http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Po kokardę

Agnieszka Jucewicz
16.12.2010 , aktualizacja: 09.12.2010 17:00
A A A Drukuj
Gdyby istniał raj dla gospodyń domowych, mógłby wyglądać jak jeden ze sklepów Cath Kidston
Cath Kidston projektuje także dla innych marek - m.in. namioty dla firmy Millets
Fot. East News
Cath Kidston projektuje także dla innych marek - m.in. namioty dla firmy Millets
Projektantka w showroomie. 
Londyn, 2006 r.
Fot. East News
Projektantka w showroomie. Londyn, 2006 r.
Mój dom to moje królestwo - mawiają Anglicy. Dom w stylu Cath Kidston to królestwo słodyczy i wszechobecnego różu
Fot. East News
Mój dom to moje królestwo - mawiają Anglicy. Dom w stylu Cath Kidston to królestwo słodyczy i wszechobecnego różu

Fot. Jeremy Durkin / Rex Features Jeremy Durkin / Rex Features
ZOBACZ TAKŻE
Błękitna elewacja, markiza w biało-różowe paski, a nad wejściem napis w stylu retro w kolorze koralowym. W witrynach firanki, zasłony w róże, ubrania w kwiatowe wzory i kubki w grochy w kolorach pastelowych. Można sądzić, że to sklep z zabawkami. Ale po przekroczeniu progu okazuje się, że to, owszem, wymarzone miejsce dla dziewczynek, tyle że nieco starszych, które najbardziej na świecie lubią bawić się w dom.

Jest swojsko, przytulnie i nieco bałaganiarsko. Kącik z ubrankami i zabawkami dla dzieci wygląda jak żywcem przeniesiony z zamożnego domu z angielskiej prowincji lat 50. Sukienki, torby i buty zamiast na anonimowych białych półkach wiszą w prawdziwych szafach. Filiżanki i zastawa pochowane są kredensie, a sztućce wystają z otwartych szuflad. Kultowe książki Kidston, w których uczy, jak szyć, dziergać i samodzielnie przerabiać stare meble, stoją niedbale na drewnianym regale. W rogu zostały stłoczone bele tkanin w nieśmiertelne kwiaty, grochy, paski, łódeczki albo misie. Na podłodze wykładzina imitująca gruby dywan, w skrzyni kłębią się kalosze w kolorowe wzory. Wszystkiego można dotknąć, wszystko obejrzeć, rozłożyć, przymierzyć.

Wierne klientki po godzinach oglądania i wybierania wychodzą ze sklepu z wypiekami na twarzy, z naręczem pudełek i toreb. A ci, którzy trafili tu przypadkiem i niekoniecznie podzielają gust współczesnej Laury Ashley, po 15 minutach odczuwają nieodpartą chęć opuszczenia przybytku rodem z planu filmowego 'Żon ze Stepford'. Od nadmiaru słodyczy robi się mdło. I dla równowagi ma się ochotę siarczyście zakląć i odwiedzić sklep z maszynami rolniczymi.

'Cath' - tak mówią o niej jej fanki, których wnętrza domów są repliką wnętrz sklepów tej marki. W portalach społecznościowych, na forach dyskusyjnych i stronach poświęconych projektowaniu kobiety o nickach Hortensja, Królowa Vintage albo Cynamonowa Szarlotka wymieniają najświeższe informacje: 'Dziewczyny, śpieszcie się, bo wyprzedaż trwa tylko do jutra!', 'Hej, a widziałyście te nowe futerały na komórki? Cudowne!'. 'Czy kupiłyście już to obłędne radyjko w róże?', 'Jestem załamana, nigdzie nie mogę znaleźć zasłon w łódeczki. Mój synek będzie niepocieszony' itp.

Przeciwniczki sielankowej estetyki uważają, że Cath już dawno się przejadła. Sprzedała swoje ideały, kiedy zaprojektowała torbę na zakupy dla Tesco, obicie na popularne dziecięce wózki dla Maclarena, a dla specjalisty od sprzętu campingowego firmy Millets - namioty, które wiosną i latem w bogatych dzielnicach Londynu wyrastają w parkach jak grzyby po deszczu. 'Powiedzmy to sobie wreszcie - Cath idzie w komerchę'. 'Jej sklepy wyglądają, jakby ktoś zjadł bukiet kwiatów i się nim obficie zrzygał' - nie owijają w bawełnę dawne wielbicielki. 'Kiedy moja koleżanka, która jest dla mnie esencją tandety, zaczęła mieć fioła na punkcie Cath Kidston, wyprzedałam wszystko, co miałam tej marki na eBayu. Od dzisiaj stawiam na czerń'. 'Ona jest taka passée. Zbija fortunę na ludziach, którzy nie mają gustu. Ale to się niedługo skończy. Wszyscy będą mieli powyżej uszu tych groszków i kwiatków. Ile można?'

Okazuje się, że można długo. W tym roku mija 17 lat, od kiedy Cath Kidston podbiła rynek. Zaczynała skromnie i ryzykownie. Skromnie, bo jej pierwszy sklep w Londynie nie oferował wiele. Kidston była i producentką towarów, i kierowniczką sklepu, i asystentką sprzedaży. W sklepie założycielskim można było kupić wyszywane ścierki, tkaniny w stylu retro, odnowione stare meble i pomalowane w żywe kolory oraz ręcznie robione poduszki - jak przyznaje sama Kidston - 'dosyć przeciętnej jakości'. 'Zdarzało się, że w tamtym okresie klientki prosiły mnie o przecenę towaru, bo nie spełniał ich oczekiwań'.

Ryzykownie, bo w roku 1993 w projektowaniu wnętrz królował minimalizm. Moda na vintage miała nadejść pięć, sześć lat później. Znajomi z branży pukali się w głowę: kto, na Boga, kupi ten kicz, kiedy wszyscy marzą o sterylnych białych przestrzeniach i prostych, funkcjonalnych przedmiotach? Kiedy jej stałą klientką została Miuccia Prada, Kidston uwierzyła, że może jednak ma nosa do trendów, skoro ikona stylu postanowiła zaopatrywać się w poduszki właśnie u niej. Pod koniec lat 90. wybuchła moda na retro.

Dzisiaj Kidston ma 27 sklepów w Wielkiej Brytanii, dwa w Irlandii, sześć w Japonii i jeden w Korei Południowej. W Japonii jest szczególnie duży popyt na jej produkty, bo estetycznie wpisują się w charakterystyczną dla tamtej kultury ideę kawaii, która odnosi się do tego, co cukierkowe, dziewczęce i słodkie. Kidston nie kryje, że skorzysta z koniunktury, i planuje otworzenie kolejnych 50 punktów w Azji.

O Cath Kidston znowu zrobiło się głośno w zeszłym roku. Jej firma stała się jednym z nielicznych przykładów na biznes, który nie tylko przetrwał recesję, ale wręcz podwoił swoje zyski w czasie, kiedy inne padały. W tej chwili obrót firmy sięga 30 mln funtów rocznie i rośnie. Eksperci od rynku oraz specjaliści od psychologii i marketingu zaczęli się głowić nad fenomenem Cath Kidston i wspólnie doszli do kilku wniosków.

Po pierwsze, w czasach kryzysu ekonomicznego ludzie zaczynają obawiać się o przyszłość, w związku z tym z nostalgią wracają do czasów minionych. Szukają bardziej uniwersalnych wartości i odczuwają potrzebę obcowania z tym, co stare, archiwalne, co otrzymujemy w spadku po swoich przodkach.

Po drugie, zmuszeni do zaciskania pasa konsumenci zaczynają się zastanawiać na wszelkie możliwe sposoby, jak mogą zaoszczędzić. Zamiast kupować ubrania, zaczynają przerabiać stare albo uczą się szyć. Zamiast kupować meble, odnawiają te, które wstawili do piwnicy, albo te, które zdobyli za małe pieniądze na targu staroci.

Po trzecie, zamiast jadać w drogich restauracjach i bawić się w klubach, spędzają więcej czasu w domu. Więcej gotują, częściej przyjmują gości, więc chcą, żeby ten dom był przytulny i swojski, tak by każdy czuł się w nim jak u siebie.

Biznes Cath Kidston spełnia wszystkie te warunki. Sprzedaje i nostalgię za dawnymi czasami, i swojskość, i ideę 'zrób to sam', ale przede wszystkim w pięknym opakowaniu w różyczki za stosunkowo niewielkie pieniądze oferuje spójną wizję 'idealnej gospodyni domowej', którą wcale niekoniecznie trzeba być.

Można być przeciętną pracującą matką, która z wywalonym językiem biega między domem, przedszkolem a pracą, a na kolacje serwuje danie z mrożonek. Za to w stylowej podomce retro na stylowej zastawie w groszki, ze stylową pastelową deską do prasowania w tle, która notabene jest jednym z bestsellerów.

Większość klientek wyobraża ją sobie jako uśmiechniętą starszą panią przy kości, która w fartuszku w kwiatki wyrabia ciasto na pachnące rogaliki. Ale jest inaczej i może z tego powodu Kidston niespecjalnie zależy na autopromocji.

Jest typową nowoczesną bizneswoman, która zamiast w garsonkę ubiera się w dżinsy, balerinki i zwiewne bluzki. Od ponad 30 lat mieszka w Londynie. Zaczynała od małego mieszkanka w suterenie, dzisiaj mieszka w pięknym starym domu z widokiem na Tamizę, w zachodniej dzielnicy Chiswick.

Wychowała się na angielskiej prowincji - w Hampshire - w rodzinie bogatego przemysłowca. Dzieciństwo spędziła jak przykładna angielska panienka z dobrego domu. Uczyła się w szkole z internatem (tej samej, do której chodziła lady Diana), a weekendy spędzała głównie na jeździe konnej albo ucząc się od swojej niani pani Thomas wyszywania. To dzięki niej umiała własnoręcznie robić misie, szyć torebki wypchane suszoną lawendą i kołdry ze skrawków.

Po maturze Kidston przyjechała do stolicy i dzięki znajomościom rozpoczęła pracę jako dekoratorka wnętrz.

Od ponad 15 lat żyje w nieformalnym związku z producentem muzycznym. W kuchni, z braku czasu, bywa rzadkim gościem. 'Mój partner ma szczęście, jeśli uda nam się zamówić coś na wynos' - przyznaje bez ogródek.

Mimo że estetyka jej projektów w dużej mierze nawiązuje do tego, co dziecięce i słodkie, Kidston sama nie ma dzieci. Kilkanaście lat temu zachorowała na raka piersi, który przekreślił jej szanse na macierzyństwo. Przeszła mastektomię i inwazyjną chemioterapię. Twierdzi, że to właśnie choroba dała jej siłę i odwagę do podjęcia ryzyka i założenia własnego biznesu, bo wtedy odkryła, co tak naprawdę jest dla niej ważne.

W zeszłym roku w rozmowie opublikowanej przez jeden z brytyjskich tygodników powiedziała: 'Życie to nie jest sielanka, tym bardziej trzeba patrzeć na jego jaśniejszą stronę. Wszystko, co sprzedaję, musi być praktyczne, radosne i atrakcyjne. Nie podobają mi się rzeczy, które są smutne i obszarpane'.

Informacja dla sceptyków: dochód ze sprzedaży ekotoreb na zakupy dla Tesco został przekazany na rzecz fundacji charytatywnej Marie Curie Cancer Research, która wspiera chorych na nowotwory.

Podziel się