Branicka to brzmi dumnie
rozmawiała Krystyna Naszkowska
2009-07-20, ostatnia aktualizacja 2009-07-22 16:49
Anna Branicka-Wolska, ostatnia dziedziczka Wilanowa opowiada o przedwojennych polowaniach, obiadach z udziałem polityków, generałów i ambasadorów oraz o wojennych losach polskiej arystokracji
ZOBACZ TAKŻE
- Francuski oficer uratowany w Wilanowie (19-06-10, 01:00)
- Żywi świadkowie historii (17-09-09, 16:00)
- Kinderszenen starszej siostry (03-08-09, 01:00)
- Z góry przewidziane (25-05-08, 11:00)
- Należy postępować, jak należy (18-02-08, 11:00)
- Pudełko też chce być ważne (14-01-08, 11:00)
- Żona rewolucji (12-11-07, 11:00)
Branicka to brzmi dumnie?
Ciąży na nas targowica, garb, który wszyscy dźwigamy całe życie. Na mnie podwójny garb - nie dość, że Branicka, to jeszcze pradziad mamy Potocki też należał do targowicy. Jak chodziłam do gimnazjum do Szachtmajerowej i doszliśmy na historii do rozdziału 'Zdrajcy targowicy', to obie z siostrą Marysią postanowiłyśmy tego dnia nie iść do szkoły. Mama powiedziała wtedy, że od nazwiska Branickie i tak nie uciekniemy, nie wymigamy się od odpowiedzialności, a każdy mądry człowiek wie, że dziecko przodków nie wybiera, nie obarczy was winą za to, co przodek zrobił. Więc poszłyśmy. Pamiętam, że myślałam, że zginę, zanim dojdę do szkoły. Jak zaczęła się lekcja, poprosiłam o głos i powiedziałam, że dziś będziemy mówić o naszym prapradziadku Branickim i by koleżanki nie krępowały się wyrażać swoich sądów. My z Marysią jesteśmy potomkami Branickich i Potockich, ale bolejemy, że oni mieli takie zapatrywania. Nauczycielka powiedziała tylko: 'Dziękuję ci, Anno; panienki, przechodzimy do następnego rozdziału'. Była taktowna, choć mąż, jak mu tę historię opowiedziałam, to się śmiał, że przez to panienki mają braki w wykształceniu.
Rodzice też się z tym garbem borykali?
Pamiętam, gdy w czasie okupacji przyznałam się ojcu, że wstąpiłam do AK, on wziął mnie za ramiona i powiedział, że bardzo się cieszy. I dodał: 'Pamiętaj, że od nas, Branickich, podwójnie się wymaga". Nie powiedział: "Strzeż się, nie narażaj się'.
Jakie było życie przed wojną w Wilanowie?
Miałam niecałe 15 lat w momencie wybuchu wojny. Za młoda byłam na bale. Zresztą rodzice nie byli balownikami. Matka urządziła tylko jeden w Wilanowie. A ja z siostrami, starszą Marią i młodszą Beatą, patrzyłyśmy na gości przez szpary w drzwiach. Organizowali za to dużo polowań, bo do Branickich należał Las Kabacki, Natolin. W Natolinie polowano np. na bażanty. Myśmy brały w tym udział, choć nie strzelałyśmy. Strzelby miałyśmy dostać, jak skończymy 20 lat. Na polowaniu najlepsze miejsca zarezerwowane były dla dygnitarzy. Jak był marszałek Rydz-Śmigły, to obok niego stawiano dobrych strzelców, którzy przepuszczali te bażanty, by on mógł zostać królem polowania. Pamiętam trzy polowania z prezydentem Mościckim. Potem zawsze było przyjęcie.
I nie było pierwszej sukni balowej?
Suknia była. Latem 1939 roku pojechaliśmy do Paryża. Zamieszkaliśmy w domu Branickich należącym do naszej babki, w którym dozorczyni była też krawcową. I ona nam uszyła takie suknie, na wyrost, miałyśmy je dostać, jak skończymy 18 lat i będziemy brać udział w balach. Moja była biała z tafty, dosyć skromna. Nigdy jej nie włożyłam.
Mama była oszczędna, skoro korzystała z usług krawieckich dozorczyni?
Rodzice oszczędzali. Mówiono, że ojciec fortunę odziedziczył po ojcu, ale to nieprawda, bo dwie trzecie tej fortuny musiał oddać siostrom. Były też legaty ustanowione przez dziadka dla różnych instytucji, dla Muzeum Przyrodniczego, dla organizacji charytatywnych itd. Przed wojną dużo pieniędzy wydawano na reprezentację. Polowania, obiady z udziałem polityków, generałów, ambasadorów. Przeglądałam stare listy, które cudem ocalały, i znalazłam list od kardynała Sapiehy, który prosi mamę o urządzenie obiadu dla jakiegoś dostojnika kościelnego z Rzymu i sugeruje, kogo mama ma zaprosić na ten obiad.
W domu panował rygor?
Na pierwszym miejscu stawiano obowiązki. Wymagano hartu, wytrzymałości. Zazdrościłam tzw. normalnym dzieciom, które mogą sobie robić, co chcą. Jak chodziłyśmy do kościoła z rodzicami i służbą, to zajmowaliśmy specjalną lożę i patrzono na nas. I rodzicom zależało, by inne dzieci mogły z nas brać przykład. Więc klęczałyśmy z wyprostowanymi plecami, czytałyśmy modlitwy, śpiewałyśmy wszystkie pieśni. Jadaliśmy posiłki razem, ale dzieci dostawały dania ostatnie. Często to jedzenie było już chłodne, zostawały gorsze kęski. Nie można było kaprysić. Wymagano, by siedzieć prosto, łokcie przy sobie, a nie na stole. Wuj, jak widział, że któraś się pochyla przy stole, to podchodził z tyłu i taką krechę przez plecy robił. Jak padał deszcz, to nie można było powiedzieć: 'Nie idę na spacer'. Zaraz pytano: 'A co, ty z cukru jesteś?'. Mama uważała, że świeże powietrze jest dobre, i koniec, więc trzeba było szybkim krokiem obejść park i wracać na lekcje. Bo uczyłyśmy się w domu, tylko egzaminy jeździłyśmy zdawać do szkoły, do nazaretanek. Jeszcze dziś, jak przejeżdżam obok nazaretanek, to mi serce bije. Zdawałyśmy te egzaminy przy całej klasie. I wszyscy słuchali, jak te Branickie wypadną. Ja z Marysią byłyśmy w jednej klasie, a Beata - półtora roku młodsza - w innej.
Jak wyglądały lekcje w domu?
Miałyśmy pokój szkolny z dużym stołem. Ten stół miał cztery wycięcia w dwóch bokach, w które się wsuwałyśmy, by siedzieć prosto. Cztery, bo z nami uczyła się też nasza siostra cioteczna. A nauczycielka siedziała u szczytu stołu. Lekcje zaczynały się o 9 rano, przerabiałyśmy taki sam kurs jak inne dzieci. Tak ukończyłyśmy szkołę podstawową, a do gimnazjum już poszłyśmy, ale wybuchła wojna i gimnazjum ukończyłyśmy na tajnych kompletach.
Nie marzyła się pani normalna szkoła?
Większość naszych krewnych uczyła się w domach, to było dla nas normalne.
Ojciec był w domu najważniejszy?
Zdecydowanie, choć to się trochę zmieniło w czasie okupacji. Niemcy, jak zajęli Polskę, to zostawili nas w pałacu, ale zabrali cały majątek - ziemie orne, sady, krowy - i nie mieliśmy skąd brać na utrzymanie. Ojciec szalał, by zdobyć pieniądze. Dzielił grunty, które mieliśmy np. w Konstancinie, na działki i sprzedawał. Czasem oddawał je np. za długi albo płacił działkami niektórym pracownikom. I w czasie okupacji rzadko bywał w domu, samochód zabrali Niemcy, a do Wilanowa było daleko, dlatego często zostawał na Smolnej w Warszawie, w domu, w którym mieszkała babcia Branicka, a ojciec urządził tam biuro. Ojciec był zasadniczy, ale mało się do nas wtrącał. Pamiętam, że jak byłam mała, powiedziałam mu: 'Tatusiu, ty jesteś niby taki dobry, sprawiedliwy, ale siedzisz w pałacu, masz służbę, a tylu jest biedaków. Jakbyś był sprawiedliwy, tobyś majątek podzielił między tych biedaków'. A ojciec na to: 'Ciekawe rzeczy mówisz. Siądźmy, porozmawiamy, bo to poważna sprawa'. I pyta, jak ja bym chciała podzielić ten majątek, by było sprawiedliwie. Ja narysowałam takie kratki i mówię: 'No, każdy taki kawałek dostanie'. A ojciec: 'To znaczy, że jeden dostanie łachę nadwiślańską, drugi kawałek parku, trzeci pałac, to chyba nie jest sprawiedliwie. A pamiętasz, jak w zeszłym roku każda z was dostała domek dla lalek, i popatrz, jak one dziś wyglądają'. Ja mówię, że mój się rozleciał, bo chciałam wepchnąć do niego za dużą lalkę, a Marysi jest ciągle bardzo ładny. 'To jeśli po roku jest taka różnica, choć zaczynałyście tak samo, to co by było z tym całym majątkiem?' - pyta ojciec. Był łagodny, gniewał się tylko wtedy, jak byłyśmy niegrzeczne dla służby. My naszą nianię, która czytać nie umiała, zawsze całowałyśmy w rękę na przywitanie i pożegnanie.
I nagle wybuchła wojna
We wrześniu 1939 roku w pałacu urządzono szpital polowy. Cała sala balowa i pokój bilardowy zastawione były łóżkami zniesionymi z całego pałacu, ranni leżeli na stołach, dywanach. Większość służby uciekła do swoich rodzin. Jak przyszedł rozkaz, że wojsko się wycofuje, a lekarze i sanitariusze razem z nim, to ci ranni zostali z nami. Miałam 15 lat. Wielu ludzi przy mnie umarło, sami ich chowaliśmy w parku. Pracowaliśmy w dzień i w nocy. Moje stare ciotki były nadzwyczajne. Wszystkie prześcieradła, obrusy poszły na bandaże. To był ciężki czas. Wielu się u nas ukrywało.
Ciąży na nas targowica, garb, który wszyscy dźwigamy całe życie. Na mnie podwójny garb - nie dość, że Branicka, to jeszcze pradziad mamy Potocki też należał do targowicy. Jak chodziłam do gimnazjum do Szachtmajerowej i doszliśmy na historii do rozdziału 'Zdrajcy targowicy', to obie z siostrą Marysią postanowiłyśmy tego dnia nie iść do szkoły. Mama powiedziała wtedy, że od nazwiska Branickie i tak nie uciekniemy, nie wymigamy się od odpowiedzialności, a każdy mądry człowiek wie, że dziecko przodków nie wybiera, nie obarczy was winą za to, co przodek zrobił. Więc poszłyśmy. Pamiętam, że myślałam, że zginę, zanim dojdę do szkoły. Jak zaczęła się lekcja, poprosiłam o głos i powiedziałam, że dziś będziemy mówić o naszym prapradziadku Branickim i by koleżanki nie krępowały się wyrażać swoich sądów. My z Marysią jesteśmy potomkami Branickich i Potockich, ale bolejemy, że oni mieli takie zapatrywania. Nauczycielka powiedziała tylko: 'Dziękuję ci, Anno; panienki, przechodzimy do następnego rozdziału'. Była taktowna, choć mąż, jak mu tę historię opowiedziałam, to się śmiał, że przez to panienki mają braki w wykształceniu.
Rodzice też się z tym garbem borykali?
Pamiętam, gdy w czasie okupacji przyznałam się ojcu, że wstąpiłam do AK, on wziął mnie za ramiona i powiedział, że bardzo się cieszy. I dodał: 'Pamiętaj, że od nas, Branickich, podwójnie się wymaga". Nie powiedział: "Strzeż się, nie narażaj się'.
Jakie było życie przed wojną w Wilanowie?
Miałam niecałe 15 lat w momencie wybuchu wojny. Za młoda byłam na bale. Zresztą rodzice nie byli balownikami. Matka urządziła tylko jeden w Wilanowie. A ja z siostrami, starszą Marią i młodszą Beatą, patrzyłyśmy na gości przez szpary w drzwiach. Organizowali za to dużo polowań, bo do Branickich należał Las Kabacki, Natolin. W Natolinie polowano np. na bażanty. Myśmy brały w tym udział, choć nie strzelałyśmy. Strzelby miałyśmy dostać, jak skończymy 20 lat. Na polowaniu najlepsze miejsca zarezerwowane były dla dygnitarzy. Jak był marszałek Rydz-Śmigły, to obok niego stawiano dobrych strzelców, którzy przepuszczali te bażanty, by on mógł zostać królem polowania. Pamiętam trzy polowania z prezydentem Mościckim. Potem zawsze było przyjęcie.
I nie było pierwszej sukni balowej?
Suknia była. Latem 1939 roku pojechaliśmy do Paryża. Zamieszkaliśmy w domu Branickich należącym do naszej babki, w którym dozorczyni była też krawcową. I ona nam uszyła takie suknie, na wyrost, miałyśmy je dostać, jak skończymy 18 lat i będziemy brać udział w balach. Moja była biała z tafty, dosyć skromna. Nigdy jej nie włożyłam.
Mama była oszczędna, skoro korzystała z usług krawieckich dozorczyni?
Rodzice oszczędzali. Mówiono, że ojciec fortunę odziedziczył po ojcu, ale to nieprawda, bo dwie trzecie tej fortuny musiał oddać siostrom. Były też legaty ustanowione przez dziadka dla różnych instytucji, dla Muzeum Przyrodniczego, dla organizacji charytatywnych itd. Przed wojną dużo pieniędzy wydawano na reprezentację. Polowania, obiady z udziałem polityków, generałów, ambasadorów. Przeglądałam stare listy, które cudem ocalały, i znalazłam list od kardynała Sapiehy, który prosi mamę o urządzenie obiadu dla jakiegoś dostojnika kościelnego z Rzymu i sugeruje, kogo mama ma zaprosić na ten obiad.
W domu panował rygor?
Na pierwszym miejscu stawiano obowiązki. Wymagano hartu, wytrzymałości. Zazdrościłam tzw. normalnym dzieciom, które mogą sobie robić, co chcą. Jak chodziłyśmy do kościoła z rodzicami i służbą, to zajmowaliśmy specjalną lożę i patrzono na nas. I rodzicom zależało, by inne dzieci mogły z nas brać przykład. Więc klęczałyśmy z wyprostowanymi plecami, czytałyśmy modlitwy, śpiewałyśmy wszystkie pieśni. Jadaliśmy posiłki razem, ale dzieci dostawały dania ostatnie. Często to jedzenie było już chłodne, zostawały gorsze kęski. Nie można było kaprysić. Wymagano, by siedzieć prosto, łokcie przy sobie, a nie na stole. Wuj, jak widział, że któraś się pochyla przy stole, to podchodził z tyłu i taką krechę przez plecy robił. Jak padał deszcz, to nie można było powiedzieć: 'Nie idę na spacer'. Zaraz pytano: 'A co, ty z cukru jesteś?'. Mama uważała, że świeże powietrze jest dobre, i koniec, więc trzeba było szybkim krokiem obejść park i wracać na lekcje. Bo uczyłyśmy się w domu, tylko egzaminy jeździłyśmy zdawać do szkoły, do nazaretanek. Jeszcze dziś, jak przejeżdżam obok nazaretanek, to mi serce bije. Zdawałyśmy te egzaminy przy całej klasie. I wszyscy słuchali, jak te Branickie wypadną. Ja z Marysią byłyśmy w jednej klasie, a Beata - półtora roku młodsza - w innej.
Jak wyglądały lekcje w domu?
Miałyśmy pokój szkolny z dużym stołem. Ten stół miał cztery wycięcia w dwóch bokach, w które się wsuwałyśmy, by siedzieć prosto. Cztery, bo z nami uczyła się też nasza siostra cioteczna. A nauczycielka siedziała u szczytu stołu. Lekcje zaczynały się o 9 rano, przerabiałyśmy taki sam kurs jak inne dzieci. Tak ukończyłyśmy szkołę podstawową, a do gimnazjum już poszłyśmy, ale wybuchła wojna i gimnazjum ukończyłyśmy na tajnych kompletach.
Nie marzyła się pani normalna szkoła?
Większość naszych krewnych uczyła się w domach, to było dla nas normalne.
Ojciec był w domu najważniejszy?
Zdecydowanie, choć to się trochę zmieniło w czasie okupacji. Niemcy, jak zajęli Polskę, to zostawili nas w pałacu, ale zabrali cały majątek - ziemie orne, sady, krowy - i nie mieliśmy skąd brać na utrzymanie. Ojciec szalał, by zdobyć pieniądze. Dzielił grunty, które mieliśmy np. w Konstancinie, na działki i sprzedawał. Czasem oddawał je np. za długi albo płacił działkami niektórym pracownikom. I w czasie okupacji rzadko bywał w domu, samochód zabrali Niemcy, a do Wilanowa było daleko, dlatego często zostawał na Smolnej w Warszawie, w domu, w którym mieszkała babcia Branicka, a ojciec urządził tam biuro. Ojciec był zasadniczy, ale mało się do nas wtrącał. Pamiętam, że jak byłam mała, powiedziałam mu: 'Tatusiu, ty jesteś niby taki dobry, sprawiedliwy, ale siedzisz w pałacu, masz służbę, a tylu jest biedaków. Jakbyś był sprawiedliwy, tobyś majątek podzielił między tych biedaków'. A ojciec na to: 'Ciekawe rzeczy mówisz. Siądźmy, porozmawiamy, bo to poważna sprawa'. I pyta, jak ja bym chciała podzielić ten majątek, by było sprawiedliwie. Ja narysowałam takie kratki i mówię: 'No, każdy taki kawałek dostanie'. A ojciec: 'To znaczy, że jeden dostanie łachę nadwiślańską, drugi kawałek parku, trzeci pałac, to chyba nie jest sprawiedliwie. A pamiętasz, jak w zeszłym roku każda z was dostała domek dla lalek, i popatrz, jak one dziś wyglądają'. Ja mówię, że mój się rozleciał, bo chciałam wepchnąć do niego za dużą lalkę, a Marysi jest ciągle bardzo ładny. 'To jeśli po roku jest taka różnica, choć zaczynałyście tak samo, to co by było z tym całym majątkiem?' - pyta ojciec. Był łagodny, gniewał się tylko wtedy, jak byłyśmy niegrzeczne dla służby. My naszą nianię, która czytać nie umiała, zawsze całowałyśmy w rękę na przywitanie i pożegnanie.
I nagle wybuchła wojna
We wrześniu 1939 roku w pałacu urządzono szpital polowy. Cała sala balowa i pokój bilardowy zastawione były łóżkami zniesionymi z całego pałacu, ranni leżeli na stołach, dywanach. Większość służby uciekła do swoich rodzin. Jak przyszedł rozkaz, że wojsko się wycofuje, a lekarze i sanitariusze razem z nim, to ci ranni zostali z nami. Miałam 15 lat. Wielu ludzi przy mnie umarło, sami ich chowaliśmy w parku. Pracowaliśmy w dzień i w nocy. Moje stare ciotki były nadzwyczajne. Wszystkie prześcieradła, obrusy poszły na bandaże. To był ciężki czas. Wielu się u nas ukrywało.
Źródło: Wysokie Obcasy
-
Sierotki kuropatw nie jedzą
default
22.07.09, 11:33
Bardzo piękny wywiad. Podziwiam i szanuję osoby będące autentyczną arystokracją, szczególnie u nas, gdzie tak trudno było im w ogóle przetrwać. Miałam przyjemność znać parę osób z naprawdę »
-
Branicka to brzmi dumnie
dorotea666
24.07.09, 13:38
Wywiad piękny. Szanuję bardzo takie osoby za wszystko. Podobne podejście miała moja babcia. Dziekuję»
-
Branicka to brzmi dumnie
dyngos
26.07.09, 19:30
Mieszkam w Bytomiu. Nie znam osobiście nikogo, kogo rodzinne nazwisko pojawiałoby się w polskiej historii. Ba! Nawej sam Bytom się w tej historii nie pojawia»
Najczęściej czytane24 htydzień





