Co by pan powiedział o rodzinie, w której trzylatek decyduje o tym, kiedy idzie spać, gdzie śpi, co je i o jakiej porze?
Powiedziałbym, że to dramat dla dziecka.
Ja słyszałam używane w tym kontekście słowo 'szacunek'. 'Szanuję swoje dziecko, więc daję mu prawo wyboru'.
Zgadzam się, że okazywanie szacunku to duża umiejętność rodzicielska, ale trzeba umieć odróżniać szacunek od lęku rodziców przed stawianiem granic, przed konfrontowaniem dziecka z zaleceniami rodziców. Kiedy damy dziecku zbyt dużo wolności w podejmowaniu decyzji, zwłaszcza w obszarze, w którym brak mu doświadczenia, to ono po prostu tej odpowiedzialności nie udźwignie. Rodzice lubią sobie dorabiać różne ideologie, które usprawiedliwiają ich zachowanie - np. ideologię 'bezstresowego wychowania', 'traktowania po partnersku' czy jakiegoś innego 'programu wychowawczego', który rzekomo ma służyć dziecku i wspierać jego rozwój. Ale to całe racjonalizowanie często jest po prostu po to, żeby zagłuszyć lęk rodzica.
Jaki lęk?
W dzisiejszych czasach sukces dzieci w zdobywaniu życiowych osiągnięć jest jednym z podstawowych sposobów uzyskiwania prestiżu społecznego przez rodziców. Myślę, że stąd bierze się dość powszechny lęk rodziców o to, że może się okazać, iż jest się złym rodzicem, który niewystarczająco kocha, niewystarczająco się troszczy, niewystarczająco dużo poświęca czasu. To widać szczególnie wtedy, gdy rodzice idą na wywiadówkę. Idą i od razu myślą: 'Boże, co ja tam o sobie usłyszę, czego tam znowu nie dopilnowałem, nie zrobiłem, co zaniedbałem?'. Drugim obszarem lęku jest obawa, czy moje dziecko będzie się dobrze rozwijać, jeśli nie dostanie tego czy tamtego, np. najnowszego modelu komputera, jeśli nie nauczy się angielskiego lub nie posiądzie innych umiejętności, które są bardzo potrzebne w dzisiejszym świecie, bo wyścig szczurów przyspiesza i zaczyna się coraz wcześniej. W związku z tym rodzice cały swój wysiłek wkładają w to, żeby udowodnić sobie i całemu światu, że jednak potrafią bardzo zadbać o swoje dzieci.
Zadbać to znaczy ulegać?
Bardzo często to się przekłada na uleganie, czyli nieumiejętność stawiania granic. A dzieci potrzebują granic, bo one im zapewniają poczucie bezpieczeństwa. Rodzice, którzy umieją zachować równowagę pomiędzy miłością, czyli dostarczaniem takich ciepłych, pełnych akceptacji uczuć, a stawianiem granic, ci, którzy umieją powiedzieć: 'Nie wolno', 'Nie zgadzam się', 'Masz wrócić o 23 i koniec', świetnie sobie radzą z wychowywaniem dzieci, bo dają im poczucie oparcia i w sobie, i w jasnych zasadach, które panują w domu.
A jeśli tych zasad nie ma? Albo dzieci o nich decydują?
Jeśli dzieciom pozwala się na wszystko w imię tzw. niekrępowania wolności, jakiegoś głupiego bezstresowego wychowania, nietemperowania osobowości, eksplorowania świata albo jeszcze innej ideologii, to one zaczynają eskalować swoje różne ekstremalne zachowania po to, żeby te granice wreszcie się pojawiły. Testują rodziców, żeby wzbudzić jakąś reakcję. Słyszałem, jak starsze dzieci w takich rodzinach mówią nawet: 'No, nakrzycz na mnie! Daj mi klapsa! Powiedz, że nie mogę!'.
Jak wygląda takie wołanie o granice?
Dzieci robią się niegrzeczne, agresywne, niemiłe. Kilkulatek przeciążony odpowiedzialnością, niemający oparcia w stanowczych rodzicach ucieka się do takich zachowań jak bierna agresja, bunt. Ucieka, krzyczy, zamyka się w sobie. Niektóre dzieci próbują w heroiczny sposób podejmować jakieś decyzje, ale to jest zawsze dramat. Kiedy takie dziecko dojrzewa, jest jeszcze gorzej, bo nastolatki muszą się buntować, ale muszą też mieć rodziców z autorytetem. To bardzo trudna sytuacja dla obu stron - dziecko się wyrywa spod kontroli, ale musi to robić tak, żeby rodzice czuli, że je trzymają. Nastolatki potrafią znaleźć i trafić w takie czułe punkty u rodziców, takie obszary ich obaw, że rodzice czują się, jakby ich kochane i czułe dzieci stały się ich największymi gnębicielami. Mówią na przykład: 'Jesteś złym ojcem, złą matką', 'Nie kocham cię', 'Tylko czekam, aż skończę 18 lat i opuszczam ten potworny dom'. Przestraszeni rodzice czują się niepotrzebni, obrażeni i często sięgają po jedyny dostępny im środek obrony - robią wtedy tzw. fochy: zamykają się, obrażają, odcinają od kontaktu. Nie potrafią, boją się powiedzieć, że coś im się nie podoba, coś ich złości w zachowaniu dzieci. Obrażają się, zamiast się konfrontować i mówić: 'Nie zgadzam się na takie zachowanie, chociaż mi na tobie i kontaktach z tobą bardzo zależy'. Bardzo trudno im się znaleźć w takie sytuacji, nie rozumieją, że mogą czegoś zakazać, mogą być stanowczy, nie zgodzić się na coś i jednocześnie nie zrywać kontaktu. Mają tendencję do wycofywania uczuć i to są bardzo niebezpieczne sytuacje dla nastolatka, który tego kontaktu bardzo potrzebuje. On traci możliwość porozumienia, zostaje zupełnie sam i często prowadzi to do niebezpiecznego w rozwoju więzi dzieci i rodziców długotrwałego zerwania kontaktu.
Jaką cenę dziecko płaci za to, że rodzic oddaje mu władzę?
W maksymalnym wymiarze to jest utrata dzieciństwa. Znam takie rodziny, w których dzieci decydowały o wszystkim: gdzie się jedzie na wakacje, na co się wydaje pieniądze, jak się spędza wolny czas. Wystarczy tylko, że rodzic przeczyta w pozostawionym niby przez nieuwagę pamiętniku dziecka, że przy takich rodzicach to tylko się zabić. Wtedy rodzice wpadają w panikę i dokonuje się rodzinny zamach stanu - starzy godzą się na wszystko, czego dzieci zapragną. Dla dzieci, które w ten sposób zdobywają - przeważnie niechcianą - władzę, są to sytuacje dramatyczne. Zerwany zostaje bezpieczny i rozwojowy dla obu stron autentyczny kontakt. Dzieci przedwcześnie stają się dorosłe, a jednocześnie uwikłane w konflikt domowy nie nabierają takich umiejętności, jakie są potrzebne w kontaktach z rówieśnikami - umiejętności negocjacji, rywalizacji, ustępowania, budowania jakiejś spontaniczności, zadowolenia z siebie.
Stają się apodyktyczne?
Powiedziałbym raczej, że zbyt odpowiedzialne. Takie dzieci mają potem w dorosłym życiu kłopoty z tworzeniem partnerskich związków, gdyż wyszukują sobie takie osoby, którymi trzeba się opiekować, albo w ogóle nie wchodzą w związki, bo boją się zostać usidlone w pozycji opiekuna.
To zaskakujące, co pan mówi. Wydawało mi się, że dzieci, które 'rządzą' w domu, uważają, że to one są najważniejsze i to one dyktują warunki. Tacy 'mali tyrani'.
Nie. To są dzieci, które mają poczucie mniejszej wartości i ciągłej niepewności. Są samotne, bez wsparcia, opuszczone przez rodziców, za których jeszcze czują się odpowiedzialne.
Z takich dzieci rzadko wyrastają tyrani.
A co z rodzicami, którzy mówią: 'Moje dziecko jest najlepsze, najładniejsze, najfajniejsze'. Oni też nie znają granic?