Dla ludzi urodzonych w XXI-wiecznej Polsce
walentynki są czymś tak oczywistym jak święto 1 Maja. A nawet bardziej, bo tu przynajmniej na pewno wiadomo, o co chodzi. Jeżeli XX--wieczni
rodzice brzydzą się anglosaskim świętem, a zarazem nie chcą rozczarować swoich obchodzących walentynki
dzieci, zawsze mogą postawić na literaturę.
Kochana Pernilla Stalfelt, ta od ''małych książek'' na dziwne tematy, jak kupa, śmierć i włosy, nie mogła oczywiście nie poruszyć na swój osobliwy sposób tematu miłości. W jej ''Małej książce o miłości'' (tłum. Barbara Gawryluk) jest i zauroczenie, i nieśmiałość, i wstyd po odrzuceniu uczuć, i seks, który tu, o dziwo, wiąże się wyłącznie z prokreacją. Ale nie odrzucajcie z tego powodu ''Małej książki o miłości'' - historia pożycia jest tu ukazana w sposób mogący raczej zniechęcić do fizycznej miłości, niż nadmiernie pobudzić (''Bleeee'' - powiedziały moje dzieci). Jeśli czegoś się obawiać, to raczej informacji, że niektórzy, zamiast na znak miłości wymienić się obrączkami, lubią sobie strzelić po tatuażu...
W książce są charakterystyczne dla Stalfelt ''brzydkie'' ilustracje i specyficzny humor. Albo się to lubi (jak ja i moi ludzie), albo nie. Faktem jest, że choć w książce niby jest wszystko (łącznie z miłością homoseksualną), to trochę tak, jakby nic nie było - to ledwie zasygnalizowanie ogromu interesujących zjawisk związanych z tym pięknym czerwonym uczuciem. Raczej do zabawy czy jako wstęp do rozmowy niż jako w pełni satysfakcjonująca lektura.
Skrajnie odmienna - i pod względem graficznym, i literackim - jest klasyczna już pozycja ''Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham'' Sama McBratneya w tłumaczeniu Jarosława Mikołajewskiego i z ilustracjami Anity Jeram. Przeznaczona dla młodszych dzieci historyjka opowiada o Małym Brązowym Zajączku i Dużym Brązowym Zającu, którzy droczyli się, który którego kocha bardziej. Wygrał oczywiście Duży, wyznając, że jego miłość jest duża jak odległość od Ziemi do Księżyca i z powrotem.
Hmm. Jak dla mnie jest tu za dużo słodyczy, za dużo pasteli i dużo za mało akcji, ale faktem jest, że moja najmłodsza córka, odkąd przeczytała McBratneya, zapewnia, że kocha mnie ''jak do wszechświata''. Przyznacie, że warto się ponudzić, żeby coś podobnego usłyszeć?
Poza tym wyprodukowano już tyle gadżetów i haseł nawiązujących do tej książki, że warto wiedzieć, skąd się wzięły słowa ''jak stąd do Księżyca i z powrotem''.
Ale moją ukochaną książką o miłości, zaraz po ''Łuku Triumfalnym'' Remarque'a, jest ''Mój ukochany'' Beatrice Alemagni (tłum. Natalia Gowin). Sama nie wiem, co podoba mi się tu bardziej - patchworkowe ilustracje czy surrealistyczny tekst.
Krótka, rozkosznie ilustrowana opowieść zawiera wyznanie dziwnego stworzenia, które nie bardzo wie, kim jest (jak dobrze znany to wielu spośród nas problem). Co więcej, stwór ciągle jest brany za kogoś innego - a to za szczura, a to za małpkę, a to znów za psa albo kota. Jaką ulgą staje się dla niego spotkanie z innym dziwnym z wyglądu stworzeniem (jeżokrólikiem?), które ma w nosie to, kim w sensie biologicznym jest stwór, po prostu zachwyca się jego sierścią i od razu wie, że to jego druga połówka. Wyobrażacie sobie? Bez żadnych męczących pytań i dociekań! To by się spodobało Lisbeth Salander, dziewczynie z tatuażem.
Mam też coś dla tych spośród was, którym miłość nierozerwalnie kojarzy się z poezją. Proszę bardzo - ''Zawiłości miłości'' Doroty Gellner, czyli rymowane historyjki o romansach przedstawicieli różnych zawodów. Bez morału i nie zawsze z happy endem! Jest tu praczka i jej pomocnik, jest kominiarz i siedząca na drabinie dziewczyna, jest kucharka i kucharz łamiący sobie ząb na zaręczynowym pierścionku
Jak już kiedyś wspominałam, mam pewien problem ze współczesną poezją
dla dzieci. Niby wszystko się zgadza - i śmiesznie, i ładnie, i powinno zachwycać, ale No, nie zachwyca. Często nie umiem się oprzeć wrażeniu, że to jednak kicz, a nie poezja. Ale dzieci są absolutnie zachwycone, co ostatecznie jest najlepszą rekomendacją.