Ameryka jest w szoku, ich przyjaciele nie mają pojęcia, co się stało, rodzina milczy. Tipper i Al Gore po 46 latach spędzonych razem i 40 latach małżeństwa zdecydowali się je zakończyć. Po cichu, za zamkniętymi drzwiami, z klasą. Bez wyciągania upiorów z szafy, łzawego spektaklu w mediach, oskarżania. 'To wspólna decyzja, którą podjęliśmy po długich rozważaniach' - napisali w e-mailu do przyjaciół. A przecież kilka tygodni wcześniej kupili za 9 mln dol. willę w Kalifornii.
Jednak Amerykanie nie potrafią się z tym pogodzić, bo przecież przez cztery dekady miłość była częścią ich wizerunku. Ich znakiem rozpoznawczym, atutem, tarczą i orędziem. Przez tyle lat być na świeczniku, wychować czworo dzieci, osiem lat być wzorową drugą parą Ameryki w przeciwieństwie do nagannej pierwszej pary - Hillary i Billa Clintonów - i nagle, ot tak, po prostu ogłosić koniec? Że niby 'oddalili się od siebie'? Bez przyczyny, romansu w tle? Oni, którzy przez tyle lat byli dla Ameryki tym, kim dla Polaków są Danuta i Lech Wałęsowie, Jolanta i Aleksander Kwaśniewscy, ba, nawet Hanna i Antoni Gucwińscy, i to razem wzięci? Zakochani, nieodłączni, publicznie manifestujący swoje uczucia? A namiętny pocałunek, kiedy Al - wówczas kandydat na prezydenta z ramienia Demokratów - wpił się w usta żony podczas konwencji partii w 2000 r., który Ameryka zapamiętała na zawsze? A zapewnienia laureata Pokojowej Nagrody Nobla, który niemal w każdym wywiadzie pytany o żonę mówił, że to 'ktoś, kogo kocha całym sercem od czasu balu maturalnego'? A deklaracja, że to ich miłość zainspirowała scenarzystę Ericha Segala do napisania 'Love Story'? A książka 'Połączone serca', którą napisali wspólnie? Nawet dziennikarze nie kryją rozżalenia: 'Tak, znane pary ciągle się rozwodzą, ale myśmy myśleli, że Gore'owie są inni. Wierzyliśmy w nich. Nawet jeśli nie zgadzaliśmy się z nimi politycznie, podziwialiśmy ich związek - sposób, w jaki przez te wszystkie lata rzeczywiście wydawali się niezwykle sobie oddani'; 'Powinni zostać razem, jeśli nie dla swoich dzieci, to po prostu dla nas wszystkich'; 'Jak oni mogą nam to robić!'.
Ona była śliczna, jasnowłosa i trochę zbuntowana. Do tego świetnie grała w kosza, hokeja na trawie i softball (odmianę baseballu dla dziewczyn). No i waliła jak szatan w bębny w żeńskiej grupie bigbitowej Wildcats. Mary Elizabeth Aitcheson, ale wszyscy nazywali ją Tipper, bo w dzieciństwie zamęczała babcię, żeby śpiewała jej popularną w latach 40. zabawną piosenkę 'Tipi, tipi tin'. Piosenkę zdecydowanie nie dla dzieci: 'Tipi tipi tin, pewnej nocy, gdy księżyc lśnił, Rosita poznała Manuela. On tulił ją, w jej usta się wpił, szepcząc: Bądź mą, anieelee!'. Babcia zastępowała jej trochę i mamę, która przez lata cierpiała z powodu depresji (jej pierwszy mąż zginął podczas wojny, drugie małżeństwo się nie udało), i tatę - rodzice Tipper rozwiedli się w 1952 r., gdy miała trzy lata. Ojca - obrotnego właściciela sieci sklepów z akcesoriami hydraulicznymi - widywała tylko w niedziele. Rodzeństwa nie miała. W St.
Agnes, w żeńskiej szkole przy kościele episkopalnym w Alexandrii pod Waszyngtonem, Tipper odczuła boleśnie na własnej skórze, jak to jest być dzieckiem samotnej matki. 'Dorastanie z bagażem rozwodu rodziców nie było łatwe, ale dało mi wiele empatii dla tych, których życie nie zawsze było bajką' - powiedziała dla magazynu 'Redbook' w 1994 r.
A on? On był wysoki, przystojny i szarmancki. Wiedział, jak się zachować, dzięki temu wydawał się starszy, bardziej dojrzały niż rówieśnicy. Tzw. świetna partia. Syn waszyngtońskiej śmietanki - demokratycznego senatora z Tennessee, prawnika Alberta Gore'a i Pauline LaFon Gore, która jako jedna z pierwszych kobiet w USA ukończyła prawo na Uniwersytecie Vanderbilt i przez lata prowadziła w Waszyngtonie własną firmę prawniczą. Al junior, znany w szkole futbolista, koszykarz i lekkoatleta rzucający dyskiem, a także działacz samorządu szkolnego, w ciągu roku mieszkał z rodzicami w hotelu w Waszyngtonie, a na wakacje jechał do Carthage w stanie Tennessee, gdzie pomagał przy koszeniu siana. 12 godzin autem lub dwie samolotem. Gore'owie w swojej posiadłości uprawiali tytoń i hodowali bydło. 16-letni Al na bal maturalny w elitarnej szkole męskiej Saint Albans High School w Waszyngtonie przyszedł z inną, ale wyszedł z nią. I tak już miało być zawsze.
To była miłość w hollywoodzkim stylu. Od pierwszego wejrzenia. 'Czysty, zwierzęcy magnetyzm' - mówiła o ich pierwszym spotkaniu Tipper. Stali się nierozłączni. Na farmę do Tennessee - razem, na
studia - razem. On na Harvard w Cambridge tuż pod Bostonem, na prawo. Ona na
Uniwersytet Bostoński, na psychologię. Gore na własną prośbę mieszkał w pokoju z czarnoskórym kolegą Ballingerem Kempem. - Laski się za nim nie uganiały, bo się bały Tipper - wspominał żartem Tommy Lee Jones, aktor i reżyser, przyjaciel ze studiów. Pobrali się po studiach 19 maja 1970 r. w katedrze w Waszyngtonie, sanktuarium narodowym. Przy dźwiękach m.in. 'All You Need Is Love' The Beatles. To tam się modlił Obama po zaprzysiężeniu, tam odbyły się uroczystości żałobne prezydentów: Ronalda Reagana, Dwighta Eisenhowera, Woodrowa Wilsona, Geralda Forda.
Po ślubie zamieszkali w Daleville w stanie Alabama, w przyczepie, bo Al już był powołany do wojska, a Tipper chciała być blisko. Mimo że ani on, ani jego ojciec tej wojny nie popierali, Al nie kombinował, nie uciekł do Kanady jak wielu jego kolegów studentów. Czuł, że jako syn senatora starającego się właśnie w wyborach o reelekcję i przedstawiciel porządnego stanu z południa Ameryki musi wypełnić obowiązek. W grudniu 1971 r. jako wojskowy korespondent prasowy pojechał do Wietnamu. Jednak na froncie nigdy nie był, zapisywał jedynie relacje frontowych kolegów, sporządzał raporty. - Doświadczenie wojenne nie zmieniło ani na jotę mojego przekonania, że ta wojna była strasznym błędem - mówił potem, wytrącając z rąk przeciwnikom politycznym argumenty: 'Nie byłeś, więc co możesz o tej wojnie wiedzieć'. Al Gore junior spędził w Wietnamie nie standardowy rok, lecz sześć miesięcy.
Potem oboje pracowali w lokalnych mediach w Nashville w Tennessee (on jako dziennikarz, ona jako fotografka). I rodziły im się dzieci. Dziewczynki: Karenna (1973), Kristin (1977) i Sarah (1979) oraz syn Albert Gore III (1982). Byli razem, gdy Tipper obroniła doktorat z psychologii, a Al jako 28-latek wygrał w 1976 r. wybory do waszyngtońskiego Kongresu i kiedy osiem lat później został senatorem (zawsze otwarcie mówił, że przez 10 lat, do czasu startu w wyborach do Kongresu, popalał jointy, i w przeciwieństwie do Billa Clintona przyznawał, że nawet się zaciągał). Ona wspierała go, gdy w 1984 r. w wieku 46 lat na raka płuc zmarła jego jedyna siostra Nancy. Byli razem podczas trzech kampanii prezydenckich - w 1990 i 1995 r., kiedy to Al został wybrany przez Billa Clintona na stanowisko wiceprezydenta, a potem, w 2000 r., kiedy podjął walkę o prezydenturę, przegrywając tzw. głosami elektorskimi z George'em Bushem juniorem. Tipper odgrywała podczas tych batalii kluczowa rolę - jej zadaniem było 'zmiękczać' sztywność wystąpień męża, którego dziennikarze nazywali 'Al Bore' - Alem Nudziarzem. Ona wnosiła w jego wizerunek ciepło, energię i humor.
Była z nim, gdy tuż po Pokojowej Nagrodzie Nobla przyznanej w roku 2007 dziennikarze wyciągnęli Gore'owi, naczelnemu ekologowi Ameryki, iż lata prywatnym jetem, a jego gigantyczna rezydencja w Tennessee pożera tyle energii miesięcznie co typowy amerykański dom rocznie (latem Gore'owie ogrzewali wodę w basenie). Po tej krytyce zainstalowali na dachu domu panele słoneczne i system wykorzystywania deszczówki. - Tipper jest pierwszą osobą, której opowiada o swoich pomysłach, i ostatnią, której słucha, gdy podejmuje decyzje - mówił o Alu Gorze jego bliski współpracownik Bob Shrum. - Nie znam nikogo bardziej wrażliwego, współczującego. Łagodność aż z niego bije - chwaliła męża Tipper, gdy złośliwi dziennikarze pisali o nim: 'Gość o wyglądzie poczciwego doktora z telewizyjnej opery mydlanej'. - Ona wnosi w moje życie entuzjazm - mówił z kolei Al Gore w wywiadzie dla 'New York Timesa' w 2000 r. - Widzi rzeczy, których ja nie widzę, rozumie to, czego ja nie pojmuję. Tak wiele nauczyłem się od niej.
'Poznałem dziewczynę imieniem Nikki, możecie ją określić jako demona seksu. Siedziała w lobby hotelowym z jakimś magazynem i masturbowała się dla relaksu' - kiedy Tipper usłyszała słowa piosenki Prince'a z albumu 'Purple Rain' dobiegające z pokoju jej 11-letniej córki Kristen, stanęła jak wryta. Przesłuchała płytę i doszła do wniosku, że jako rodzic powinna coś z tym zrobić. I rozpoczęła kampanię przeciwko propagowaniu seksu i przemocy w tekstach skierowanych do nastolatków i dzieci. Przekonywała, że płyty podobnie jak filmy powinny być oznakowane, by rodzice wiedzieli, czy nadają się dla młodocianych odbiorców. Frank Zappa nazwał ją wtedy 'cenzorką' i 'terrorystką kulturową', a Wendy O. Williams, muzyk punkowy, naśmiewał się z niej, że pewnie się boi, iż jej dzieci też będą się masturbować. Tipper na chwilę stała się najsłynniejszą mamuśką w Ameryce. Al Gore stracił poparcie wielu artystów, ale ostatecznie jego żona bitwę wygrała - ostrzeżenia zaczęły pojawiać się na płytach, a jej mąż mógł wpisać sobie w polityczną biografię walkę o wartości rodzinne.
Pięć lat później dowiedli tego. 3 kwietnia 1989 r. po meczu baseballowym drużyny Baltimore Orioles wpadł pod koła nadjeżdżającego samochodu sześcioletni Albert III Gore. Przez dwa lata w ciszy, bez rozgłosu i pokazywania się w mediach, razem walczyli o powrót syna do zdrowia. Al na kilka miesięcy zrezygnował z działalności publicznej. Na konwencji Demokratów kilka lat po wypadku mówił: 'Chciałbym wam coś powiedzieć z głębi serca... Kiedy widzisz swoje dziecko walczące o życie, zdajesz sobie sprawę, że są rzeczy o wiele ważniejsze niż zwycięstwo polityczne'. Tipper przypłaciła wypadek synka ciężką depresją, nie mogła pogodzić się, że go nie upilnowali. Przez lata wspierała organizacje zajmujące się zdrowiem psychicznym, pomocą rodzinom i dzieciom dotkniętym chorobami mentalnymi. W tym trudnym czasie Gore'owie po raz pierwszy zaczęli chodzić na terapię małżeńską.
W 2007 r. 25-letni wtedy Albert Gore III Junior po raz kolejny został zatrzymany za przekroczenie prędkości. Pędził autostradą 160 km na godzinę. W jego samochodzie (przyjaznej środowisku toyocie prius) znów znaleziono setki tabletek przeciwbólowych i nasennych oraz marihuanę.
Gore do dziś uważa, że ukradziono mu zwycięstwo w wyborach prezydenckich w 2000 r., kiedy to przegrał z George'em Bushem. Porażkę przeżył strasznie. Z Billem Clintonem nie rozmawiał przez rok - miał do niego żal o afery seksualne, które rzuciły cień także na jego kandydaturę. Ojciec Ala, były senator, miał do swej śmierci na ścianie zbiór zdjęć syna i jedną pustą, piękną ramę. - Tu powieszę zdjęcie Ala jako prezydenta - powtarzał. Gore po porażce skupił się na projektach na rzecz ochrony środowiska, Tipper - na fotografii. W 2007 r. Al dostał Pokojową Nagrodę Nobla i Oscara za dokument 'Niewygodna prawda' o zmianach klimatycznych na świecie. Mnóstwo podróżuje, żony najczęściej ze sobą nie zabiera.
Kilka dni temu brukowy 'Star Magazine' napisał, że Al Gore miał romans z Laurie David, 52-letnią aktywistką na rzecz walki z ociepleniem klimatu, która również była jedną z producentek filmu 'Niewygodna prawda', za którą Gore dostał Oscara. - To kompletna bzdura - broniła się David w mediach. - Szanuję i podziwiam oboje, Ala i Tipper, traktuję ich jak rodzinę. Poza tym od mojego rozwodu jestem w nowym, szczęśliwym związku. Znając amerykańskie media, można powiedzieć jedno: nie spoczniemy, nim znajdziemy.
Antropolożka Margaret Mead napisała kiedyś, że instytucja małżeństwa działała lepiej w XIX w., gdy ludzie dożywali średnio pięćdziesiątki. Rzeczywiście dziś, kiedy mężczyźni, a zwłaszcza kobiety po pięćdziesiątce mają jeszcze 25-35 lat życia przed sobą, fakt ten całkowicie zmienia perspektywę. Dzisiejsi amerykańscy, ale także coraz częściej polscy 60-latkowie mają zupełnie inne oczekiwania od życia niż pokolenie ich rodziców. Po 40 latach małżeństwa, gdy kariery zostały już zrobione, pieniądze zarobione,
domy pobudowane, dzieci odchowane, wnuki urodzone, zdrowie w miarę dopisuje, przychodzi czas na przemyślenia: co mnie jeszcze czeka, co mogę zrobić dla siebie, czy mam spędzić resztę życia, przymykając oczy na nieudany związek? Po co? Przecież już nie muszę tego robić dla dzieci, może więc uda mi się jeszcze spotkać kogoś interesującego, a jeśli nie, lepiej żyć w samotności, niż się męczyć. To odczucie daje o sobie znać jeszcze pełniej, kiedy gniazdo rodzinne jest już puste. Życie przestaje kręcić się wtedy wokół dzieci, zakupów, zebrań w szkole, wycieczek i przyjęć urodzinowych, pozostaje dwoje ludzi, którzy często nie mają sobie już nic do powiedzenia.
- Statystyki pokazują, że odsetek rozwodów w Ameryce powoli spada, począwszy od lat 80. Najczęściej rozstają się ludzie młodzi, z mniej niż 10-letnim stażem. Wśród tych par, które przeżyły razem 40 lat, tylko kilka procent decyduje się zakończyć małżeństwo - mówi Betsey Stevenson, profesor ekonomii z University of Pennsylvania. Przewiduje ona, że Gore'owie będą wyznacznikami trendu - takich rozwodów jak w ich przypadku będzie więcej. Zresztą większy odsetek rozstań w tej grupie wiekowej odnotowują Wielka Brytania, Francja, Kanada, Japonia.
A może miłość po prostu - jak twierdzi Woody Allen - z czasem blaknie i linieje? Niekoniecznie. Bianca Acevedo, badaczka z University of California, przebadała 274 pary z długoletnim stażem w poszukiwaniu tych, które nadal są w sobie szaleńczo zakochane. Spodziewała się, że znajdzie niewielki procent małżonków, którzy są w stanie skoczyć za sobą choćby w ogień. Tymczasem okazało się, że znalazła ich aż 40 proc.! W zeszłym roku rozwiodła się najstarsza córka Gore'ów Kristen. Kilka dni temu gruchnęła wieść, że separację po 13-latach spędzonych z mężem ogłosiła również średnia córka - Karenna. Karenna i Andrew Schiff mają troje dzieci - Wyatta (10 lat), Annę (8) i Oscara (3). Podwójne domy, samochody, żadnych kąpieli razem pod prysznicem... Ekolodzy już obliczają, jak mocno ucierpi środowisko naturalne po wszystkich rozwodach Gore'ów.