- Panie premierze! - powiedziała Tuskowi
w Sztokholmie - dla nas, kombatantów, musi pan
znaleźć czas
Córka przyszła ze szkoły i zapytała: za co, mamo, siedziałaś w więzieniu? Odpowiedziała: za nic. A ona, że za nic się nie siedzi, musiałaś coś zrobić

Fot. archiwum prywatne maryli Sobocińskiej
W czasie okupacji na szkoleniu konspiracyjnym pod pozorem zajęć sportowych
(trzecia od prawej)

Fot. archiwum prywatne Maryli Sobocińskiej
Podczas wojny jako kurierka AK Maryla Sobocińska wielokrotnie przekraczała granicę Rzeszy przebrana za Niemkę i na fałszywych papierach
ZOBACZ TAKŻE
- Pochodnia (27-10-09, 01:00)
- Żywi świadkowie historii (17-09-09, 16:00)
- Stalking. To nie miłość, to prześladowanie (25-08-09, 01:00)
- Chcecie baletu? Macie! Udławcie się! (27-06-09, 01:00)
- Zofia, Zygmunt i Kultura (03-05-09, 01:00)
- Córka ojca Filutka (12-04-09, 01:00)
- Absurdalne kształty Zeisel (29-03-09, 01:00)
- Dużo kobiet Grynberga (15-03-09, 01:00)
- Przeklęta (10-12-05, 16:53)
- Emigranci - najodważniejsi ludzie na świecie (26-04-09, 01:00)
Miałam umrzeć - śmieje się. Pierwszy raz być może w areszcie śledczym w Toruniu. Brali ją na przesłuchanie i co rusz powoływali się na zeznania jej młodziutkiej koleżanki z AK. Na co konkretnie, po 64 latach Maryla Sobocińska już nie pamięta. Twardo odpowiadała, że Danusia kłamie. Danusia nie kłamała, ale byłoby lepiej, by nic nie mówiła. Maryla zaryzykowała. Proszę o konfrontację - powiedziała śledczym. Przyprowadzili Danusię. Wyglądała mizernie. - Danusiu, kto ci to naopowiadał? - zapytała, patrząc jej w oczy, zawsze miała na nią ogromny wpływ. - Powiedz - nacisnęła - czy na pewno ja ci to mówiłam? Danusia zaczęła się łamać. - Powiedz - dociskała - czy taka sytuacja w ogóle byłaby w naszej konspiracji możliwa? Widziała, że Danusia jest już gotowa wycofać się z zeznań. Śledczy też to zauważyli. Więc ona do nich: wierzycie tej głupiej gęsi? W pokoju było dwóch ubeków. Jeden ją przesłuchiwał, a drugi - piegowaty, rudy, niepozorny - siedział w rogu pokoju i coś notował. Myślała, że to chłopak, na którego nie warto zwracać uwagi. A ten nagle zerwał się, złapał stołek i do niej. Przesłuchujący wyskoczył zza biurka, pchnął ją na drzwi, upadła na korytarzu. Współwięźniarka z celi powiedziała: miałaś szczęście, ten rudy to jest Rosjanin, enkawudzista, on by cię tym stołkiem zabił, kilku już zabił.
- I tak - śmieje się - ubek życie mi uratował, a Danusię wypuszczono.
Aresztowana została 16 listopada 1945 roku w Lipnie. Kilka dni wcześniej otrzymała informację o fali aresztowań na Pomorzu. Zwołała naradę, by wspólnie zastanowić się, co robić dalej. Walczyć, ukrywać się, uciekać za granicę albo na Ziemie Odzyskane, a może się ujawnić? Wszystkie opcje były możliwe. Stawiło się dziewięć osób. Zgasło światło, wyszła z pokoju, by z kuchni przynieść świecę. Nie zdążyła, na korytarz weszli funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa. - Zaaresztowano - opowiada - w sumie 23 osoby. Ale tak pokierowałam śledztwem, że zostało nas siedmioro. Mądrością i sprytem ich załatwiłam. Konspiracja uczy sprytu - dodaje.
W czasie śledztwa siedziała w Toruniu, w Bydgoszczy i w Inowrocławiu. W Bydgoszczy w jednej celi z Filomeną Wójtowicz, swoją zastępczynią z Wojskowej Służby Kobiet obwodu lipnieńskiego. - Fila wyszła po śledztwie - mówi. Wspomina ją z tkliwością. Fila była wiejską nauczycielką i 'harcerką z krwi i kości'. A strażnicy doprowadzający więźniów na przesłuchanie mieli zadanie, by ich po drodze spreparować. Fizycznie i psychicznie. Więc bili ich i wyzywali. Do tej funkcji dobierano ludzi bardzo prymitywnych. - W areszcie - opowiada - pracował mężczyzna, którego trudno było nazwać człowiekiem. Pod drzwiami jej celi zaczął raz bić więźnia. Więzień krzyczał, wył, a strażnik kopał go tak długo, aż zakopał na śmierć. Siedziały w celi odrętwiałe z przerażenia. Czekały, po którą z nich przyjdzie. Przyszedł po nią. Obrzucił wyzwiskami. Fila podskoczyła, czapkę mu z głowy strzeliła i krzyknęła: na kolana przed tą kobietą! - Pomyślałam, że z nami już koniec. A on schylił się po czapkę i potem, wchodząc do ich celi, czapkę z czcią zdejmował i żadnej nigdy nie tknął. Fila tłumaczyła: bite kobiety na wsi bały się swoich pijanych mężczyzn, oni, widząc swoją przewagę, bili je jeszcze mocniej. Ale wystarczyło tylko postawić się, wrzasnąć i potulnieli. Jedyna rada: zademonstrować siłę. - Więzienie - mówi - jest akademią życia.
12 lutego 1946 roku w Inowrocławiu wezwał ją o godz. 21 naczelnik więzienia. Kazał siadać i czytać akt oskarżenia. Poprosiła o kontakt z rodzicami. Za późno, nie zdążą przyjechać, rozprawa jutro o 9. Była główną oskarżoną w procesie przestępczej grupy, która 'mimo dekretu o amnestii dla członków AK i mimo dwukrotnej możliwości ujawnienia się uprawiała nadal robotę antypaństwową' w celu 'obalenia ustroju demokratycznego w Polsce'.
Rano przez tunel więzienny strażnicy doprowadzili oskarżonych do sądu. Na miejscach dla publiczności siedziało dużo umundurowanych ludzi. Pamięta ich twarze: zimne, nieprzyjazne. - Patrzyli na mnie - mówi - jak na bandytkę. Po mundurach poznała, że to funkcjonariusze UB i strażnicy więzienni. Dostrzegła tylko dwóch cywilów. Byli dziennikarzami, jeden z 'Robotnika Kujawskiego'. Sąd odczytał personalia oskarżonych. Zapytał ich o obrońców. Nie mieli. Zarządził przerwę, żeby kogoś sprowadzić. Przybiegło dwóch w ubeckich mundurach. Zapytała jednego: poruczniku, jak mam się bronić, niech pan doradzi. Miała zamęt w głowie, sucho w gardle. Spojrzał na nią drwiąco: przecież ty - przeciągnął ręką po szyi - masz tak! To ją otrzeźwiło. Mocnym głosem oznajmiła: zrzekam się obrońcy. Od razu poczuła się lepiej. Postanowiła: nie będzie udawać zastraszonej panienki, która pierwszy raz znalazła się w sądzie, i pochlipywać, żeby zmiękczyć serca sędziów - jak podszeptywali współoskarżeni koledzy. Przecież od jej zeznań zależy wysokość także ich wyroków. Na sędziowskim stole leżały dowody winy - rozkaz Komendy Głównej AK z 1943 roku przyznający jej Virtuti Militari, który do niej nie dotarł i o którym dowiedziała się z akt śledztwa. Oraz archiwum AK-owskie z opisem okupacyjnych akcji, w których brała udział. Mówiła o nich przez kilka godzin. Z dumą. Bo nie była szefową zbrodniczej bandy, ale komendantką Wojskowej Służby Kobiet Obwodu Lipno i kurierem do zadań specjalnych. Od pierwszych dni okupacji walczyła o niepodległość Polski. Na koniec oświadczyła: każdy uczciwy Polak walczył z Niemcami i należał do konspiracji, a jeśli nie należał, to tylko dlatego, że koledzy nie mieli do niego zaufania. Usiadła. Jakaś ręka podsunęła jej miętowy cukierek. Odepchnęła ją. - Nieładnie się zachowałam - mówi. To był dziennikarz, starszy człowiek, chciał jej okazać sympatię, a ona jego gest zlekceważyła, uznając, że jest przeciwko niej jak wszyscy w tej sali. W ludziach - przekonała się później - należy wyzwalać dobro. - Teraz, jak widzę człowieka - mówi - od razu patrzę, co ma w sobie dobrego, a nie co ma złego. Niestety, w Polsce ostatnio - dodaje - głównie wyszukuje się w ludziach zło, przez co społeczeństwo nie staje się lepsze, ale gorsze - uważa.
Prokurator zażądał dla niej kary śmierci. Był majorem Wojska Polskiego, nazywał się Sikorski. Grzmiał, że dopuściła się zdrady ojczyzny, przemocą chciała obalić demokratyczny ustrój. Że po wojnie nie zerwała kontaktów z inżynierem Bronisławem Pietkiewiczem, komendantem podokręgu AK na Pomorzu. Że rozlepiała w Lipnie ulotki nazwane przez prokuratora 'paszkwilami na PPR' i kolportowała AK-owski "Głos Prawdy". Krzyczał, że za to należy ją w gorącej smole smażyć. - Mam wiele wad - mówi - a największą, że w nieodpowiednich momentach chce mi się śmiać. Powstrzymywała się więc od śmiechu. Do niej nie docierało, że on mówi o niej. Wydawało się jej, że te słowa dotyczą jakiejś nieznanej kobiety, i myślała: ale ta baba narozrabiała. Do jej koleżanki, która dwa razy dostała karę śmierci, też nie docierało, że mogą ją tak zwyczajnie rozstrzelać. Zastanawiały się kiedyś, z czego to wynikało. Przecież nie z poczucia niewinności, bo ze śmiercią niewinnych stykały się przez pięć lat. Ale cezurą - doszła do wniosku - była jednak data zakończenia wojny. A z nią przypływ wiary, że czas zbrodni minął. - Marzyłam o studiach - mówi - chciałam zakochać się, założyć rodzinę. U nas w konspiracji nie wolno było wdawać się w romanse, bo przez nie dużo ludzi wpadło. Święcie tego zakazu przestrzegałam. I nagle siedzę. I jest koniec. - Nie wiem, co nim kierowało - mówi o prokuratorze Sikorskim. - Musiał mieć jakieś dobre cechy. Są w każdym człowieku. Może grzmiał tak na pokaz? - zastanawia się. - Przed ubekami z kilkumiesięcznych kursów prawniczych, na których przygotowywano ich do pracy w sądownictwie, żeby im pokazać, jak oskarżać? Sąd poszedł na naradę. Wtedy wyroki ogłaszano od razu. Dostała sześć lat, koledzy od dwóch do pięciu. Sąd uzasadnił: obniża karę za zasługi w czasie pracy konspiracyjnej przeciwko Niemcom. Prokurator od razu zapowiedział złożenie apelacji. - Gdybym go dzisiaj spotkała - mówi - zapytałabym go: czy pan naprawdę uważał, że byłam zbrodniarką? - Jak byłam dzieckiem - próbuje go tłumaczyć - mieliśmy pieska, miłego, łagodnego. Przyjechali cioteczni bracia i zaczęli go drażnić. I tak długo go drażnili, że pies potem gryzł wszystkich. Podobnie jest z człowiekiem. Kąsali go może - mówi o prokuratorze - kąsali i stał się zły.
Wróciła do celi. Kobiety pod przewodem Oleńki odmawiały za nią litanię: Matko Nieustającej Pomocy, módl się za nami. A ona śmiała się i odgrywała prokuratorską mowę. Potem z Oleńką wielokrotnie ją powtarzały, żeby nie zapomnieć. - I zapomniałam - śmieje się. Oleńka Sokołowska była łączniczką AK, po wojnie działała w WiN-ie. Poznały się w więzieniu, ona dostała dwa lata.
Dwa tygodnie później sądzono trzech młodych chłopców z jej więzienia. Nie znała ich. Nie wie, jak wyglądali. Dostali wyroki śmierci. Wysyłała do nich grypsy. Zachowało się dziesięć grypsów 'Groma' do niej. Pisał wiersze: 'Czy mi wolno Marylko/ W snach Cię widywać?/ Mieć w murach więziennych?/ Swoją dziewczynę./ Od życia prozy myśli odrywać/ Wielbię Cię wierszem/ zanim może - zginę?'.
Jego koniec nastąpił 24 maja 1946 roku. Prezydent Bierut odrzucił podanie o łaskę. Widziała przez okienko, jak żołnierze prowadzili ich na egzekucję. - Wtedy dopiero dotarło do mnie, że byłam krok od śmierci. Jeżdżę na ich groby - mówi.
W więzieniu był głód, brud i wszy. W czteroosobowej celi siedziało po 12 kobiet. Obsługa więzienna za jakieś przewinienie, którego nie pamięta, zarządziła ścięcie włosów. Miała loki, do ramion. Posadzono ją na krześle na korytarzu, doprowadzono więźnia fryzjera, wokół strażnicy i naczelnik. Fryzjer popatrzył na jej włosy i powiedział, że mu ich żal. A ona z fanfaronadą w głosie: tnij pan, niczego nie żałuję dla sprawy AK. - To była głupia odzywka - mówi. Fryzjer uznał, że odważna, i też wykazał się odwagą - odmówił ogolenia jej głowy. Wybuchła awantura. Skończyło się na podcięciu. Zastanawiała się potem, jaki to proces następuje, że człowiek staje się odważny. - Bo człowiek nie rodzi się od razu odważny. Odwagi nabiera, jak raz mu się uda, drugi raz uda. Człowiek uznaje wtedy, że szczęście mu dopisuje, i ryzykuje dalej. Udawało się jej przez pięć lat okupacji. Trudne momenty nadeszły dopiero w więzieniu. - Przeszłam je dzięki ludziom, oni mnie ratowali.
Wylicza. Był strażnik Wyrzykowski, który wrzucił im do celi na Boże Narodzenie gałązkę choinki. Była gruba strażniczka, zapomniała jej nazwiska, która ją po kryjomu dożywiała. I był najważniejszy dla niej człowiek - dr Zagórski. Wymusił na dyrekcji więzienia przebadanie wszystkich więźniarek. A potem wzywał ją na badania. Przenosił grypsy, jego żona podsyłała lepsze kąski. Po latach na zjeździe byłych żołnierzy AK w Londynie poprosiła zebranych: zaczęłam pisać wspomnienia, poszukuję kilku osób. Wymieniła nazwiska, także dr. Czesława Zagórskiego. Pani prawdopodobnie poszukuje mojego ojca - napisał do niej syn, też lekarz. Podał adres ojca, mieszkał w Zakopanem. Pojechała do niego z Oleńką, żeby mu podziękować. Dowiedziała się wtedy, jak przebiegła egzekucja 'Groma' i jego dwóch kolegów, w której musiał z racji funkcji uczestniczyć. Żołnierze plutonu egzekucyjnego odmówili wykonania rozkazu. Ich dowódca się wściekł i sam zaczął strzelać. Trafił ich w nogi. Kiedy przymierzał się do kolejnych strzałów, dr Zagórski wybił mu broń, krzycząc, że oddanie do skazańców drugiego strzału jest pogwałceniem konwencji genewskiej. Dowódca plutonu odepchnął go i skazańców dobił. Podobno był pijany. Co stało się z żołnierzami z plutonu egzekucyjnego, nie wie. Za niesubordynację też była kara śmierci. W więzieniu w Inowrocławiu wybuchła epidemia tyfusu. Przewieziono ją do Fordonu koło Bydgoszczy. Ogolili im głowy. - Nie ma nic brzydszego niż łysa kobieta - mówi. Patrzyły na siebie i wybuchały śmiechem.
Więzienie uczy pokory w obcowaniu z ludźmi. - Normalnie w życiu, jak czegoś nie chcę lub coś mi się nie podoba, to sobie idę, a tu muszę siedzieć. Z każdym, kto się trafi. W gromadzie okropnie sfrustrowanej. Jedna gniecie żarówkę i łyka, druga podcina sobie żyły, trzecia się wiesza. Czwarta opowiada ze szczegółami, jak mordowała swoją rywalkę w dziewiątym miesiącu ciąży, brzytwą podcinając jej gardło. Inne wspominają swój pierwszy raz, drugi, rozprawiają, który był lepszy. Wiele kobiet się załamywało, popełniały samobójstwa. Wszystkie straciły menstruację. - I wtedy nauczyłam się, że nikogo nie wolno potępiać, bo człowiek niewiele o sobie wie i nagle potrafi zrobić złą rzecz, której nigdy by po sobie się nie spodziewał. Bo czynienie zła jest łatwiejsze, a dobro trzeba w sobie wypracować. Mówiła do siebie: stać mnie na to. I kiedy pojawiła się w jej celi łotrzyca, potrafiła sposobem i dobrym słowem zapanować nad nią i zmusić ją do uszanowania innych. - Ona - śmieje się - duża baba, czuła przede mną, metr pięćdziesiąt, respekt.
Zapowiedziano inspekcję z ministerstwa. Stawało się na baczność i recytowało, z jakiego paragrafu i za co. W jej celi była Grabosia, która razem z mężem dostała wyrok za podpisanie volkslisty. Grabosia była drobna, wystraszona, w okularach o dużych soczewkach i ze zdenerwowania, zamiast powiedzieć 'za drugą grupę', zameldowała raz 'za grubą dupę'. Z kolei Oleńka, o wyglądzie dziewczynki, recytowała, mrugając oczkami, że za chęć obalenia ustroju przemocą. - Bardzo mnie to śmieszyło. Więc żeby się nie roześmiać, zamknęłam oczy. Ktoś wszedł do celi. Cisza. Otworzyła oczy. W drzwiach stał oficer z oflagu, którego spotkała w pociągu 1 lipca 1945 roku. Patrzył na nią zdumiony. Jechała wtedy z kolegami z AK do Torunia na odprawę. Mieli się spotkać niby na imieninach Haliny Krzeszowskiej, w której mieszkaniu odbywały się w czasie okupacji odprawy sztabu Komendy Okręgu AK Pomorze. Jechała z bukietem kwiatów i z parasolką, w której zawsze przenosiła meldunki. Śmiali się, opowiadali kawały. Spodobała mu się. Mówiła, że chce studiować prawo. Prosił o adres, nie chciała dać. - Pojechał dalej do Gdańska, a ja z konspiracyjnego nawyku nie poszłam umówioną drogą. Dlatego cały sztab - mówi - został ostrzeżony, a ja wpadłam po raz pierwszy. W mieszkaniu był ubecki kocioł. Niczego przy niej nie znaleziono i po dziesięciu dniach wypuszczono.
Skończyła się wizytacja, przyszła strażniczka z wezwaniem do naczelnika. On siedział przy biurku i czytał jej akta. Proszę siadać. Siada. Pyta: co mogę dla pani zrobić? I mówi zdanie, którego wtedy dokładnie nie zrozumiała: bo co było do zrobienia w pani sprawie, już zrobili. Przysłał jej do więzienia podręcznik prawa rzymskiego. Załatwił przywilej korzystania z biblioteki więziennej. - Co takiego dla mnie korzystnego zrobiono w tej sprawie - zastanawiała się - i kto to zrobił? Wiedziała tylko, że ktoś nie dopuścił do procesu rewizyjnego, na którym mógłby zapaść wyższy wyrok. I że ten ktoś musiał wiedzieć o szykowanej przez rząd amnestii, która jej sześcioletni wyrok skróci o połowę. Po latach, kiedy przejrzała akta swego śledztwa, zrozumiała: przewodniczący składu sędziowskiego - sędzia Zaborowski. Zadzwoniła do syna sędziego Zaborowskiego, ojciec już nie żył. Powiedziała: pana ojciec uratował mi życie. Spotkała się z nim. Też był prawnikiem, już na emeryturze. Opowiedział o ojcu. Był przed wojną sędzią na Wileńszczyźnie. Walczył w armii Kleeberga, był oficerem. W 1943 roku znalazł się w Armii Kościuszkowskiej. Po wojnie otrzymał przydział do sądownictwa wojskowego. Skierowano go jako sędziego na Pomorze. Był prawym człowiekiem - zapewniał syn. - To gdzie jest prawda? - pyta.
Sędzia mówił synowi, że po wojnie należało silną ręką wprowadzić twarde prawo, żeby zapanować nad zdeprawowanym przez wojnę społeczeństwem, kiedy ludzkie życie nie miało większego znaczenia. Bo broń miał każdy, kto chciał, i napędzany żądzą zemsty czy chciwością zabijał, rabował i rozliczał sąsiadów z okupacyjnych zachowań. Mówił też synowi, że udało mu się kilku osobom uratować życie. Po dwóch latach zdegradowano go i z sądownictwa usunięto. Po trzech latach wyszła z więzienia. - Moi rodzice byli kompletnie zniszczeni. Przeze mnie - mówi. Ojciec był po pierwszym wylewie, szybko dostał drugiego i zmarł. Matka ciągle chorowała, potem ją sparaliżowało. Pracowała tylko młodsza siostra. Była nauczycielką, niewiele zarabiała. Po raz pierwszy zaczęła mieć wątpliwości. Co ja takiego zrobiłam - zastanawiała się - że oni tak cierpią. Wyszła jesienią 1948 roku, w okropnym okresie przykręcania śruby. - Spodziewałam się najlepszych rzeczy i nagle zobaczyłam, że ludzie się mnie boją. I kiedy jakiś kolega chce mnie zobaczyć, musi przemykać się od ogrodu, bo sąsiedzi obserwują, z kim się spotykam.
Do Wymyślina, Skępego, Lipna, na całą ziemię dobrzyńską przeniosło się wielu Polaków z centralnej Polski. Miejscowych wyzywali od volksdeutschów i opluwali, ich dzieci szykanowali w szkole albo w ogóle do szkoły nie chcieli ich przyjmować. Nie rozumieli, że na terenach wcielonych do Rzeszy każdy, kto chciał przeżyć, musiał podpisać volkslistę, bo Niemcy wprowadzili cztery kategorie obywatelstwa. Pierwszą - Reichsdeutsch - otrzymywali Niemcy z Rzeszy, drugą - Volksdeutsch - polscy obywatele pochodzenia niemieckiego, trzecią - Eingedeutsch - Polacy, którzy przyjęli obywatelstwo niemieckie, a Polaków z czwartej kategorii, którzy o obywatelstwo niemieckie się nie starali albo odmówili jego przyjęcia, wysyłano na roboty do Niemiec, wywożono do obozów koncentracyjnych, pozbawiano kartek żywnościowych. - Kto więc chciał przeżyć, musiał podpisać volkslistę. Ale nie przestał być Polakiem - podkreśla. I wielu pracowało z nią w konspiracji. Bardziej niebezpiecznej niż w Generalnej Guberni, do końca jeszcze nieopisanej przez historyków. - I ja nie mogłam im pomóc - mówi. - Nie mogłam opowiedzieć, że byli w AK, bo zaraz by ich aresztowano. Nie wiedziałam, jak się zachować. Opluwali przeważnie ci, którzy nie byli w żadnej konspiracji, nie narażali się. - Dokładnie jak teraz - dodaje. Jedni z niezorientowania, drudzy z wystraszenia, a wszyscy dlatego, że chcieli żyć. Najżyczliwsi patrzyli na nią z politowaniem. W ich spojrzeniach widziała pytanie: i po co ci to było?
Uciekła z Wymyślina do Warszawy. Próbowała zapisać się na studia. Kryminalistek nie przyjmowali. Od kolegi z ZMP usłyszała, że na ul. Zajączka jest studium nauk wschodnich, można się tam dostać. Są wolne miejsca na arabistyce i sinologii. Zapisała się na arabistykę, po paru semestrach kolega powiedział: uciekaj, Maryla, bo będą nas wysyłać na placówki zagraniczne i zaczynają sprawdzać życiorysy. Próbowała znaleźć pracę. W gazetach było pełno ogłoszeń o pracy. Szła, miła rozmowa, składała podanie, życiorys. I następnego dnia, kiedy jej podanie trafiało do kadr, okazywało się, że pracy dla niej już nie ma. Znajomi pytali: jak ci idzie? Wspaniale - mówiła. Pracujesz? Pracuję - mówiła. Zaczęła unikać znajomych. Rano wychodziła z domu, brała drugie śniadanie i szła do Łazienek karmić łabędzie. Albo do kościoła przy pl. Trzech Krzyży i zaliczała wszystkie msze. - Zapędziłam się - mówi - w straszny stan. Szła raz przez most Poniatowskiego na Grochów, gdzie miała kąt przy rodzinie, stanęła i pomyślała: wpakowałabym się w wodę i skończyłyby się kłopoty. - Na szczęście otrzeźwiałam. Dochodzi do domu, stoi buda. Budami jeździło UB. Bardzo dobrze - pomyślała - wrócę do więzienia i będzie spokój. Podchodzi, a to jej kuzyn z Zaborowa. Mówi: dopiero dowiedziałem się, że wyszłaś z więzienia.
Nie kontaktowała się z nim, bo nie chciała narażać go na przykrości. Był adwokatem, pracował jako radca prawny w LOT. Co się z tobą dzieje? - pyta. Nic - odpowiada - nie mogę dostać pracy. Bo piszesz, że siedziałaś? A jak mam nie pisać! Nie pisz - powiedział - pójdziesz na księgową. Nauczysz się, skończysz kursy. Poznał ją z kolegą, który miał firmę kosmetyczną w Alejach Jerozolimskich. Szybko potem upaństwowioną i przekształconą w spółdzielnię pracy. Napisała nowy życiorys: z ojca zrobiła chłopa małorolnego, a z siebie dobrą córkę pomagającą w gospodarstwie. Posługiwała się nim przez następnych kilkanaście lat. - Już jest prawie dobrze - opowiada - pracuję, chodzę na kursy, staję na nogi i spotykam człowieka. Zupełnie przypadkowa historia. Okazuje się, że jest w ciąży. Co robić! Mama chora, nic jej nie powie, bo ją dobije. Mama zapyta, kto to jest, a ona co powie - że nie wie? Ani kim jest, ani gdzie go szukać! - Każda z nas miała jakieś potknięcia - mówi. - Jestem z pokolenia nieprzygotowanego do życia.
Znowu świat się jej zawalił. Po wyjściu z pracy chodzi beznadziejnie po ulicach. - Stanęłam przed jakąś wystawą, patrzę i nic nie widzę. Ktoś przy mnie stanął i mówi: a pani co tu robi? To był on.
- I tak - śmieje się - ubek życie mi uratował, a Danusię wypuszczono.
Aresztowana została 16 listopada 1945 roku w Lipnie. Kilka dni wcześniej otrzymała informację o fali aresztowań na Pomorzu. Zwołała naradę, by wspólnie zastanowić się, co robić dalej. Walczyć, ukrywać się, uciekać za granicę albo na Ziemie Odzyskane, a może się ujawnić? Wszystkie opcje były możliwe. Stawiło się dziewięć osób. Zgasło światło, wyszła z pokoju, by z kuchni przynieść świecę. Nie zdążyła, na korytarz weszli funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa. - Zaaresztowano - opowiada - w sumie 23 osoby. Ale tak pokierowałam śledztwem, że zostało nas siedmioro. Mądrością i sprytem ich załatwiłam. Konspiracja uczy sprytu - dodaje.
W czasie śledztwa siedziała w Toruniu, w Bydgoszczy i w Inowrocławiu. W Bydgoszczy w jednej celi z Filomeną Wójtowicz, swoją zastępczynią z Wojskowej Służby Kobiet obwodu lipnieńskiego. - Fila wyszła po śledztwie - mówi. Wspomina ją z tkliwością. Fila była wiejską nauczycielką i 'harcerką z krwi i kości'. A strażnicy doprowadzający więźniów na przesłuchanie mieli zadanie, by ich po drodze spreparować. Fizycznie i psychicznie. Więc bili ich i wyzywali. Do tej funkcji dobierano ludzi bardzo prymitywnych. - W areszcie - opowiada - pracował mężczyzna, którego trudno było nazwać człowiekiem. Pod drzwiami jej celi zaczął raz bić więźnia. Więzień krzyczał, wył, a strażnik kopał go tak długo, aż zakopał na śmierć. Siedziały w celi odrętwiałe z przerażenia. Czekały, po którą z nich przyjdzie. Przyszedł po nią. Obrzucił wyzwiskami. Fila podskoczyła, czapkę mu z głowy strzeliła i krzyknęła: na kolana przed tą kobietą! - Pomyślałam, że z nami już koniec. A on schylił się po czapkę i potem, wchodząc do ich celi, czapkę z czcią zdejmował i żadnej nigdy nie tknął. Fila tłumaczyła: bite kobiety na wsi bały się swoich pijanych mężczyzn, oni, widząc swoją przewagę, bili je jeszcze mocniej. Ale wystarczyło tylko postawić się, wrzasnąć i potulnieli. Jedyna rada: zademonstrować siłę. - Więzienie - mówi - jest akademią życia.
12 lutego 1946 roku w Inowrocławiu wezwał ją o godz. 21 naczelnik więzienia. Kazał siadać i czytać akt oskarżenia. Poprosiła o kontakt z rodzicami. Za późno, nie zdążą przyjechać, rozprawa jutro o 9. Była główną oskarżoną w procesie przestępczej grupy, która 'mimo dekretu o amnestii dla członków AK i mimo dwukrotnej możliwości ujawnienia się uprawiała nadal robotę antypaństwową' w celu 'obalenia ustroju demokratycznego w Polsce'.
Rano przez tunel więzienny strażnicy doprowadzili oskarżonych do sądu. Na miejscach dla publiczności siedziało dużo umundurowanych ludzi. Pamięta ich twarze: zimne, nieprzyjazne. - Patrzyli na mnie - mówi - jak na bandytkę. Po mundurach poznała, że to funkcjonariusze UB i strażnicy więzienni. Dostrzegła tylko dwóch cywilów. Byli dziennikarzami, jeden z 'Robotnika Kujawskiego'. Sąd odczytał personalia oskarżonych. Zapytał ich o obrońców. Nie mieli. Zarządził przerwę, żeby kogoś sprowadzić. Przybiegło dwóch w ubeckich mundurach. Zapytała jednego: poruczniku, jak mam się bronić, niech pan doradzi. Miała zamęt w głowie, sucho w gardle. Spojrzał na nią drwiąco: przecież ty - przeciągnął ręką po szyi - masz tak! To ją otrzeźwiło. Mocnym głosem oznajmiła: zrzekam się obrońcy. Od razu poczuła się lepiej. Postanowiła: nie będzie udawać zastraszonej panienki, która pierwszy raz znalazła się w sądzie, i pochlipywać, żeby zmiękczyć serca sędziów - jak podszeptywali współoskarżeni koledzy. Przecież od jej zeznań zależy wysokość także ich wyroków. Na sędziowskim stole leżały dowody winy - rozkaz Komendy Głównej AK z 1943 roku przyznający jej Virtuti Militari, który do niej nie dotarł i o którym dowiedziała się z akt śledztwa. Oraz archiwum AK-owskie z opisem okupacyjnych akcji, w których brała udział. Mówiła o nich przez kilka godzin. Z dumą. Bo nie była szefową zbrodniczej bandy, ale komendantką Wojskowej Służby Kobiet Obwodu Lipno i kurierem do zadań specjalnych. Od pierwszych dni okupacji walczyła o niepodległość Polski. Na koniec oświadczyła: każdy uczciwy Polak walczył z Niemcami i należał do konspiracji, a jeśli nie należał, to tylko dlatego, że koledzy nie mieli do niego zaufania. Usiadła. Jakaś ręka podsunęła jej miętowy cukierek. Odepchnęła ją. - Nieładnie się zachowałam - mówi. To był dziennikarz, starszy człowiek, chciał jej okazać sympatię, a ona jego gest zlekceważyła, uznając, że jest przeciwko niej jak wszyscy w tej sali. W ludziach - przekonała się później - należy wyzwalać dobro. - Teraz, jak widzę człowieka - mówi - od razu patrzę, co ma w sobie dobrego, a nie co ma złego. Niestety, w Polsce ostatnio - dodaje - głównie wyszukuje się w ludziach zło, przez co społeczeństwo nie staje się lepsze, ale gorsze - uważa.
Prokurator zażądał dla niej kary śmierci. Był majorem Wojska Polskiego, nazywał się Sikorski. Grzmiał, że dopuściła się zdrady ojczyzny, przemocą chciała obalić demokratyczny ustrój. Że po wojnie nie zerwała kontaktów z inżynierem Bronisławem Pietkiewiczem, komendantem podokręgu AK na Pomorzu. Że rozlepiała w Lipnie ulotki nazwane przez prokuratora 'paszkwilami na PPR' i kolportowała AK-owski "Głos Prawdy". Krzyczał, że za to należy ją w gorącej smole smażyć. - Mam wiele wad - mówi - a największą, że w nieodpowiednich momentach chce mi się śmiać. Powstrzymywała się więc od śmiechu. Do niej nie docierało, że on mówi o niej. Wydawało się jej, że te słowa dotyczą jakiejś nieznanej kobiety, i myślała: ale ta baba narozrabiała. Do jej koleżanki, która dwa razy dostała karę śmierci, też nie docierało, że mogą ją tak zwyczajnie rozstrzelać. Zastanawiały się kiedyś, z czego to wynikało. Przecież nie z poczucia niewinności, bo ze śmiercią niewinnych stykały się przez pięć lat. Ale cezurą - doszła do wniosku - była jednak data zakończenia wojny. A z nią przypływ wiary, że czas zbrodni minął. - Marzyłam o studiach - mówi - chciałam zakochać się, założyć rodzinę. U nas w konspiracji nie wolno było wdawać się w romanse, bo przez nie dużo ludzi wpadło. Święcie tego zakazu przestrzegałam. I nagle siedzę. I jest koniec. - Nie wiem, co nim kierowało - mówi o prokuratorze Sikorskim. - Musiał mieć jakieś dobre cechy. Są w każdym człowieku. Może grzmiał tak na pokaz? - zastanawia się. - Przed ubekami z kilkumiesięcznych kursów prawniczych, na których przygotowywano ich do pracy w sądownictwie, żeby im pokazać, jak oskarżać? Sąd poszedł na naradę. Wtedy wyroki ogłaszano od razu. Dostała sześć lat, koledzy od dwóch do pięciu. Sąd uzasadnił: obniża karę za zasługi w czasie pracy konspiracyjnej przeciwko Niemcom. Prokurator od razu zapowiedział złożenie apelacji. - Gdybym go dzisiaj spotkała - mówi - zapytałabym go: czy pan naprawdę uważał, że byłam zbrodniarką? - Jak byłam dzieckiem - próbuje go tłumaczyć - mieliśmy pieska, miłego, łagodnego. Przyjechali cioteczni bracia i zaczęli go drażnić. I tak długo go drażnili, że pies potem gryzł wszystkich. Podobnie jest z człowiekiem. Kąsali go może - mówi o prokuratorze - kąsali i stał się zły.
Wróciła do celi. Kobiety pod przewodem Oleńki odmawiały za nią litanię: Matko Nieustającej Pomocy, módl się za nami. A ona śmiała się i odgrywała prokuratorską mowę. Potem z Oleńką wielokrotnie ją powtarzały, żeby nie zapomnieć. - I zapomniałam - śmieje się. Oleńka Sokołowska była łączniczką AK, po wojnie działała w WiN-ie. Poznały się w więzieniu, ona dostała dwa lata.
Dwa tygodnie później sądzono trzech młodych chłopców z jej więzienia. Nie znała ich. Nie wie, jak wyglądali. Dostali wyroki śmierci. Wysyłała do nich grypsy. Zachowało się dziesięć grypsów 'Groma' do niej. Pisał wiersze: 'Czy mi wolno Marylko/ W snach Cię widywać?/ Mieć w murach więziennych?/ Swoją dziewczynę./ Od życia prozy myśli odrywać/ Wielbię Cię wierszem/ zanim może - zginę?'.
Jego koniec nastąpił 24 maja 1946 roku. Prezydent Bierut odrzucił podanie o łaskę. Widziała przez okienko, jak żołnierze prowadzili ich na egzekucję. - Wtedy dopiero dotarło do mnie, że byłam krok od śmierci. Jeżdżę na ich groby - mówi.
W więzieniu był głód, brud i wszy. W czteroosobowej celi siedziało po 12 kobiet. Obsługa więzienna za jakieś przewinienie, którego nie pamięta, zarządziła ścięcie włosów. Miała loki, do ramion. Posadzono ją na krześle na korytarzu, doprowadzono więźnia fryzjera, wokół strażnicy i naczelnik. Fryzjer popatrzył na jej włosy i powiedział, że mu ich żal. A ona z fanfaronadą w głosie: tnij pan, niczego nie żałuję dla sprawy AK. - To była głupia odzywka - mówi. Fryzjer uznał, że odważna, i też wykazał się odwagą - odmówił ogolenia jej głowy. Wybuchła awantura. Skończyło się na podcięciu. Zastanawiała się potem, jaki to proces następuje, że człowiek staje się odważny. - Bo człowiek nie rodzi się od razu odważny. Odwagi nabiera, jak raz mu się uda, drugi raz uda. Człowiek uznaje wtedy, że szczęście mu dopisuje, i ryzykuje dalej. Udawało się jej przez pięć lat okupacji. Trudne momenty nadeszły dopiero w więzieniu. - Przeszłam je dzięki ludziom, oni mnie ratowali.
Wylicza. Był strażnik Wyrzykowski, który wrzucił im do celi na Boże Narodzenie gałązkę choinki. Była gruba strażniczka, zapomniała jej nazwiska, która ją po kryjomu dożywiała. I był najważniejszy dla niej człowiek - dr Zagórski. Wymusił na dyrekcji więzienia przebadanie wszystkich więźniarek. A potem wzywał ją na badania. Przenosił grypsy, jego żona podsyłała lepsze kąski. Po latach na zjeździe byłych żołnierzy AK w Londynie poprosiła zebranych: zaczęłam pisać wspomnienia, poszukuję kilku osób. Wymieniła nazwiska, także dr. Czesława Zagórskiego. Pani prawdopodobnie poszukuje mojego ojca - napisał do niej syn, też lekarz. Podał adres ojca, mieszkał w Zakopanem. Pojechała do niego z Oleńką, żeby mu podziękować. Dowiedziała się wtedy, jak przebiegła egzekucja 'Groma' i jego dwóch kolegów, w której musiał z racji funkcji uczestniczyć. Żołnierze plutonu egzekucyjnego odmówili wykonania rozkazu. Ich dowódca się wściekł i sam zaczął strzelać. Trafił ich w nogi. Kiedy przymierzał się do kolejnych strzałów, dr Zagórski wybił mu broń, krzycząc, że oddanie do skazańców drugiego strzału jest pogwałceniem konwencji genewskiej. Dowódca plutonu odepchnął go i skazańców dobił. Podobno był pijany. Co stało się z żołnierzami z plutonu egzekucyjnego, nie wie. Za niesubordynację też była kara śmierci. W więzieniu w Inowrocławiu wybuchła epidemia tyfusu. Przewieziono ją do Fordonu koło Bydgoszczy. Ogolili im głowy. - Nie ma nic brzydszego niż łysa kobieta - mówi. Patrzyły na siebie i wybuchały śmiechem.
Więzienie uczy pokory w obcowaniu z ludźmi. - Normalnie w życiu, jak czegoś nie chcę lub coś mi się nie podoba, to sobie idę, a tu muszę siedzieć. Z każdym, kto się trafi. W gromadzie okropnie sfrustrowanej. Jedna gniecie żarówkę i łyka, druga podcina sobie żyły, trzecia się wiesza. Czwarta opowiada ze szczegółami, jak mordowała swoją rywalkę w dziewiątym miesiącu ciąży, brzytwą podcinając jej gardło. Inne wspominają swój pierwszy raz, drugi, rozprawiają, który był lepszy. Wiele kobiet się załamywało, popełniały samobójstwa. Wszystkie straciły menstruację. - I wtedy nauczyłam się, że nikogo nie wolno potępiać, bo człowiek niewiele o sobie wie i nagle potrafi zrobić złą rzecz, której nigdy by po sobie się nie spodziewał. Bo czynienie zła jest łatwiejsze, a dobro trzeba w sobie wypracować. Mówiła do siebie: stać mnie na to. I kiedy pojawiła się w jej celi łotrzyca, potrafiła sposobem i dobrym słowem zapanować nad nią i zmusić ją do uszanowania innych. - Ona - śmieje się - duża baba, czuła przede mną, metr pięćdziesiąt, respekt.
Zapowiedziano inspekcję z ministerstwa. Stawało się na baczność i recytowało, z jakiego paragrafu i za co. W jej celi była Grabosia, która razem z mężem dostała wyrok za podpisanie volkslisty. Grabosia była drobna, wystraszona, w okularach o dużych soczewkach i ze zdenerwowania, zamiast powiedzieć 'za drugą grupę', zameldowała raz 'za grubą dupę'. Z kolei Oleńka, o wyglądzie dziewczynki, recytowała, mrugając oczkami, że za chęć obalenia ustroju przemocą. - Bardzo mnie to śmieszyło. Więc żeby się nie roześmiać, zamknęłam oczy. Ktoś wszedł do celi. Cisza. Otworzyła oczy. W drzwiach stał oficer z oflagu, którego spotkała w pociągu 1 lipca 1945 roku. Patrzył na nią zdumiony. Jechała wtedy z kolegami z AK do Torunia na odprawę. Mieli się spotkać niby na imieninach Haliny Krzeszowskiej, w której mieszkaniu odbywały się w czasie okupacji odprawy sztabu Komendy Okręgu AK Pomorze. Jechała z bukietem kwiatów i z parasolką, w której zawsze przenosiła meldunki. Śmiali się, opowiadali kawały. Spodobała mu się. Mówiła, że chce studiować prawo. Prosił o adres, nie chciała dać. - Pojechał dalej do Gdańska, a ja z konspiracyjnego nawyku nie poszłam umówioną drogą. Dlatego cały sztab - mówi - został ostrzeżony, a ja wpadłam po raz pierwszy. W mieszkaniu był ubecki kocioł. Niczego przy niej nie znaleziono i po dziesięciu dniach wypuszczono.
Skończyła się wizytacja, przyszła strażniczka z wezwaniem do naczelnika. On siedział przy biurku i czytał jej akta. Proszę siadać. Siada. Pyta: co mogę dla pani zrobić? I mówi zdanie, którego wtedy dokładnie nie zrozumiała: bo co było do zrobienia w pani sprawie, już zrobili. Przysłał jej do więzienia podręcznik prawa rzymskiego. Załatwił przywilej korzystania z biblioteki więziennej. - Co takiego dla mnie korzystnego zrobiono w tej sprawie - zastanawiała się - i kto to zrobił? Wiedziała tylko, że ktoś nie dopuścił do procesu rewizyjnego, na którym mógłby zapaść wyższy wyrok. I że ten ktoś musiał wiedzieć o szykowanej przez rząd amnestii, która jej sześcioletni wyrok skróci o połowę. Po latach, kiedy przejrzała akta swego śledztwa, zrozumiała: przewodniczący składu sędziowskiego - sędzia Zaborowski. Zadzwoniła do syna sędziego Zaborowskiego, ojciec już nie żył. Powiedziała: pana ojciec uratował mi życie. Spotkała się z nim. Też był prawnikiem, już na emeryturze. Opowiedział o ojcu. Był przed wojną sędzią na Wileńszczyźnie. Walczył w armii Kleeberga, był oficerem. W 1943 roku znalazł się w Armii Kościuszkowskiej. Po wojnie otrzymał przydział do sądownictwa wojskowego. Skierowano go jako sędziego na Pomorze. Był prawym człowiekiem - zapewniał syn. - To gdzie jest prawda? - pyta.
Sędzia mówił synowi, że po wojnie należało silną ręką wprowadzić twarde prawo, żeby zapanować nad zdeprawowanym przez wojnę społeczeństwem, kiedy ludzkie życie nie miało większego znaczenia. Bo broń miał każdy, kto chciał, i napędzany żądzą zemsty czy chciwością zabijał, rabował i rozliczał sąsiadów z okupacyjnych zachowań. Mówił też synowi, że udało mu się kilku osobom uratować życie. Po dwóch latach zdegradowano go i z sądownictwa usunięto. Po trzech latach wyszła z więzienia. - Moi rodzice byli kompletnie zniszczeni. Przeze mnie - mówi. Ojciec był po pierwszym wylewie, szybko dostał drugiego i zmarł. Matka ciągle chorowała, potem ją sparaliżowało. Pracowała tylko młodsza siostra. Była nauczycielką, niewiele zarabiała. Po raz pierwszy zaczęła mieć wątpliwości. Co ja takiego zrobiłam - zastanawiała się - że oni tak cierpią. Wyszła jesienią 1948 roku, w okropnym okresie przykręcania śruby. - Spodziewałam się najlepszych rzeczy i nagle zobaczyłam, że ludzie się mnie boją. I kiedy jakiś kolega chce mnie zobaczyć, musi przemykać się od ogrodu, bo sąsiedzi obserwują, z kim się spotykam.
Do Wymyślina, Skępego, Lipna, na całą ziemię dobrzyńską przeniosło się wielu Polaków z centralnej Polski. Miejscowych wyzywali od volksdeutschów i opluwali, ich dzieci szykanowali w szkole albo w ogóle do szkoły nie chcieli ich przyjmować. Nie rozumieli, że na terenach wcielonych do Rzeszy każdy, kto chciał przeżyć, musiał podpisać volkslistę, bo Niemcy wprowadzili cztery kategorie obywatelstwa. Pierwszą - Reichsdeutsch - otrzymywali Niemcy z Rzeszy, drugą - Volksdeutsch - polscy obywatele pochodzenia niemieckiego, trzecią - Eingedeutsch - Polacy, którzy przyjęli obywatelstwo niemieckie, a Polaków z czwartej kategorii, którzy o obywatelstwo niemieckie się nie starali albo odmówili jego przyjęcia, wysyłano na roboty do Niemiec, wywożono do obozów koncentracyjnych, pozbawiano kartek żywnościowych. - Kto więc chciał przeżyć, musiał podpisać volkslistę. Ale nie przestał być Polakiem - podkreśla. I wielu pracowało z nią w konspiracji. Bardziej niebezpiecznej niż w Generalnej Guberni, do końca jeszcze nieopisanej przez historyków. - I ja nie mogłam im pomóc - mówi. - Nie mogłam opowiedzieć, że byli w AK, bo zaraz by ich aresztowano. Nie wiedziałam, jak się zachować. Opluwali przeważnie ci, którzy nie byli w żadnej konspiracji, nie narażali się. - Dokładnie jak teraz - dodaje. Jedni z niezorientowania, drudzy z wystraszenia, a wszyscy dlatego, że chcieli żyć. Najżyczliwsi patrzyli na nią z politowaniem. W ich spojrzeniach widziała pytanie: i po co ci to było?
Uciekła z Wymyślina do Warszawy. Próbowała zapisać się na studia. Kryminalistek nie przyjmowali. Od kolegi z ZMP usłyszała, że na ul. Zajączka jest studium nauk wschodnich, można się tam dostać. Są wolne miejsca na arabistyce i sinologii. Zapisała się na arabistykę, po paru semestrach kolega powiedział: uciekaj, Maryla, bo będą nas wysyłać na placówki zagraniczne i zaczynają sprawdzać życiorysy. Próbowała znaleźć pracę. W gazetach było pełno ogłoszeń o pracy. Szła, miła rozmowa, składała podanie, życiorys. I następnego dnia, kiedy jej podanie trafiało do kadr, okazywało się, że pracy dla niej już nie ma. Znajomi pytali: jak ci idzie? Wspaniale - mówiła. Pracujesz? Pracuję - mówiła. Zaczęła unikać znajomych. Rano wychodziła z domu, brała drugie śniadanie i szła do Łazienek karmić łabędzie. Albo do kościoła przy pl. Trzech Krzyży i zaliczała wszystkie msze. - Zapędziłam się - mówi - w straszny stan. Szła raz przez most Poniatowskiego na Grochów, gdzie miała kąt przy rodzinie, stanęła i pomyślała: wpakowałabym się w wodę i skończyłyby się kłopoty. - Na szczęście otrzeźwiałam. Dochodzi do domu, stoi buda. Budami jeździło UB. Bardzo dobrze - pomyślała - wrócę do więzienia i będzie spokój. Podchodzi, a to jej kuzyn z Zaborowa. Mówi: dopiero dowiedziałem się, że wyszłaś z więzienia.
Nie kontaktowała się z nim, bo nie chciała narażać go na przykrości. Był adwokatem, pracował jako radca prawny w LOT. Co się z tobą dzieje? - pyta. Nic - odpowiada - nie mogę dostać pracy. Bo piszesz, że siedziałaś? A jak mam nie pisać! Nie pisz - powiedział - pójdziesz na księgową. Nauczysz się, skończysz kursy. Poznał ją z kolegą, który miał firmę kosmetyczną w Alejach Jerozolimskich. Szybko potem upaństwowioną i przekształconą w spółdzielnię pracy. Napisała nowy życiorys: z ojca zrobiła chłopa małorolnego, a z siebie dobrą córkę pomagającą w gospodarstwie. Posługiwała się nim przez następnych kilkanaście lat. - Już jest prawie dobrze - opowiada - pracuję, chodzę na kursy, staję na nogi i spotykam człowieka. Zupełnie przypadkowa historia. Okazuje się, że jest w ciąży. Co robić! Mama chora, nic jej nie powie, bo ją dobije. Mama zapyta, kto to jest, a ona co powie - że nie wie? Ani kim jest, ani gdzie go szukać! - Każda z nas miała jakieś potknięcia - mówi. - Jestem z pokolenia nieprzygotowanego do życia.
Znowu świat się jej zawalił. Po wyjściu z pracy chodzi beznadziejnie po ulicach. - Stanęłam przed jakąś wystawą, patrzę i nic nie widzę. Ktoś przy mnie stanął i mówi: a pani co tu robi? To był on.
Walczył w kampanii wrześniowej, był porucznikiem, miał Virtuti Militari i pracował w Biurze Odbudowy Stolicy u Sigalina. Urodziła się córka, zamieszkali razem i on został aresztowany. - Wbrew logice - uważa - bo to ja spodziewałam się aresztowania. Jakaś afera gospodarcza - mówi - nie wiem, czy nie naciągana, groziła mu kara śmierci. Wyszedł po półtora roku. Ja po więzieniu, on po więzieniu, nic dobrego z tego nie mogło wyniknąć. Już była samodzielna, już okrzepła, przymierzała się do studiów w SGPiS. Wiedziała, że na nikogo lepiej nie liczyć. Wolała być sama.
Księgowość okazała się świetnym zawodem. Pracowała na kilku etatach. - Umiałam kombinować - śmieje się. - Tymi samymi kruczkami co w czasie okupacji załatwiało się i zdobywało różne prozaiczne rzeczy. Gdybym opowiedziała, jak trzeba było żonglować planami produkcyjnymi, by roczny bilans się zgadzał i załoga mogła dostać roczną premię, satyra na tamte czasy by powstała.
Któregoś roku pracowali całą noc. - Oddałam plany, niosę ich kopie w teczce, po drodze jest barek na Brackiej. Usiadłam kawy się napić po nieprzespanej nocy. Teczkę postawiłam przy bufecie i zapomniałam. Na drugi dzień do spółdzielni przyszło UB. Obowiązywała czujność, a ona w barze zostawiła tajemnice służbowe. Boże, co się działo! Dochodzenie, kto zostawił. Księgowa! A ona ma sfałszowany życiorys! Przyjaciele poradzili: zwiewaj. Ale dokąd? Zrobiono zebranie, wszyscy jej bronili. Prezesem spółdzielni był pan Sikora, miał chody i sprawę wyciszył, a prof. Płoszajski, wybitny ekonomista, znajomy jej kuzyna, załatwił skromną posadkę na Politechnice, na przesiedzenie.
- Politechnika - mówi - była wtedy azylem dla wielu takich wypędków jak ja. Zostałam tam do emerytury. Na Politechnice pracowała w administracji pani Pelczarska, z domu Potocka. Też miała swoje tajemnice - jeździła do rodziny do Londynu, by trochę dorobić przy pakowaniu paczek w firmie Grabowskiego. W jej dziale pracowała pani Brunowa, której siostra była wdową po prezydencie Starzyńskim. Oraz pan Niewidowski, mąż Magdaleny Samozwaniec, też po przejściach. Wcześniej był dyrektorem administracyjnym Politechniki. Na wiecu w głównej auli, który zaszczycił prezydent Bierut, spadł kryształowy żyrandol. Nikomu nic się nie stało, ale aresztowali całą administrację, a pan Niewidowski stał się głównym oskarżonym. Wyszedł dzięki premierowi Cyrankiewiczowi. Pani Kossakowa, matka Magdaleny Samozwaniec, przyjaźniła się przed wojną w Krakowie z matką Cyrankiewicza, obie były nauczycielkami. - To był najweselszy okres w moim życiu. Rano piło się kawę. Pan Niewidowski opowiadał sprośne kawały i anegdoty polityczne, rzucając nazwiskami, a pani Brunowa, kobieta starej daty, mu przerywała: - Zygmunt, przestań mówić głupstwa. Potem czytali kronikę towarzyską, czyli nekrologi, i studiowali ogłoszenia drobne. Zaśmiewając się ze 'sprzedam skórę po mężu'.
- My, siedzący, popełniliśmy błąd - mówi - źle wychowaliśmy następne pokolenie. Nasze dzieci żyły w kłamstwie. Moja córka o tym, że siedziałam, dowiedziała się od nauczycielki, której nie przyszło do głowy, że ona nie wie. Córka przyszła do domu i zapytała: za co, mamo, siedziałaś w więzieniu? Odpowiedziała: za nic. A ona, że za nic się nie siedzi, musiałaś coś zrobić. - Czy społeczeństwo wychowane w kłamstwie może żyć w prawdzie? - pyta. I sama siebie zapytuje: czym jest prawda? - Nie wiem - odpowiada - bo jedna prawda jest moja, druga sędziego Zaborowskiego, trzecia prokuratora Sikorskiego. Od 26 lat mieszka w Sztokholmie, daleko od śródmieścia, w mieszkanku po brzegi wypełnionym bibelotami. Porcelanowe figurki, wypchane laleczki, srebrne puzderka, tacki, klosze z wiśniami w czekoladzie, cukierkami, pierniczkami, a całe ściany pokryte są obrazkami. Pejzaże, widoczki, portrety, martwa natura. Przyjechała do córki, którą w Szwecji zastał stan wojenny. Tu ostatecznie pozbyła się strachu. Choć dalej nie lubi, kiedy ktoś się jej przygląda.
Kilka lat temu na pytanie, czy jest ofiarą okresu stalinowskiego, powiedziała Krystynie Wojtowicz (zachęconej przez gen. Elżbietę Zawacką, by podjęła próbę opisania pomorskiej Armii Krajowej): 'Ofiara? Czyja? Czy to nie kojarzy się z upadkiem? Jest odwrotnie. Wyszłam z tej matni brudu, okrucieństwa i pogardy zwycięsko. A mogłam zatopić się w nienawiści, w szukaniu zemsty i pogrążyć w otchłani gorszej niż ta, z której wyszłam... Kara to rzecz sądów - ich tego uczą. Mnie uczono w domu umieć przebaczać, bo zło nakłada się na zło, zemsta budzi chęć zemsty'. - Coś pani pokażę - mówi i idzie do sypialni. Przynosi długą biało-czerwoną szarfę do wieńca żałobnego. Na niej napis: 'Koło byłych żołnierzy Armii Krajowej Oddział Szwecja'. Dostała ją od prezesa AK w Sztokholmie kilka lat temu, kiedy jechali z wieńcami i sztandarami do Warszawy na kolejne obchody Katynia. Prezes zamówił kilka. Na zapas - wyjaśnił - przyda się pani. - I on już umarł - śmieje się - a ja żyję.
Ma 89 lat.
Serdecznie dziękuję pani Katarzynie Gruber za pomoc w przygotowaniu tego reportażu
Księgowość okazała się świetnym zawodem. Pracowała na kilku etatach. - Umiałam kombinować - śmieje się. - Tymi samymi kruczkami co w czasie okupacji załatwiało się i zdobywało różne prozaiczne rzeczy. Gdybym opowiedziała, jak trzeba było żonglować planami produkcyjnymi, by roczny bilans się zgadzał i załoga mogła dostać roczną premię, satyra na tamte czasy by powstała.
Któregoś roku pracowali całą noc. - Oddałam plany, niosę ich kopie w teczce, po drodze jest barek na Brackiej. Usiadłam kawy się napić po nieprzespanej nocy. Teczkę postawiłam przy bufecie i zapomniałam. Na drugi dzień do spółdzielni przyszło UB. Obowiązywała czujność, a ona w barze zostawiła tajemnice służbowe. Boże, co się działo! Dochodzenie, kto zostawił. Księgowa! A ona ma sfałszowany życiorys! Przyjaciele poradzili: zwiewaj. Ale dokąd? Zrobiono zebranie, wszyscy jej bronili. Prezesem spółdzielni był pan Sikora, miał chody i sprawę wyciszył, a prof. Płoszajski, wybitny ekonomista, znajomy jej kuzyna, załatwił skromną posadkę na Politechnice, na przesiedzenie.
- Politechnika - mówi - była wtedy azylem dla wielu takich wypędków jak ja. Zostałam tam do emerytury. Na Politechnice pracowała w administracji pani Pelczarska, z domu Potocka. Też miała swoje tajemnice - jeździła do rodziny do Londynu, by trochę dorobić przy pakowaniu paczek w firmie Grabowskiego. W jej dziale pracowała pani Brunowa, której siostra była wdową po prezydencie Starzyńskim. Oraz pan Niewidowski, mąż Magdaleny Samozwaniec, też po przejściach. Wcześniej był dyrektorem administracyjnym Politechniki. Na wiecu w głównej auli, który zaszczycił prezydent Bierut, spadł kryształowy żyrandol. Nikomu nic się nie stało, ale aresztowali całą administrację, a pan Niewidowski stał się głównym oskarżonym. Wyszedł dzięki premierowi Cyrankiewiczowi. Pani Kossakowa, matka Magdaleny Samozwaniec, przyjaźniła się przed wojną w Krakowie z matką Cyrankiewicza, obie były nauczycielkami. - To był najweselszy okres w moim życiu. Rano piło się kawę. Pan Niewidowski opowiadał sprośne kawały i anegdoty polityczne, rzucając nazwiskami, a pani Brunowa, kobieta starej daty, mu przerywała: - Zygmunt, przestań mówić głupstwa. Potem czytali kronikę towarzyską, czyli nekrologi, i studiowali ogłoszenia drobne. Zaśmiewając się ze 'sprzedam skórę po mężu'.
- My, siedzący, popełniliśmy błąd - mówi - źle wychowaliśmy następne pokolenie. Nasze dzieci żyły w kłamstwie. Moja córka o tym, że siedziałam, dowiedziała się od nauczycielki, której nie przyszło do głowy, że ona nie wie. Córka przyszła do domu i zapytała: za co, mamo, siedziałaś w więzieniu? Odpowiedziała: za nic. A ona, że za nic się nie siedzi, musiałaś coś zrobić. - Czy społeczeństwo wychowane w kłamstwie może żyć w prawdzie? - pyta. I sama siebie zapytuje: czym jest prawda? - Nie wiem - odpowiada - bo jedna prawda jest moja, druga sędziego Zaborowskiego, trzecia prokuratora Sikorskiego. Od 26 lat mieszka w Sztokholmie, daleko od śródmieścia, w mieszkanku po brzegi wypełnionym bibelotami. Porcelanowe figurki, wypchane laleczki, srebrne puzderka, tacki, klosze z wiśniami w czekoladzie, cukierkami, pierniczkami, a całe ściany pokryte są obrazkami. Pejzaże, widoczki, portrety, martwa natura. Przyjechała do córki, którą w Szwecji zastał stan wojenny. Tu ostatecznie pozbyła się strachu. Choć dalej nie lubi, kiedy ktoś się jej przygląda.
Kilka lat temu na pytanie, czy jest ofiarą okresu stalinowskiego, powiedziała Krystynie Wojtowicz (zachęconej przez gen. Elżbietę Zawacką, by podjęła próbę opisania pomorskiej Armii Krajowej): 'Ofiara? Czyja? Czy to nie kojarzy się z upadkiem? Jest odwrotnie. Wyszłam z tej matni brudu, okrucieństwa i pogardy zwycięsko. A mogłam zatopić się w nienawiści, w szukaniu zemsty i pogrążyć w otchłani gorszej niż ta, z której wyszłam... Kara to rzecz sądów - ich tego uczą. Mnie uczono w domu umieć przebaczać, bo zło nakłada się na zło, zemsta budzi chęć zemsty'. - Coś pani pokażę - mówi i idzie do sypialni. Przynosi długą biało-czerwoną szarfę do wieńca żałobnego. Na niej napis: 'Koło byłych żołnierzy Armii Krajowej Oddział Szwecja'. Dostała ją od prezesa AK w Sztokholmie kilka lat temu, kiedy jechali z wieńcami i sztandarami do Warszawy na kolejne obchody Katynia. Prezes zamówił kilka. Na zapas - wyjaśnił - przyda się pani. - I on już umarł - śmieje się - a ja żyję.
Ma 89 lat.
Serdecznie dziękuję pani Katarzynie Gruber za pomoc w przygotowaniu tego reportażu
Źródło: Wysokie Obcasy
-
Jak ubek uratował mi życie
deerzet
08.07.09, 22:14
No nie mogę, pierwsze co wyjdzie ode mnie, to to: piękna kobieta ta Marylka. I wtedy, i dziś.A duszę ma jeszcze piękniejszą!Uczmy się, my młodzi, od Niej - jak żyć, kochać ludzi i »
-
Jak ubek uratował mi życie
noos
09.07.09, 21:35
Wywiad z p. Marylą Sobocińską poruszył mnie: wielki szacunek dla pani i wdzięczność, że tacy ludzie istnieją i chodzą jeszcze po świecie. Wielkość zawsze łączy się z pokorą i zrozumieniem »
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć
