'Buty od Manolo Blahnika są lepsze niż seks' - miała kiedyś powiedzieć Madonna. Czy jest coś jeszcze lepszego? Być może buty od Jimmy'ego Choo. To w nich piosenkarka szła do ślubu z Guyem Ritchiem. Marki od dwóch dekad walczą o palmę pierwszeństwa na rynku ekskluzywnego obuwia. W życiu wielu kobiet wygrywają obie. Nie tylko z seksem, ale też ze zdrowym rozsądkiem, bo żeby mieć w szafie blahniki albo choo, trzeba wydać co najmniej 500 dol. Gdy się mieszka w Polsce, trzeba mieć też czas i pieniądze na podróże, bo najbliższe sklepy znajdują się w Monachium albo Moskwie (Jimmy Choo) oraz w Londynie albo Atenach (Manolo Blahnik). Kilka miesięcy temu wielbicielki mody na całym świecie zelektryzowała wiadomość, że ich ukochane buty będą sprzedawane za ułamek ceny, i to niemal na każdym rogu. I nie podróbki, ale prawdziwe buty od Choo. Od jesieni będzie mieć je w ofercie sieć H&M. Nie łudźmy się jednak, że buty dla H&M zaprojektował sam mistrz. Jimmy Choo swoje udziały w firmie Jimmy Choo Ltd. odsprzedał kilka lat temu. Od tego czasu projektuje pod osobną marką Jimmy Choo Couture (działa na licencji głównej firmy) i ma tylko jeden sklep - w Londynie przy 18 Connaught Street, do którego na wizytę trzeba się umówić z wyprzedzeniem. Ile więc jest cukru w cukrze, a raczej Jimmy'ego Choo w butach Choo dla H&M? Niewiele.
Książę Malezji
Jimmy Choo jest niski, drobny i nieśmiały. W trakcie rozmowy wbija wzrok w ziemię, a towarzyszący mu rzecznik prasowy ubiera jego lakoniczne wypowiedzi w bardziej wyszukane słowa. Jimmy rzadko udziela wywiadów. Ostatni raz prasa interesowała się nim w 2002 roku, kiedy brytyjska królowa przyznała mu Order Imperium Brytyjskiego. Dziennikarze ustawiali się wtedy w kolejce do jego sklepu i pracowni w centrum Londynu. Choo pokazywał swój warsztat (dziennikarze dziwili się, że tak prosto i niedrogo urządzony), opowiadał o swojej pracy (dziennikarze dziwili się, że po 20 latach na Wyspach nie stracił obcego akcentu), a potem przeczesywał rzednące czarne włosy i z dumą pozował do zdjęć z orderem od królowej na piersi. Dziennikarze trochę się dziwili, że to wyróżnienie tak bardzo go cieszy, a on podkreślał niezmiennie, że to najwspanialsza rzecz, jaka go spotkała w życiu. No może oprócz tytułu dato' (odpowiednik tytułu książęcego), który otrzymał od władz Malezji w 2000 roku. Wtedy był już najbardziej znanym Malezyjczykiem, dumą swojego kraju i inspiracją dla tysięcy młodych szewców, którzy całymi dniami zamknięci w małych zakładach, pochyleni nad skórami, podeszwami i obcasami marzą o wielkiej karierze. W latach 70. Choo był jednym z nich. Urodził się w 1961 roku w szewskiej rodzinie. Gdy tylko nauczył się chodzić, zaczął być sadzany w warsztacie i przyuczany do zawodu. Gdy miał 11 lat, zrobił pierwsze buty. Dziesięć lat później pojechał na wakacje do Londynu. Pewnego dnia zadzwonił do domu, żeby powiedzieć, że do Malezji nie wraca. Zaczął studia w Cordwainers College, prestiżowej szkole designu, która dziś jest częścią słynnego London College of Fashion. Ojciec Jimmy'ego zgodził się zapłacić za pierwszy rok nauki. Potem chłopak miał sobie radzić sam.
Kto wie, jak potoczyłaby się kariera Choo, gdyby nie spotkał trzech wyjątkowych kobiet. Bo początki, kiedy jedynymi kobietami w jego życiu były klientki, nie były zbyt obiecujące. W dzień się uczył, popołudniami dorabiał jako kelner i sprzątacz, wieczorami i nocami robił buty. Nie spał, nie jadł (ratował się zupkami w proszku), nie zarabiał. Wynajął pomieszczenie w gmachu dawnego szpitala w dzielnicy Hackney (jego sąsiadem był Alexander McQueen) i tam tworzył swoje buty - mniej więcej dwie pary dziennie. Pomagała mu Rebecca, koleżanka z college'u, potem żona. Są małżeństwem do dziś.
Czasem Jimmy sprzedał jakąś parę na straganie, czasem jego buty pojawiły się w kolorowym magazynie. Jednak dopiero po kilku latach przyszedł pierwszy sukces. W 1988 roku 'Vogue' poświęcił butom młodego zdolnego projektanta sześć stron. O Jimmym zaczęło być głośno. I wtedy w życiu Choo pojawiła się pierwsza ważna kobieta - Sandra Choi, bratanica jego żony. Miała 13 lat, irokeza na głowie, a we krwi niejedną zakazaną substancję. Uciekła od rodziców zamieszkujących zieloną, sielską wyspę Wight na południu Wielkiej Brytanii do barwnego Londynu. Schroniła się pod skrzydłami robiącego karierę wujka. Poszła do szkoły projektowania i do pracy w jego zakładzie. Na kilka lat stała się prawą ręką Choo. Jimmy, pracoholik i perfekcjonista, zaprzągł Sandrę do pracy. Często pracowali po nocach. College rzuciła, bo nie dawała rady godzić obowiązków.
Ich buty pojawiały się w prasie i na wybiegach, ale nie miały stałego kręgu odbiorców. Wtedy zjawiła się druga ważna kobieta - Diana Spencer, księżna Walii. Wśród brytyjskich wyższych sfer panowała wówczas niepisana reguła - buty miały idealnie pasować do koloru sukienki. Musiały być więc robione na zamówienie. Diana szukała szewca, a z racji pełnionej przez siebie funkcji musiała go znaleźć na rodzimym rynku. I tak trafiła na Jimmy'ego Choo. Małomówny, dyskretny był idealnym zleceniobiorcą zmęczonej zainteresowaniem wokół jej osoby księżnej. Przyjeżdżał do jej siedziby - pałacu Kensington. Przywoził próbki, pokazywał wzory. Dziś Choo nie pamięta już, ile par butów zrobił dla Diany. Pamięta jej upodobania ('Preferowała baletki, a kiedy już musiała założyć buty na obcasie, nie mogły mieć paska wokół kostki' - opowie w rozmowie dla 'Sunday Telegraph') i ostatnią parę, którą dla niej zrobił - złote czółenka. Miał je dostarczyć w poniedziałek. W niedzielę poinformowano, że Diana zginęła w wypadku. Wcześniej zdążyła jednak rozsławić projektanta. Miał już wierną pomoc (Sandrę) i silną markę, ale ciągle brakowało znaczącego sukcesu finansowego. I wtedy zjawiła się Tamara Mellon, trzecia ważna kobieta w życiu Jimmy'ego Choo.
Jimmy już tu nie pracuje
Był 1996 rok. Tamara miała wówczas 29 lat i była specjalistką od akcesoriów w brytyjskim 'Vogue'u'. Miała śliczną twarz, kontakty i bogatego ojca, który namawiał ją do zainwestowania w jakiś biznes. Prace Jimmy'ego Choo znała ze stron 'Vogue'a'. Zaproponowała mu współpracę. Ojciec Tamary (Tom Yeardye - milioner, biznesmen, wspólnik Vidala Sassoona) dorzucił milion funtów na zakup połowy udziałów w firmie. Tak powstała spółka Jimmy Choo Ltd. Plan był taki: Jimmy miał projektować, Sandra pomagać, Tamara robić PR i szukać producentów. Ale plan od początku nie działał. Jimmy - artysta i samotnik - nie umiał się przestawić na projektowanie dziesiątek wzorów i masową produkcję ('Jest po prostu szewcem' - powie potem 'New York Timesowi' Tamara). Do tej pory omawiał każdy wzór z klientką. Teraz miał przewidywać trendy i projektować kolekcje z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. To zadanie go przerosło.
Tamara była załamana, Sandra - wykończona pracą po godzinach i pośredniczeniem między wujkiem a jego wspólniczką.
W końcu doszło do rozłamu. Aby ratować honor firmy (mijały kolejne deadline'y, a projektów nie było), Tamara poprosiła Sandrę, aby to ona zaprojektowała kolejną kolekcję. Wzory spodobały się klientom, a Sandrę mianowano głównym projektantem spółki. Na jakiś czas wprowadziła się nawet do domu Tamary. Jimmy nie odezwie się do niej przez kilka lat.
Tamara całkowicie przejęła produkcję masową; Jimmy'emu zostawiono robienie butów na zamówienie. W 2001 roku za 10 mln funtów sprzeda swoją połowę udziałów firmie Equinox handlującej dobrami luksusowymi. Z wyjątkiem serii Jimmy Choo Couture formalnie straci prawa do posługiwania się w biznesie swoim nazwiskiem. Dlatego jego rywal Manolo Blahnik zapytany o Jimmy'ego Choo odpowie złośliwie: 'Jimmy who?' (Jaki Jimmy?).
Choo na czerwonym dywanie
Pod opieką Tamary Mellon firma kwitnie. Od kilku lat choo widuje się na czerwonych dywanach nie rzadziej (a może częściej) niż blahniki. Nosiły je między innymi Charlize Theron, Jennifer Lopez, Cate Blanchett czy Halle Berry. Butom Jimmy'ego Choo była poświęcona niejedna rozmowa bohaterek seriali 'Seks w wielkim mieście' i 'Rodzina Soprano'.
Plotkarskie magazyny odnotowały, że w styczniu Michelle Obama założyła zielone czółenka Choo na zaprzysiężenie męża, a w lutym - te same do londyńskiej opery. W czerwcu słuchała w Białym Domu koncertu jazzowego, mając na nogach srebrne szpilki, a na okładce listopadowego magazynu 'Prevention' pokazała się w złotych ażurowych sandałach od Jimmy'ego Choo.
Wiosną tego roku prasa przyniosła wiadomość o współpracy Jimmy Choo Ltd. z H&M. Wcześniej firma wypuściła już na rynek limitowane kolekcje sygnowane przez Karla Lagerfelda, Stellę McCartney czy Matthew Williamsona. Buty mają mieć przystępne cenny (w Polsce od 180 do 600 zł), tak aby każda kobieta i każdy mężczyzna (produkty sygnowane marką Choo będą też w męskiej kolekcji H&M) mogli założyć na siebie coś od słynnego projektanta.
Jeszcze nie ma pięćdziesiątki, a już jest żyjącą legendą. Jedni twierdzą, że tworzy prawdziwe dzieła sztuki, fikuśne (i ponoć wygodne!) szpilki wysadzane drogimi kamieniami. Inni narzekają, że to, co dziś wychodzi spod jego ręki, ma już niewiele wspólnego z modą. A jest tego tylko pięć par na tydzień, kosztują od 350 do 1000 funtów. Zwykle Jimmy mówi dziennikarzom, że jest szczęśliwy, ma teraz więcej czasu dla rodziny, mniej pracuje i odkrył, że na świecie oprócz butów są też ludzie. Czasem tylko wymknie mu się, że poproszony chętnie wróciłby do Jimmy Choo Ltd.
Kolekcja Jimmy'ego Choo dla H&M pojawi się w sklepach 14 listopada