Jakiś czas temu Joanna Olech, pisarka i ilustratorka, narzekała w 'Wysokich Obcasach', że nie ma w polskich księgarniach cudowności, jakie widziała na targach książki dziecięcej w Bolonii, że u nas dominuje estetyka i tematyka disnejowska. A tu proszę - rewolucja. Mamy wszystko, wyjąwszy opisywane przez Joannę Olech pozycje o wymiocinach. W dodatku znaczna część tych cacek ma polskich autorów. A oto mój skrajnie subiektywny przegląd Bardzo Dziwnych Książeczek dla Dzieci.
Obrzydliwości
To bardzo wyraźny trend. Mamy więc książkę 'O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę' (Werner Holzwarth, wyd. Hokus-Pokus), wydaną przez Dwie Siostry przyrodniczą 'Kupę' opisującą, jak odróżnić kozie bobki od bobków szczurzych, i wydaną przez Santorskiego 'Małą książkę o kupie' Pernilli Stalfelt. I niech wyjdę na mieszczkę, ale czytania tej ostatniej kategorycznie odmówiłam. Będąc matką trójki dzieci i posiadaczką psa oraz niesubordynowanego pod względem wypróżniania się kota, o kupach wiem sporo, nie brzydzą mnie, ale tego czytać nie będę. Bo - zadałam sobie wreszcie to pytanie - po co?
Młode ssaki fascynują się fekaliami. Niezależnie od gatunku lubią się w kupie wytarzać albo zrobić coś gorszego. Żyję tym na co dzień, słuchając w dodatku rechotu pięciolatka, który wymyśla własne dowcipy o glutach i siuśkach. Po cóż jeszcze o tym czytać? Jeśli chodzi o literackie obrzydliwości, mam wrażenie, że autorzy i wydawcy, podlizując się przedszkolakom, robią mnie, matkę, w trąbę. Z jednym wyjątkiem - jest perła, która wymaga od dorosłego czytelnika stalowych nerwów i przystępowania do lektury z pustym żołądkiem. Ale naprawdę warto. To uwielbiane przez mojego pięciolatka 'Robale' (wyd. Dwie Siostry). Bardzo dziwna lektura opowiadająca fakty mgliście przeze mnie pamiętane z lekcji biologii (rozmnażanie tasiemca), a także tworzone przez scenarzystów najmroczniejszych thrillerów (pasożyt zmuszający konika polnego do samobójczego skoku do wody, gdzie niechciany gość będzie mógł się rozmnożyć). Wieje grozą, ale poszerza horyzonty.
O zdrowiu inaczej
Miesiączka, wielkość siusiaka i mechanizm powstawania kataru - oto wspaniałe tematy, które możecie poruszyć z dzieckiem, czytając wcześniej na głos stosowną pozycję literacką. I znów - naprawdę warto. 'Wielka księga siusiaków', wydana w serii 'Bez tabu' przez wydawnictwo Czarna Owca, chociażby ze względu na samą okładkę upstrzoną roztańczonymi penisami różnej wielkości i kształtów nie trafi zapewne do szkolnych bibliotek. A szkoda. Jeden z autorów książki Dan Höjer tak pisze w przedmowie: 'Miałem w życiu tylko jedną godzinę wychowania seksualnego. W ciągu tej godziny nikt z nas niczego się nie nauczył. Nic a nic. Było to w szóstej klasie i pamiętam, że przez cały czas chichotaliśmy. Pani napisała na tablicy dwa słowa: penis i wagina. Zaczerwieniła się i umilkła'. Przypomina to coś państwu?
Jeśli chodzi o wychowanie seksualne, nie ma co liczyć na szkołę. A ponieważ znaczna część polskich rodziców, gdy przychodzi co do czego, zachowuje się podobnie jak nauczycielka Dana Höjera, dobrze jest mieć pod ręką książkę, która czarną robotę odwali za nas. Są tu liczne pytania chłopców zaniepokojonych, czy wszystko u nich w porządku ('Kilka razy obudziłem się z czymś lepkim na siusiaku. Co to jest? Czy to groźne?', 'Czy chłopcom zawsze rano staje?'), ciekawostki (gdy Kościół nie mógł się doprosić zaprzestania wypieku chlebów w kształcie siusiaka, zażądał, żeby na bochenkach były przynajmniej krzyże. Oczywiście było to dawno temu i nie w Polsce). Wszystko to inkrustowane podstawami biologii, czyli informacjami o tym, skąd się biorą dzieci i jaka jest dokładnie budowa męskich oraz żeńskich narządów płciowych.
Odpowiednikiem tego dzieła dla dziewczynek jest czerwona, a jakże, 'Mała książka o miesiączce' Marie Oscarsson (wyd. Czarna Owca).
Debiutujący jako pisarz warszawski pediatra Wojciech Feleszko często zauważał w swojej praktyce, że rodzice mają problem z tym, jak rozmawiać z dziećmi o chorobie. A ujmując to inaczej: co zrobić, żeby nie spędzać dwóch godzin, biegając wokół stołu za wyjącym bachorem, który nie chce połknąć antybiotyku. Feleszko przygotował więc pomocnik 'Lądowanie Rinowirusów' - opowieść o walce dzielnych Limfocytów, ochroniarzy naszych wnętrzności, z podstępnym hersztem bandy Rinowirusów, która wdziera się do nosa małego Kajtka i wywołuje gorączkę oraz katar. Nie powiem, że lektura ta spowodowała, iż moja średnia córka nie krzyczy na całe gardło, kiedy wkraplamy jej sól fizjologiczną do nosa. Ale przynajmniej dobrze się bawiliśmy, oglądając zupełnie niedziecinne ilustracje pokazujące, jak Limfocyt wciąga odkurzaczem Rinowirusa.
Dydaktyczne
Mamy więc cykl małych książek na wielkie tematy - wydawanych przez Santorskiego, a później przez Czarną Owcę - jak np. 'Mała książka o demokracji' (śmiertelnie nudna nawet dla osób, które w demokrację wierzą jak w Najświętszą Panienkę) i przewspaniała 'Mała książka o feminizmie'. Jeśli o nią chodzi, chciałabym przesunąć kalendarz jak wskazówki zegara, by moje córki dorosły do tej lektury. Adresowana wyraźnie do dziewczynek przepięknie tłumaczy, czym jest władza (ma ją twoja koleżanka z klasy, jeśli przestajesz nosić nową czapkę tylko dlatego, że ona ją publicznie wyśmiała) i dlaczego na zdjęciach w gazetach widzimy prawie wyłącznie mężczyzn. Jedyny feler tej książki to tytuł. Gdyby ją nazwano 'Małą książką o tym i owym' albo 'Małą książką dla dziewczynek', jej sprzedaż z pewnością by wzrosła. Ale ponieważ feminizm uchodzi za brzydkie słowo, nie zrobi ona zapewne zasłużonej kariery. A powinna, bo dziewczynkom należy się wiedza o tym, że mogą być tam, gdzie sobie tylko zamarzą.
Do zadań specjalnych
Mania organizowania dzieciom czasu musiała wpłynąć także na literaturę dziecięcą. Tak jak zamiast malować w kuchni, wysyłamy dzieciaki na zorganizowane zajęcia plastyczne, tak samo zamiast rozmawiać o mającym się urodzić braciszku, kupujemy stosowne publikacje. W księgarniach półki uginają się więc od książek, które pod pozorem zwykłego dostarczania rozrywki sączą dydaktyczno-psychologiczne ecie-pecie, opisując rozmaite problemy, z jakimi zmierza się dziecko. Charakterystyczne dla tego typu książek jest skupienie na problemach klasycznych, takich jak pierwszy dzień w przedszkolu, samotne zasypianie czy narodziny młodszego rodzeństwa. Trudno ukryć, że nie jestem miłośniczką tego gatunku, chociaż książka 'Kamyczek. To moje!' (wyd. Rea) całkowicie zmieniła moje podejście do kwestii dzielenia się przez dzieci ukochanymi zabawkami. O ile przed Kamyczkiem jak każda przyzwoita matka nakłaniałam dzieciaki do pożyczania w piaskownicy wiaderek i łopatek ('Kochanie, dlaczego nie chcesz dać Stasiowi grabek? Nieładnie, a fe!'), o tyle po nawróceniu pytam, czy zechcą pożyczyć, i jeśli nie, tłumaczę Stasiowi, że niestety, to ukochane grabki mojego synka i on nie chce się nimi podzielić. Jeśli już człowiek nauczy się żyć z tym, że nieznające Kamyczka matki wezmą go za egotycznego potwora wychowującego małych egoistów, jest to nawet logiczne. Ilu z was pożyczyłoby mamie Stasia, widzianej pierwszy raz w życiu, ukochanego nissana?