rycerza królowej''. Całe City solidarnie uderzyło w lament, żaląc się z powodu ''złej prasy'' i szykan, które ''ostatnio niesprawiedliwie dotykają profesję bankierską w wyniku populistycznej nagonki'' (cytuję za jedną z zapłakanych ofiar z City).

Nie wiem, czy to populizm, czy nie - szczerze mówiąc, nic mnie to nie obchodzi; razem z Oburzonymi na całym świecie mam poczucie, że bankierom słusznie się dostaje i że tak dalej po prostu być nie może. Mam ochotę śpiewać na pohybel Margaret Thatcher, Żelaznej Damie spekulatywnego kapitalizmu, starą cockneyowską piosenkę: ''London Bridge is falling down, my fair lady!''. I można mieć tylko nadzieję, że nie spełnią się ponure przepowiednie Houellebecqa i że z tego oburzenia, do którego wczoraj dołączyła się nawet brytyjska królowa, wyniknie w końcu coś pozytywnego.

Podziel się