Sprawdź, czy masz depresję»Z dr. Maciejem Myszką i Magdaleną Połeć, rozmawiają Katarzyna Bosacka i Sławomir Zagórski
Oboje znamy wiele kobiet około pięćdziesiątki, które z powodu różnych zdarzeń życiowych biorą leki antydepresyjne. Czy nasze znajome są wyjątkowe, czy to norma? dr Maciej Myszka: No cóż, wszystkie szczegóły - a więc po pierwsze, kobiety, po drugie, wykształcone, po trzecie, w wieku średnim - to wszystko sprawia, że akurat te osoby są wyjątkowo narażone na depresję. A to, że pacjenci dziś chętniej sięgają po leki, niż podejmują inne metody leczenia, wcale mnie nie dziwi.
Czy tak ma być? Nie wiem. Wiem natomiast, że dziś chcemy osiągać efekty szybko i skutecznie niemal w każdej dziedzinie życia, więc dlaczego w medycynie miałoby być inaczej?
Jak rozróżnić, czy te kobiety są rzeczywiście w depresji, czy to nie chwilowy spadek nastroju? M.M.: Depresja ma ściśle określone kryteria. Objawy choroby muszą utrzymywać się przez minimum dwa tygodnie. Muszą być silne. I wreszcie nie powinny wiązać się z określoną sytuacją, a więc nie są bezpośrednim skutkiem jakiegoś smutnego wydarzenia. Naturalnie największy kłopot jest z określeniem natężenia objawów. Jeśli ich siła jest niewielka lub umiarkowana, decyzja o sposobie leczenia powinna zapaść na drodze dyskusji pomiędzy lekarzem a pacjentem, czy jest to psychoterapia, czy branie leków, czy - wreszcie - jedno i drugie.
Magdalena Połeć: Istotne jest to, w jakim stopniu nasz stan utrudnia nam wypełnianie codziennych czynności. Moje pacjentki mówią czasem: 'Przestałam chodzić do fryzjera, na nic nie mam siły, mogłabym leżeć cały dzień w domu'. Często depresję można rozpoznać po samym wyglądzie chorego. Mówimy, że ta choroba ma własną postawę. Dotknięci nią ludzie wolniej chodzą, ciszej mówią, w rozmowie są bardziej bierni, a jak już się odezwą, często krążą wokół tego samego tematu - że źle funkcjonują, że czują się temu winni. Gdy ktoś zrelacjonuje mi już te wszystkie objawy, usiłuję ustalić, co się ostatnio zmieniło.
M.M.: To kryterium zmiany jest bardzo istotne. Ktoś zwykł robić pewne rzeczy, a teraz nagle nie ma już na to siły. Depresja to choroba całego organizmu, a nie tylko przeżywania.
Da się z niej wyjść bez leków? M.M.: To bardzo trudne, ale się da. Tak zresztą radzą sobie ci, którzy nigdy do lekarza nie trafiają. Część depresji, niestety, kończy się najgorszym, czyli samobójstwem.
Idealny schemat leczenia powinien wyglądać tak: pacjent trafia do lekarza, dostaje leki, po pewnym czasie zaczyna się czuć lepiej i dopiero wtedy włączamy psychoterapię. Leki przeciwdepresyjne powinno się zażywać ok. 6-12 miesięcy po ustąpieniu objawów. Potem należy je odstawić.
To dlaczego nasze znajome biorą je już kilka lat? M.M.: Pewnie dlatego, że lekarz obawia się nawrotu choroby.
Jeżeli w okresie ustąpienia objawów nie podjęto psychoterapii, ryzyko nawrotu jest bardzo duże. Nawet gdy się ją stosuje, przebycie jednego epizodu depresyjnego zwiększa ryzyko wystąpienia następnego o 50 proc.
M.P.: Pomoc w postaci leków jest nieoceniona, ale przecież żadne leki nie sprawią, że nasze życie się zmieni. Pacjent sam musi się zorientować jakie fakty mają dla niego znaczenie, jaki wywołują w nim stan, żeby móc się zastanowić, jak własną sytuację zmienić.
Pigułka szczęścia nie istnieje. Osoby, które przychodzą po poradę, nie zawsze zdają sobie z tego sprawę. Samo łykanie leków antydepresyjnych to za mało. To tak, jakbyśmy chory ząb leczyli wyłącznie środkami przeciwbólowymi. Ale przecież w końcu ten chory ząb trzeba albo zaplombować, albo wyrwać.
M.M.: Tłumaczę pacjentom, że przyjmowanie antydepresantów przypomina założenie gipsu na złamaną rękę. Sam gips nie leczy złamania, ale pozwala się kości zrosnąć.
Czy leki zawsze są skuteczne? M.M.: Nie zawsze, ale w 60-70 proc. tak. Jeżeli nie pomaga jeden środek, próbujemy innego. Ale efekt pojawia się na ogół dopiero po trzech-czterech tygodniach.