Kucharz z zamiłowania, były ochroniarz, właściciel sklepu spożywczego w Radziwiłłowie wykończony przez Biedronkę sześć lat temu postanowił hodować ślimaki. - Biznes w sklepie szedł dobrze, dopóki w okolicy nie pojawiły się dyskonty. Trzeba było z czegoś tu na wsi żyć, myśleliśmy o ślimakach albo przepiórkach, skończyło się na kurach zielononóżkach kuropatwianych - mówi Dariusz Marcinowski. - Dlaczego? To rasa hodowana w Radziwiłłowie od stu lat, niosą bardzo smaczne jajka, a poza tym mieliśmy do nich sentyment. Moja prababka Julianna Czuba była przed wojną kucharką
u Radziwiłłów, których główną siedzibą był nieodległy Nieborów. Robiła z tych jaj makarony, ciasta i likiery. Wiele przepisów zachowało się do dziś. W Radziwiłłowie w XIX i XX w. makaron wytwarzano na potrzeby dworu, także na wesela czy święta. Potwierdzają to i wspomnienia mieszkańców, i źródła historyczne.
Na początku było ciężko. Kilka lat temu o zielononóżkach mało kto słyszał, nie było na nie mody. - Jajka jadły nasze rodziny i znajomi. Na twardo, na miękko, w koszulkach, bez. Sprzedawaliśmy śladowe ilości. Mieliśmy tej jajecznej diety dosyć, więc zacząłem szukać rozwiązania. Wtedy odkryłem XIX-wieczny przepis na makaron: 20 jaj od zielononóżek, kilo mąki. Jedyny taki na świecie - chwali się pan Dariusz, który dziś produkuje ok. 100 kg miesięcznie tego specjału, wpisanego na Listę Produktów Tradycyjnych Ministerstwa Rolnictwa. Na rejestrację czeka też likier jajeczny z Radziwiłłowa: 10 żółtek, 2 szklanki mleka, po szklance miodu, wody, spirytusu. Specjały trafiają do sklepów w Warszawie i Łodzi oraz do restauracji. - Wygląda na to, że nasza rodzina i
gotowanie, i zielononóżki ma we krwi! - śmieje się pan Dariusz.
Kura z charakterem Kogut rzeczywiście ma zielone nogi. Do tego żółtopomarańczowy płaszcz, czarną pierś, krwistoczerwony grzebień i takież zausznice. W konkursie piękności z pewnością szedłby dziób w dziób z symbolem Francji - najsłynniejszym na świecie kogutem galijskim. W stadzie pana Dariusza Marcinowskiego kilka kogutów ciężko pracuje. Najpierw trzeba samice (mniejsze od kogutów, już nie tak atrakcyjne, jak to u ptaków) na otwartym wybiegu dogonić. Zielononóżki to kury feministki. Kochają wolność - świeże powietrze, przestrzeń, trawę i słońce. Charakterne. Robią, co chcą. Wysypiesz im pszenicę - nie jedzą, bo wolą trawę i drapanie pazurem, aż wygrzebią robaka. Zamkniesz w klatce - po kilku miesiącach gubią pióra i zdychają. Za mały wybieg? Przefruną przez płot w poszukiwaniu przestrzeni. Słowem - to kury domowe, ale o dzikim sercu kuropatwy. Upchniesz je w wielkim stadzie - zaczną się dziobać i zjadać nawzajem. Chcesz, żeby znosiły jak najwięcej jaj? Figa z makiem. O ile kury świetnie nadające się do chowu wielkoklatkowego - rasy messa (jaja o skorupce brązowej) czy leghorn (śnieżnobiałe) - znoszą od 300 do 350 jaj rocznie, o tyle kapryśne zielononóżki zaledwie 150-170. Z tych wszystkich względów nadają się wyłącznie do chowu naturalnego, w małych przydomowych stadach. Jajka niosą małe, ale smaczne, z wielkim żółtkiem i charakterystycznym po ugotowaniu lekko przezroczystym białkiem. Mniam.
Niezłe jaja Po powrocie z Radziwiłłowa sprawdzam, czy jajka od zielononóżek są w warszawskich sklepach. Są. I to ile! W eleganckiej Almie wystawia się je na sprzedaż w lodówkach - 10,50 zł za 10 sztuk. Na opakowaniu napis: 'Jaja zielononóżki kuropatwianej, wolny wybieg'. W sklepie osiedlowym cena jeszcze wyższa - 6 sztuk za 7,80, czyli 1,30 zł za sztukę! Jajka od feministek są w Carrefourze, Tesco, Mini Europie, Mokpolu. Drogie, snobistyczne, modne, ale czy prawdziwe?
Jedne z kupionych przeze mnie jajek są duże, dziwnie białe, podczas gdy zielononóżka znosi jajka małe, o wydłużonym kształcie, w kolorze kremowym, cielistym lub jasnobeżowym. W innych opakowaniach jaja są co prawda zbliżone kolorem do jaj zielononóżek, ale wyglądają jak mutanty giganty. Coś mi nie
gra. Objuczona jajami jadę do Mazowieckiej Inspekcji Handlowej.
- Rzeczywiście, dziwne te jajka - przyznają Joanna Jankowska--Kuć, wiceszefowa Mazowieckiej Wojewódzkiej Inspekcji Handlowej w Warszawie, i Grażyna Pasek, naczelnik wydziału kontroli artykułów żywnościowych i gastronomii.
- Ten producent w numerze weterynaryjnym na stemplu jaja ma zarejestrowaną działalność 'przetwórstwo mięczaków i skorupiaków' - 09, a nie 'prowadzenie fermy kurzej' - 13. Na innych stempel jest kompletnie zamazany - tak być nie może. Tam z kolei nie ma klasy wagowej - wprawne oko kontrolera od razu zauważa nieprawidłowości.
Na pytanie, czy Inspekcja Handlowa może sprawdzić, czy jaja są autentyczne, panie rozkładają ręce: - Możemy ocenić tylko, czy są dobrze, czy źle oznaczone, jak również ustalić źródło pochodzenia, tj. paczkującego oraz fermę pozyskującą jaja. O to, czy rzeczywiście są to jajka od zielononóżki, musi pani zapytać specjalistów od jaj.
W poszukiwaniu fachowców dzwonię do Powiatowego Inspektoratu Weterynarii w Warszawie. Pudło. Nie zajmują się takimi sprawami. Pracownik Zakładu Hodowli Drobiu Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego nie jest ani miły, ani pomocny: - Na zielononóżkach się nie znamy, nie wiemy, gdzie w okolicach Warszawy można znaleźć specjalistów, proszę dzwonić do Balic, do Krakowa. Dlaczego ten zakład ma w nazwie "hodowla drobiu", a nic nie wie o najmodniejszej dzisiaj kurze w Polsce? Nie mam pojęcia. Dzwonię do ekologów. W Społecznym Instytucie Ekologicznym odpowiedź pada natychmiast: zielononóżkowcy są w Polskiej Akademii Nauk w Jastrzębcu. Jadę tam z jajami.
Sprawdzam! Prof. dr hab. Kazimierz Jaszczak z Instytutu Genetyki i Hodowli Zwierząt Polskiej Akademii Nauk w Jastrzębcu długo ogląda jajka i kręci nosem. Proponuje konsultacje w zakładzie doświadczalnym PAN, gdzie będziemy mogli je porównać.
Po kilkudziesięciu minutach macania, oglądania, rozbijania, porównywania, mierzenia wysokości białek i wielkości żółtek, a nawet smażenia na patelni, kierowniczka zakładu Maria Gołębiewicz, która - jak mówi - '40 lat spędziła w kurniku' i zna się na jajkach jak nikt, wraz z prof. Jaszczakiem wydają werdykt: żadne z opakowań, które kupiłam w warszawskich supermarketach, jaj od zielononóżek nie zawiera! To podróbki mniej lub bardziej udające oryginał.
Pierwsze jaja, kupione w eleganckim supermarkecie, są zbyt duże i mają za biały jak na zielononóżkę kolor skorupki. Werdykt - jaja od kur przemysłowych, młodych, rasy leghorn. Wartość - 20 gr za sztukę. W sklepie kosztowały przeszło 1 zł.
Drugie pudełko, kupione w dużym supermarkecie, i trzecie, ze sklepu osiedlowego, kryją w sobie jajka w ocenie specjalistów zbyt wielkie jak na możliwości zielononóżki. Ważą za wiele, aby można je uznać za wzorcowe, mają zbyt małe żółtko w stosunku do białka. Werdykt: jaja przemysłowe od kur rasy leghorn lub krzyżówki leghorna z zielononóżką. Wartość rynkowa -30 gr za sztukę. W sklepie kosztowały 1,20-1,30 zł za sztukę.
Ocena jaj o jasnobrązowej skorupce kupionych w dużym supermarkecie: sussexy - jaja od dużych i ciężkich kur brytyjek. Wartość rynkowa - 30 gr za sztukę. Sprzedawane w sklepie jako zielononóżki - 1,15 zł!
Uzbrojona w wiedzę o przekrętach dzwonię do Mazowieckiej Inspekcji Handlowej. - Ładne rzeczy! - mówi Joanna Janowska-Kuć. - Zlecimy kontrolę jaj od zielononóżek - zapewnia.
- Słuchaj, ale czy te jajka są rzeczywiście lepsze od zwyczajnych? - pytają znajomi. Są i nie są. Z pewnością kura, która je naturalny pokarm i dużo biega, znosi smaczniejsze i bardziej wartościowe jaja niż ta zamknięta jak niewolnica w klatce. Taka kura na pewno produkuje mniej hormonu stresu. Z drugiej strony te jajka są drogie i małe, nie ma też dowodów na to, że zawierają mniej cholesterolu.
Najważniejsze w tej historii z jajami jest zaufanie. Każdy konsument ma wybór, może kupować, co chce, ale musi mieć pewność, że to, co producent wkłada do pudełka, nie jest zgniłym jajem.