http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Praca kobiet jako kaprys

Agnieszka Jucewicz
08.06.2011 , aktualizacja: 08.06.2011 16:42
A A A Drukuj
W poniedziałkowym dodatku Gazeta Praca ukazał się tekst Katarzyny Pawłowskiej-Salińskiej "Praca to dla mamy tylko hobby", w której autorka powołuje się na wyniki badań przeprowadzonych w ramach projektu "Godzenie ról rodzinnych i zawodowych kobiet i mężczyzn"
Debata na temat podwyższenia wieku emerytalnego kobiet trwa.
Debata na temat podwyższenia wieku emerytalnego kobiet trwa.
Badania te pokazują, że większość Polaków (mężczyzn i kobiet) uważa, że "na pracy zawodowej kobiet rodzina nic nie zyskuje". Pracująca mama małych dzieci po prostu się realizuje- praca to jej hobby, sposób na wyjście z domu, a dla niektórych nawet kaprys. "Dlaczego tak sądzimy?" - pyta autorka -"Bo kobiety zarabiają mniej od mężczyzn, a miernikiem korzyści, które praca zawodowa partnerów przynosi rodzinie, są pieniądze- wynika z badań". Mężczyźni zarabiają więcej (przeciętnie o 23%, dane z GUS-u) więc to oczywiste, że ich praca zawodowa przynosi materialne korzyści, co jednocześnie, jak rozumiem, daje im prawo do tego, żeby praca była dla nich również źródłem satysfakcji, rozwoju i innych korzyści niematerialnych. Kobieta, żeby mieć do tego wszystkiego prawo musi zarabiać...więcej niż rodzina wydaje na nianię, żłobek albo/i przedszkole- taki nasuwa się wniosek. O zgrozo.

Mam koleżankę, które pracuje na uczelni. Ma doktorat, dwójkę małych dzieci, jej pensja wynosi 2 tysiące złotych. Tyle samo płaci niani za opiekę nad młodszą córką, czasem też starszą, jeśli zachoruje. Jej mąż też jest pracownikiem naukowym. Dla niego fakt, że żona pracuje jest oczywistością. Rozumie, że praca potrzebna jest jej do życia- tak, jak każdemu innemu pracującemu człowiekowi (bez względu na płeć). Praca pozwala jej rozwijać swoje umiejętności, umożliwia jej kontakt z innymi, dorosłymi ludźmi, którzy dzielą jej zainteresowania, pozwala wymieniać myśli, nabierać nowych kompetencji, ponosić porażki zawodowe i sukcesy, itd. Ale okazuje się, że nie dla wszystkich to takie oczywiste. Iza wielokrotnie słyszała mniej lub bardziej dosadne komentarze na temat tego, że jest wyrodną matką, bo całą pensję oddaje niani, tzn. "pracuje tylko i wyłącznie po to, żeby jej dziećmi zajmował się ktoś obcy". Słucham?

Dlaczego pensję mamy, która decyduje się na powrót do pracy po macierzyskim/wychowawczym przeliczana jest na koszt niani, żłobka, przedszkola, a czasem nawet pieluch? Jeśli jest mniejsza niż te wydatki to znaczy, że nie "opłaca się" jej pracować- do takiego wniosku dochodzi wiele rodzin. Jeśli jest nieznacznie większa, to też należy się poważnie zastanowić, bo co z tego, że po zapłaceniu niani dla jednego dziecka i przedszkola dla drugiego rodzina będzie mieć 100 złotych na plusie? Jeśli pensja jest znacznie wyższa, to oczywiście dylemat finansowy znika. Ale przecież wydatki na nianię i przedszkole to są wydatki, które powinny występować na długiej liście wydatków ze WSPÓLNEGO budżetu domowego. Dopisuje się je do tej listy, kiedy przychodzi czas na nianie, żłobek, czy przedszkole, pojawiają się kolejne dzieci. Kiedy kobieta wraca do pracy to po prostu dokłada swoją część do tego budżetu, a wydatki, również te na nianie/ żłobek/przedszkole stają się wspólne. Ale jak wynika z badań, tak o nich nie myślimy. Bo kiedy pojawia się kwestia niani i pracy mamy, zaczyna się kalkulacja, czy to się opłaca. I z tego powodu rzeczywiście wiele kobiet decyduje się na zostanie w domu- bo przecież nie będą przedkładały swoich potrzeb, swojej satysfakcji nad dobro rodziny. Może decydują się na to również dlatego, że jeśli mają oddać całą swoją pensję niani i jednocześnie zmierzyć się ze stereotypem "wyrodnej matki"- to wolą już na te kilka lat dać sobie spokój. Może też dlatego, że swojej pracy zwyczajnie nie lubią i wolą zająć się dzieckiem niż do niej wracać, co nie dziwi, ale nie o takiej sytuacji piszę. Piszę o kobietach, które swoją pracę lubią i jej potrzebują.

Z jednej strony mnie to nie dziwi. Ludzie i tak mają mnóstwo wydatków (jak wiadomo jesteśmy pozadłużani na potęgę), a zostanie na wychowawczym, co tu dużo mówić, jest po prostu dla rodziny oszczędnością. A z drugiej mnie dziwi i denerwuje- bo problem godzenia pracy i życia rodzinnego nie powinien być problemem tylko i wyłącznie kobiety, powinien być problemem obojga rodziców. Zwłaszcza, że będzie on, moim zdaniem, narastał, nie malał i to nie tylko z powodu braku żłobków i przedszkoli, również dlatego, że zaangażowanie babć (rzadziej dziadków) w pomoc w opiece nad wnukami będzie raczej, tak jak to się dzieje w Europie Zachodniej również słabnąć. Coraz częściej, starsi rodzicie mają swoje życie, swoje plany, które chcą realizować, i nie chcą poświęcać swojego cennego czasu na pomoc dorosłym dzieciom. W sumie nie ma się czemu dziwić. Coraz więcej rodzin, które decydują się na dzieci będą musiały więc korzystać z płatnej opieki, w mniejszym lub większym wymiarze. Wydatki się zwiększą.

Nawet jeśli dziecko chodzi do przedszkola, to choruje, w pierwszym roku wyjątkowo często. Kto bierze zwolnienia? Głównie mamy- jak ktoś nie wierzy, proszę popytać wśród znajomych. Dla niektórych kobiet, niestety, jest to argument za tym, żeby nie wracać do pracy również w pierwszym roku przedszkola: "Będę brać co chwila zwolnienie, to mnie wywalą". A potem jest szkoła i jest jeszcze gorzej, bo przedszkole przynajmniej jest czynne od 7.30 do 17, a szkoła jest często na zmiany, lekcje czasem kończą się o 12, 13, czasem zaczynają o 11. itd. więc znowu pojawia się problem "godzenia pracy zawodowej i życia rodzinnego" i znowu może paść pytanie o opłacalność pracy kobiety. Do czego zmierzam? Do tego, że jeśli o pracy matek będziemy myśleć tylko i wyłącznie w kategoriach opłacalności lub braku opłacalności, to konkluzja jest jedna: matki powinny siedzieć w domu przynajmniej dopóki dzieci nie będą w stanie samodzielnie chodzić do szkoły, wracać z niej, oraz same przygotować sobie posiłek i się sobą zająć. Czyli ok.10-12 roku życia. Nieobecność na rynku pracy przez 10 lat to jest zawodowe harakiri. Osobiście uważam, że nieobecność na obecnym rynku przez 3 lata to jest duże ryzyko, ale to osobny temat. Takie myślenie to jest droga donikąd. Więc jeśli mamy dyskutować na temat "godzenia pracy zawodowej i życia rodzinnego", to w inny sposób. Chętnie porozmawiałabym też o tym, jak to mężczyźni godzą pracę zawodową z życiem rodzinnym, z czego rezygnują, jak zmieniają swoje grafiki, jak są elastyczni, jak często biorą zwolnienia na dziecko, jak często chodzą z nimi do lekarza, odbierają i przyprowadzają do przedszkola/ szkoły, jak wreszcie angażują się w poszukiwanie opiekunek, jeśli oczywiście praca ich żon jest opłacalna dla rodziny.

Czytaj też na blogu Agnieszki Jucewicz.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Skomentuj:

Musisz się zalogować, by dodać komentarz. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (6)

  • krolowa_karo

    Oceniono 2 razy 2

    @bawarska
    Jestem dzieckiem niepracującej mamy i mega-zapracowanego ojca. I wiesz kto miał większy wpływ na moje wychowanie? Strzelaj...
    O mamie złego słowa nie powiem. Jest uosobieniem troski i dobra, jest ciepła, sprawiedliwa i cierpliwa. Ale i tak największy wpływ na mnie miał ojciec. Bo ma olbrzymią wiedzę, bo zawsze ma rację, bo pracował i w tej pracy zajmował się trudnymi rzeczami. Nie byłabym gorzej wychowana, gdyby moja mama również pracowała. Zapewniam Cię. Może miałabym za to lepsze wzorce partnerskiej rodziny? Rodziny w których obie strony muszą iść na kompromis żeby pogodzić pracę, dzieci i przyjemności.

    Spędzanie z dziećmi całych dni nie przełożenia na autorytet jaki się ma u dziecka. A bez autorytetu nie ma wychowywania. Sorry.

  • foo_bar

    Oceniono 1 raz 1

    Jestem jednym z tych podrzuconych wychowawczyniom w przedszkolu dzieci (5 razy w tygodniu po 8-10 godzin) i mam się świetnie. Co więcej, rewelacyjnie przedszkole wspominam - wierszyki, przedstawienia, rytmika, zabawy z dziećmi we fryzjera, lekarza, sklep, księżniczki... Rodzic, obojętnie jak bardzo kochający, nie jest w stanie zastąpić dziecku tak intensywnego kontaktu z grupą rówieśniczą i ręczę, że 99% rodziców nie zna tylu wyliczanek, opowiadań i zabaw ile znają zawodowe przedszkolanki. Prawie wszystkie dzieci z mojej grupy zostawały w przedszkolu cały dzień a jak ktoś wychodził wcześniej to był zawsze płacz, że inne dzieci się bawią dalej a ono musi już iść...

    No, ale może mam po prostu taki uraz i czuję się tak odrzucona przez rodziców, że aż wyparłam to z pamięci ;-)

  • bawarska

    Oceniono 3 razy -3

    Jedno z nich, niekoniecznie matka, jak napisałam. Rodzice powinni zajmować się swoimi dziećmi. Obydwoje. Jedno z nich powinno dzieci wychowywać, być z maluchami, gdy drugie pracuje, nieważne, czy matka, czy ojciec. Mogą to robić pół na pół - jak wypracują taki model. Chodziło mi o to, że dzieci to nie zabawki, by je dawać na 10 godzin dziennie opiekunce, a "pobawić się" w rodzica w weekend. Dzieci tak wychowywane nie będą mieć dobrych relacji z rodzicami. Wszystko mi jedno kto pracuje i ile zarabia w domu.

  • ricemice

    Oceniono 2 razy 2

    Piszesz ze jeśli rodzina decyduje się na dzieci (..) "to jedno z rodziców powinno z miłością się nimi zajmować." Przepraszam a dlaczego jedno? Dlaczego nie oboje?
    I nie wiem czemu wciąż pokutuje stereotyp ze to musi być matka, ojcowie są już zwolnieni? Jeśli chodzi o kolejny stereotyp ze to oni zarabiają więcej wiec nic nie muszą już robić w domu to przepraszam to co ja mam zrobić w sytuacji kiedy to ja zarabiam 2x więcej od mojego męża?

  • bawarska

    Oceniono 4 razy -4

    A czy ktoś pytał dzieci, co dla nich lepsze? Przebywanie z mamą, czy z obca kobieta 10 godzin dziennie? Jeżeli małżeństwo decyduje się na posiadanie dzieci (przecież nie wszyscy muszą je mieć, wolny wybór), to jedno z rodziców powinno z miłością się nimi zajmować. Rozumiem przedszkole na 4,5 godzin dziennie, by dziecko mogło się rozwijać i pobyć z innymi dziećmi, Wówczas mama na czas na pracę. Ale niemowlęta i przedszkolaki oddawane na 10 godzin 5 dni w tygodniu obcym.... nie dziękuję. To moje dzieci i ja chcę mieś wpływ na ich wychowanie, a nie zostawić wszystko obcej osobie i tylko udawać mamę w weekendy...
    Oczywiście decyzna należy do nas. Zarówno o posiadaniu dzieci, jak i ich (nie)wychowywaniu...

  • esada

    Oceniono 1 raz 1

    "Chętnie porozmawiałabym też o tym, jak to mężczyźni godzą pracę zawodową z życiem rodzinnym, z czego rezygnują, jak zmieniają swoje grafiki, jak są elastyczni, jak często biorą zwolnienia na dziecko, jak często chodzą z nimi do lekarza, odbierają i przyprowadzają do przedszkola/ szkoły, jak wreszcie angażują się w poszukiwanie opiekunek, jeśli oczywiście praca ich żon jest opłacalna dla rodziny" - OTÓŻ TO - NA TEN TEMAT NALEŻAŁOBY POROZMAWIAĆ!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX