To wielka, zapierająca dech w piersiach polska aktorka. Ma tu na Manhattanie swoje biuro, jej sekretarką jest Gertruda Stein.
Na przyjęciu usłyszałam, jak Lawrence Weschler, pisarz, dziennikarz, postać nowojorskiego życia kulturalnego, tłumaczył innemu pisarzowi, kim jest stojąca obok nas Elżbieta Czyżewska.
Przyjechałam na stypendium do New York Public Library, biblioteki w środku Manhattanu, tuż obok Bryant Parku. Tam właśnie przy jednym z setek stolików, za rzeźbą przedstawiającą Gertrudę Stein, słynną pisarkę i feministkę, Czyżewska miała zwyczaj przebywać w godzinach późnopopołudniowych (dla niej był to poranek, dzień miała przesunięty o jedną zmianę).
- To co, za kwadrans w moim biurze? - dzwoniła. A za jakiś czas: - Już jestem za tyłkiem Gertrudy.
Zbiegałam wtedy do Starbucka naprzeciw biblioteki i zamawiałam dwie kawy. Dla Eli Red Eye (Czerwone Oko), czyli duży kubek kawy amerykańskiej ze zwykłej maszynki z papierowym filtrem, do tego wlane espresso i odrobina gorącego mleka (z taką ekstrawagancją, by w miejscu zbiorowych usług gastronomicznych można było składać tak zindywidualizowane zamówienia, nie spotkałam się nigdzie poza Nowym Jorkiem). Ela przyjmowała tylko 'w biurze'. Któregoś dnia zaprotestowałam: nie będę spotykać się w parku w ulewny deszcz, skoro ona jest ciężko przeziębiona, słoik z rosołem przyniosę jej do domu (jedną przecznicę od biblioteki). Ela nie piła już wtedy swojej ulubionej kawy, była po pierwszej chemii (rak przełyku - paliła 60 papierosów dziennie) i połykanie czegokolwiek poza zupą sprawiało jej ból. Jak już u niej raz zagościłam, to potem spędziłam w jej domu wiele wieczorów. Żeby nadrobić moją słabą znajomość światowej kinematografii, Ela puszczała mi klasykę.
Lubiła cytować dewizę swego dziadka, który tłumaczył, że lepszy najmniejszy pokój w najlepszym hotelu niż wielki pokój w marnym. Dziupla Elżbiety mieściła się w miejscu wymyślonym jakby specjalnie dla niej, na 43. Ulicy, przy samym Time Square - drzwi obok był słynny Town Hall, a naprzeciw Henry Miller Theatre - w maleńkim chudziutkim domku wciśniętym w ten świat przepychu i neonów. Z korytarza od razu wchodziło się do pokoju, a tam trzeba było się przeciskać wąskim korytarzem, na postawienie jednej stopy, między rzędami ułożonych na ziemi książek i kaset. Na półkach już dawno nie było miejsca, choć ciągnęły się aż do sufitu wszędzie. Panował półmrok - Ela nie uznawała górnego oświetlenia, a lampki na stolikach były przesłonięte kupkami książek. Wszędzie były obrazki, bibeloty, biżuteria, zdjęcia w ramkach, porcelanowe filiżanki, porozrzucane ubrania, jedwabie, chustki, żakiety, parasolki, szpilki. Wszystko to było utkane z tej samej materii co Elżbieta - eleganckie, nieoczywiste, autoironiczne w przypadkowości nagromadzenia, no i przesiąknięte papierosowym dymem.
Telewizor, najważniejszy przedmiot w tym domu, podany był (dosłownie) na srebrnej tacy. Ela spędzała nocną zmianę na oglądaniu telewizji. Miała swoje stałe godziny, od których była uzależniona: autorskie programy polityczne i kulturalne, dyskusje o książkach - oglądała relacje z niezliczonych dyskusji i festiwali, które każdego dnia mają miejsce w Nowym Jorku. Wiedziała, co jest grane, co jest czytane (znała też nazwiska setek aktorek amerykańskich, pamiętała ich filmy i role). Ubóstwiała francuskie kino (francuski był jej pierwszym obcym językiem), kiedy je pokazywano - dzwoniła do swojej przyjaciółki Moniki Markowicz: 'Przełączamy na 555', i oglądały razem na tym kanale film.
Pamiętam, jak w prestiżowym audytorium Cooper Union w marcu 2002 r. przed ponad tysiącem osób, które kupiły bilety, żeby posłuchać polskiej poezji, czytała 'Głos w sprawie pornografii' i 'Urodziny', zwyczajnie, nie aktorsko. Pomyślałam wtedy, jak bardzo by się jej czytanie spodobało Wisławie Szymborskiej (która, jak zawsze, nie przyjechała). Pamiętam ciszę sali, kiedy na wieczorze w Center for Jewish History, to był listopad 2002 r., w 60. rocznicę zamordowania Brunona Schulza, czytała fragmenty 'Sklepów cynamonowych'. Na wysokim podium, na krześle, w krótkiej garsonce, idealnie wyprostowana, z nogą założoną na nogę kiwała bardzo powoli, rytmicznie stopą. - Obracałem głowę w lewo i w prawo - mówił mi potem prowadzący spotkanie Weschler - aż zobaczyłem, że połowa sali wykonuje ten sam ruch głowy. Elżbieta wszystkich nas, mężczyzn, na tę jedną magiczną chwilę przemieniła w fetyszystów śledzących ruch jej pantofelka. 'Nie widzę powodu, żeby okoliczności życiowe, polityka i reszta bałaganu światowego miały mnie wyrzucić z mojego wybranego zawodu' - tłumaczyła w jednym z wywiadów.
W czasie 33 lat przeżytych w Nowym Jorku zagrała w wielu filmach, serialach, drobne role, czasem większe. Andrzej Wajda - co często powtarzała - przywrócił ją teatrowi, angażując do roli Marii Lebiadkin w 'Biesach' Dostojewskiego. - To był 1974 rok - opowiada Wajda - w Yale Repertory Theatre, uniwersyteckim teatrze, w którym grali też studenci szkoły teatralnej. U mnie grała taka skromna dziewczyna, Meryl Streep, która była tak zafascynowana Elżbietą, że wręcz chodziła za nią. Miało się wrażenie, że 'uczy się' jej. Gdy Meryl Streep niedługo potem zagrała główną rolę w 'Wyborze Zofii', to jakby z jej akcentem mówiła po angielsku; może to wizerunek Elżbiety sprawil, że tak wyraziście zbudowała rolę Polki zgarniętej przypadkowo do Auschwitz?
Za rolę w 'Crowbar' Davida Belasco, trudnym tekście pełnym neologizmów i różnych innych wykręcaczy języka, Czyżewska dostała nagrodę 'Village Voice' - Obie Award, i Award of New York Criticism. Biegała na dziesiątki prób czytanych (w Nowym Jorku jest tylu dramaturgów, że już czytanie publiczne sztuki jest osiągnięciem, choć to jeszcze daleka droga do jej wystawienia). Czytała po angielsku, po francusku i po niemiecku. Przygotowywała się do tego z niezwykłą starannością i w wielkim napięciu. Wajda: - Z jakim uporem pojawiała się na tych auditions, jak cieszył ją każdy epizod, który zagrała. Pytałem: a może wrócisz do Polski? 'Andrzejku, to co, że ja będę grać w Warszawie, skoro tu jest tak ciekawie'. Ona kochała Nowy Jork.
Kazimierz Kutz: - Pamiętam jej entrée na festiwalu filmowym w Wenecji, to był 1963 rok. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Warszawy, Ela trzymała w ręku tekturową walizeczkę, ale nie chciała zdradzić, co w niej jest. Ona miała fantastyczne poczucie puenty. Na galę założyła sukienkę przez siebie uszytą, czarną, obcisłą, z dużym dekoltem i nagle z walizeczki wyjęła gałęzie głogu owinięte mokrymi gazetami, żeby pozostały świeże, i wpięła je w słomkowy kapelusz. Chodził za nią cały korowód mężczyzn i w pewnym momencie postanowiliśmy nawet zamienić się pokojami, żeby ją od nich uwolnić, zupełnie jak w bulwarowej komedii. Ela była taka szczęśliwa, że jest w Wenecji i że przeskoczyła te wszystkie panie w złotach i diamentach.
Była gwiazdą polskiego kina lat 60. Po ukończenia szkoły teatralnej do wyjazdu z Polski w 1967 r. zagrała w 27 filmach. W 'Zaduszkach' Tadeusza Konwickiego, w 'Pamiętniku znalezionym w Saragossie' Wojciecha Hassa, w 'Niekochanej' Janusza Nasfetera, no i przede wszystkim u Andrzeja Wajdy. We 'Wszystko na sprzedaż' była żoną Aktora i dawną miłością Reżysera, też sobą. - Ona czekała na takie kino - mówi Wajda - w którym byłaby nie tylko aktorką, ale i współtwórcą postaci. W Polsce trudno było o takie filmy, bo reżyser musiał oddać do zatwierdzenia pełny scenariusz. Mnie się jakoś udało, że od tego odstąpili. Jest tam scena, w której Czyżewska tańczy w pokoju, samotnie, przeciw wszystkim. Ta scena ma niewiarygodną siłę - jak to możliwe, że w jednym ujęciu można było zawrzeć całe jej życie, także i to, które wtedy jeszcze miała przed sobą?
Andrzej Wajda: - Zobaczyłem ją kiedyś, jak tak tańczyła. Poprosiłem, żeby to powtórzyła. Ona od razu rozumiała, o co chodzi. To wyszło tak mocno, bo ta postać była z niej samej.
Wiosną 2005 r. w Anthology Film Archives na dole Manhattanu na retrospektywie polskich filmów Czyżewskiej oglądałam 'Żonę dla Australijczyka' Stanisława Barei - zabawne dialogi Stanisława Dygata, ona w roli ślicznej chórzystki zespołu pieśni i tańca. - Tak, piesku - zbyła moje zachwyty Ela, która w latach 60. zagrała też w filmach 'Mąż swojej żony' i 'Małżeństwo z rozsądku'. - Filmy matrymonialne jakoś lepiej mi szły niż małżeństwa. Jerzy Skolimowski i David Halberstam musieli przeżyć trudne chwile z Czyżewską, bo woleli do nich nie wracać. Ona do końca przechowała Halberstama w życzliwej pamięci, bardzo mocno przeżyła jego śmierć w wypadku samochodowym w 2007 r. Ze związku ze Skolimowskim pozostały dla nas jej role w jego zachwycających szkolnych etiudach 'Erotica' i 'Hamluś', a potem w 'Rysopisie' i 'Walkowerze'.
Ze związku z Halberstamem pozostały niezliczone plotki po obu stronach oceanu. David Halberstam, sława amerykańskiego dziennikarstwa, w 1964 r. dostał Nagrodę Pulitzera za teksty o amerykańskim zaangażowaniu w Wietnamie. John Kennedy osobiście naciskał na wydawcę 'New York Timesa', by gazeta znalazła sobie innego korespondenta, ale ten tylko poprosił Halberstama o odwołanie urlopu, by nikomu się nie wydawało nawet przez chwilę, że mógł ulec takim sugestiom. Rok później, już jako korespondent 'NYT' w Warszawie, przyszedł na przedstawienie sztuki Arthura Millera 'Po upadku' w Teatrze Dramatycznym. Główną postać - Maggie wzorowaną na Marilyn Monroe - grała Czyżewska. Niedługo potem wzięli ślub.
Jej życiem był wtedy Teatr Telewizji i Teatr Dramatyczny w Warszawie, ciągłe jeżdżenie do Łodzi na zdjęcia - to był czas, kiedy nie schodziła z ekranu - i powroty tego samego dnia, w biegu do charakteryzatorni przed przedstawieniem. Do tego doszło życie w rezerwacie dla korespondentów, czyli w pensjonacie Zgoda, starannie naszpikowanym aparaturą podsłuchową. Ich związek był odgrywany na co dzień przed dość specyficzną publicznością - ubeków podsłuchujących ich rozmowy.
Aż do czasu, kiedy Gomułce nie spodobał się jeden tekst Halberstama, w którym Gomułka nie podobał się Halberstamowi.
Jeszcze nic o sobie nie wiedzieli, a już było miejsce, gdzie oni istnieli razem - w kartotece departamentu II MSW do spraw kontrwywiadu zajmującego się między innymi inwigilacją cudzoziemców. On trafił tam 26 kwietnia 1964 r. Szyfrogram nadesłany przez polski wywiad w Waszyngtonie informował, że niejaki David Halberstam ma zostać korespondentem w Polsce. Dużo sobie po nim obiecywano: młody, niedoświadczony, no i krytykował politykę USA w Wietnamie. Zatem: 'będzie mniej wrażliwy na inspiracje ambasady USA' i 'łatwiej będzie zainteresować go odpowiednią problematyką, o ile zapewnimy mu właściwe kontakty i opinie'. Ona trafiła tam pół roku później. Została namierzona, gdy z dwoma pracownikami ambasady amerykańskiej (jeden z nich zostanie świadkiem pana młodego na ich ślubie) poznanymi na pokazie filmu 'Giuseppe w Warszawie' umówiła się w Kameralnej. Wezwano ją na 'rozmowę wyjaśniającą'. Poinstruowano, że jak będzie się dalej spotykać, ma im przekazywać szczegóły spotkań. Czyżewska podziękowała - w takim razie woli się nie spotykać.
Halberstam szybko rozczarował władze bezpieczeństwa. Zamiast mieć 'właściwe kontakty', spędzał czas z Ireneuszem Iredyńskim, co zostało wielokrotnie z dezaprobatą odnotowane.
Według ustaleń MSW 'pierwszy kontakt' Halberstama z Czyżewską miał miejsce 3 marca 1965 r. Sześć tygodni później, 21 kwietnia, złożyli papiery w urzędzie stanu cywilnego, dołączając podanie o zwolnienie z miesięcznego okresu wyczekiwania. Dostali błyskawiczny termin: 25 kwietnia. MSW zabrało się do popsucia im tej przyjemności. Dyrektor departamentu od inwigilacji cudzoziemców zwrócił się o pomoc do dyrektora departamentu od urzędów stanu cywilnego. Halberstam wysyła 23 kwietnia telegram do 'New York Timesa': 'Przepraszam, że w tak szczególny sposób przerwałem dostarczanie wiadomości, ale sprawy się skomplikowały. W każdym razie jest ona uroczym, kochanym i zabawnym łobuziakiem i jesteśmy naprawdę szczęśliwi. Jest bardzo utalentowana i jestem przekonany, że będzie potrafiła mnie podtrzymywać'. Departament odnotowuje, że telegram podobny w treści wysłał też do swoich rodziców. Następnie przechwycono teleks z 24 kwietnia: 'Jesteśmy bardzo szczęśliwi. Zapewnia mnie, że w maju będzie mnie kochać tak jak w kwietniu'.