Mamy w naszym kraju, drogie czytelniczki, dwa przeciwstawne prądy dotyczące psychologii w służbie
dzieci. Przy czym, co istotne, mówiąc o psychologii, mamy tu na myśli wszelkie metody rehabilitacji, które nie dotyczą zdrowia czysto fizycznego (niektóre z nich koło psychologii nawet nie leżały). Prąd pierwszy, zauważalny w placówkach publicznych, charakteryzuje się niedostarczaniem pomocy potrzebującym. Prąd drugi, typowy dla ośrodków prywatnych - dostarczaniem pomocy wszystkim, niekoniecznie potrzebującym.
Opiszemy to zjawisko na przykładzie średnio sytuowanej, kompletnej i zasadniczo zdrowej rodziny składającej się z dwojga rodziców i trójki dzieci - Żoża, Żorżety i Rzodkiewki. Dzieci przedpołudniami chodzą do przedszkola, zerówki bądź szkoły, popołudniami zaś poddawane są kosztownym psychotorturom mającym uczynić je w pełni - a nie jedynie zasadniczo -?zdrowymi przedstawicielami społeczeństwa XXI wieku. Psychotortur przybywa w takim tempie, że matka Żoża, Żorżety i Rzodkiewki całkowicie porzuciła nieopłacany etat gospodyni domowej (jeden z trzech przez siebie realizowanych), zamieniając go na etat kierowcy. A oto konkrety.
- A jeśli chodzi o Rzodkieweczkę - pani przedszkolanka czule głaszcze szczerbate maleństwo - to zapraszamy na konsultację z naszą panią logopedą. Badania przesiewowe wykazały, że Rzodkiewka wymaga terapii. - Typowa mowa bezdźwięczna. Koniecznie trzeba to wyprowadzić przed szkołą. Bez terapii grozi to problemami z pisaniem i czytaniem, Rzodkiewka nie będzie odróżniała 'bułka' od 'półka'. Musi co najmniej raz w tygodniu ćwiczyć z logopedą. Rozumie pani powagę sytuacji? - pyta logopeda. Matka Rzodkiewki rozumie. - Jakie to szczęście, że pani tutaj pracuje - oddycha z ulgą. I tu następuje zaskoczenie.
- Ale mnie tu nie ma - mówi logopeda, nie zważając, że słowa te przeczą faktom. - Wie pani, ta nowa ustawa, która nam kazała otwierać zespoły
dla dzieci zagrożonych... Nie mam czasu przyjmować zwykłych dzieci takich jak Rzodkiewka, mogę tylko ciężkie przypadki w ramach zespołu. Niech pani spróbuje w państwowej poradni, ale z tego, co wiem, to im też wyczerpały się limity. Może będą mogli ją brać co?dwa tygodnie? Poradnia, owszem, może, ale wyłącznie o 12 w południe. Rodzice Rzodkiewki mają więc do wyboru zwalniać się z
pracy w każdy wtorek albo szukać prywaciarza.
Ciężkim przypadkiem kwalifikującym się do zespołu jest Żorżeta, urocze i bystre
dziecko z opóźnionym rozwojem mowy, niedosłuchem i zaburzeniami słuchu centralnego. Ten przypadek jest jednak na tyle oryginalny (- Wie pani, nie sądzę, żeby był jeszcze ktoś taki w Polsce - z zadumą powiedział matce Żorżety Bardzo Ważny Specjalista), że wymaga dodatkowej opieki specjalistycznej poradni.
- Logopeda? Nie ma miejsc do końca roku. Ale mogę zapisać panią na jutro do psychologa - proponuje rejestratorka w prestiżowym ośrodku zajmującym się rehabilitacją dzieci z zaburzeniami mowy i słuchu. Matka Żorżety naiwnie odrzuca tę ofertę. Po jakimś czasie będzie błagać,?by udostępniono jej zarówno psychologa, jak i psychiatrę. Ale to dlatego, że wyczerpawszy możliwości rehabilitowania dzieci w placówkach państwowych,
rodzice wysłali je pod opiekę prywatnych. A tam jest oczywiście zupełnie inaczej. - Nadwrażliwość słuchowa, zaburzenia czucia głębokiego, nieokreślona lateralizacja, nadpobudliwość emocjonalna, nieco za słabe napięcie mięśniowe i niewygaszone odruchy - recytuje psycholog, specjalista od integracji sensorycznej po spędzeniu dwóch godzin z Żorżetą.
- Tttto się jakoś leczy? - pyta skołowana matka. - Oczywiście - promienieje specjalista. Zaleca: cotygodniowe sesje w gabinecie (od 80 zł za godzinę, poprawy można się spodziewać najwcześniej po roku), dietę sensoryczną w domu, w tym dwutygodniowy masaż szczoteczką chirurgiczną całego ciała odbywany w trzy-czterominutowych sesjach co dwie godziny.
- Ani minuty dłużej, bo będą kłopoty z zachowaniem, ani minuty krócej, bo nie zadziała - surowo przestrzega specjalista i ordynuje zamówienie kołdry z obciążeniem z fasoli, piłki rehabilitacyjnej jako krzesełka i poduszki-jeżyka. Ciężka kołdra uspokaja, piłka-krzesło wymusza pracę mięśni posturalnych podczas tak banalniej czynności jak siedzenie przy stole, a poduszkę-jeżyka można wszędzie zabierać ze sobą.
Tydzień później matka odwiedza specjalistę ponownie, by dowiedzieć się, co z Żożem. - Och, Żożo - uśmiecha się specjalista. - On jest w świetnej formie. Matka Żoża odpręża się i już chce wyjść, ale specjalista zatrzymuje ją ruchem dłoni. - Proszę go przebadać słuchowo, sądzę, że specjalista od treningu słuchowego zaproponuje terapię Tomatisa*. Nie widzę też potrzeby, by przychodził na integrację sensoryczną częściej niż raz w tygodniu (nadal 80 zł za godzinę),?najważniejsze zrobicie państwo w domu. To samo co u Żorżety - dieta sensoryczna i masaż.
- Jak to masaż? Przecież mówił pan, że jest w dobrej formie? - No tak, ale to jest inwestycja w jego przyszłość! Póki nie opanujemy podstaw, nie ma sensu zapisywać go na terapię ręki, bo ona nic nie da. A jak bez terapii ręki ma ruszyć motoryka mała? Przecież widzi pani, jakie Żożo ma z nią kłopoty! - Terapia ręki? - jęczy matka Żoża i pozwala sobie na kąśliwy żarcik: - A może terapia mózgu, hę?
Specjalista od integracji marszczy brwi: - Biofeedback? A wie pani, że to dobry pomysł? Droga terapia, ale skuteczna. To właśnie wtedy matka zaczyna żałować, że zrezygnowała z propozycji wizyty u psychologa. Na koniec pyta tylko specjalistę: - Zdarzyło się, że diagnozował pan dziecko i ono nie potrzebowało terapii? - Dwa razy - odpowiada specjalista. I przeglądając kalendarz, pyta: - Na kiedy zapisać pani najmłodszą?
*Terapia Tomatisa, czyli trening uwagi słuchowej (3 tys. zł od łebka), zalecony zostaje zarówno Żożowi, jak i Żorżecie. Rzodkiewkę rodzice trzymają w domu, przysięgając sobie, że nie pokażą jej żadnemu specjaliście. Musi jej wystarczyć logopeda.
Przeczytaj: Mamuśki w pracy? Wkurzają mnie>>