http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Kwestia taboretu

Anna Żebrowska
2009-06-07, ostatnia aktualizacja 2009-06-04 16:35

6 czerwca 2008 r. Ksenia Starosielska otrzymała nagrodę Instytutu Książki Transatlantyk, przyznawaną wybitnym popularyzatorom literatury polskiej na świecie.
6 czerwca 2008 r. Ksenia Starosielska otrzymała nagrodę Instytutu Książki Transatlantyk, przyznawaną wybitnym popularyzatorom literatury polskiej na świecie.
Fot. Michał Lepecki

Ksana ma tylko jedną fotografię ojca. Matka wkleiła ją do albumu, chociaż przechowywanie zdjęć rozstrzelanych 'wrogów ludu' groziło represjami. 'To taki mój znajomy' - mówiła córce

Historyk Jakow Starosielski za mimowolne porównanie terroru bolszewickiego z jakobińskim spędził kilkanaście lat w łagrach; po zwolnieniu popełnił samobójstwo
Fot. Archiwum prywatne Kseni Starosielskiej
Historyk Jakow Starosielski za mimowolne porównanie terroru bolszewickiego z jakobińskim spędził kilkanaście lat w łagrach; po zwolnieniu popełnił samobójstwo
Klatka schodowa ogromnego bloku przy ulicy Profsojuznej w Moskwie rozsiewa zapachy kocio-proletariackie. Ale gdy Ksenia Starosielska otwiera drzwi - trafiam do innego świata. Książki i antyki.

- Sekretarzyk, biurko, szafa z rzeźbionymi drzwiami to pamiątki po cioci Julii Mirskiej, też była tłumaczką z polskiego. Kiedy dostawała honorarium za przekład - szła sobie kupić jakiś stary mebel. Nie były w modzie, więc kosztowały kopiejki. Góry i wzgórza na secesyjnej komodzie to najnowsza literatura polska. Wydawcy przysyłają Kseni nowinki na adres domowy, na służbowy w miesięczniku 'Inostrannaja Literatura' i do wydawnictwa NLO, gdzie jest redaktorem polskiej serii.

- Zdążasz to czytać?

- Jakoś zdążam. Dobrą informację daje Instytut Książki, patrzę na zapowiedzi w internecie, śledzę, co wydają 'moi' autorzy, przeglądam recenzje. Dostaję 'Tygodnik Powszechny', 'Twórczość', 'Nowe Książki'. Najważniejsze rzeczy chyba wyłapuję. - Siedzisz na tłumaczeniach niczym caryca Katarzyna II na tronie! - Chętnie bym już z niego zeszła. Jak myślisz, po co otworzyłam seminarium dla młodych tłumaczy? Żeby było komu przekazać berło.

Ksienia Starosielska, przez przyjaciół zwana Ksaną - nasz człowiek w Rosji. I swój człowiek w Polsce, gdzie poznała wszystkich, kogo warto znać. Tadeusza Różewicza w Krakowie na spektaklu Kantora. Bilety załatwił Kornel Filipowicz - dziś przyjaźni się z trzecim pokoleniem Filipowiczów, z wnukami. Po Powązkach w Zaduszki oprowadzał ją Ryszard Kapuściński, a na komórkę złapałam ją ostatnio u Tadeusza Konwickiego. Ma list od Tadeusza Nowaka, gdzie autor odpowiada chyba na setkę pytań. Jedyną delegację, którą wyprosiła do Polski ze Związku Pisarzy, spędziła u Wiesława Myśliwskiego. Tłumaczyła 'Kamień na kamieniu' i przez dwa dni pytała, pytała, pytała. - Bardzośmy się zaprzyjaźnili. Teraz jest prościej, bo można nawiązać kontakt internetowo, tak koresponduję z moimi gdańszczanami - Huellem i Chwinem.

Lista 'jej' autorów to - bagatela - 44 nazwiska polskich pisarzy, których od lat 60. przetłumaczyła i wydała. Jeśli nie udało się w książce, to przynajmniej w prestiżowym miesięczniku "Inostrannaja Literatura", który swego czasu miał 600 tys. nakładu. Ksana jest tam szefową działu amerykańskiego (z angielskiego i francuskiego też tłumaczy), a jej szefem był Grigorij Czchartiszwili, czyli słynny dzisiaj Borys Akunin. - Polskiej literaturze w jej 'życiu rosyjskim' bardzo się poszczęściło dzięki Kseni Starosielskiej - mówi Czchartiszwili. - Jest nie tylko zawodowcem, ale i żywą, temperamentną kobietą. Wszystko, czego dotyka, także napełnia się życiem i temperamentem. Pracę z Ksenią wspominam jak sen złoty, choć nie obyło się bez cierni. Ksenia odpowiadała za wiele krajów, ale stale podsuwała coś polskiego. Prosiłem ją, by nie robiła z miesięcznika polskiej kolonii, na co Ksenia z żarem odpowiadała: 'Ale tam jest tyle ciekawej literatury! Może zrobimy numer w całości poświęcony Polsce?'. I robiliśmy

Z Mścisławia na Piotrkowską

- Polskie wątki w mojej rodzinie trzeba by zacząć od babci Mirskiej, ale to długa historia! Ksana zapala cienkiego papierosa. Babcia Raisa Mirska urodziła się w białorusko-żydowskim Mścisławiu na Białorusi. Już sam Mścisław to ho, ho, jaka historia, zaczęła się w roku 1135, kiedy gród założył smoleński książę Roman. W 1634 Mścisław za wierność Rzeczypospolitej otrzymał prawo magdeburskie; Żydów zrównano z wyznawcami innych religii. Pod koniec XIX wieku był już jednak zapyziałą białorusko-żydowską mieściną. - O dzieciństwie babci Raisy Mirskiej niewiele mi wiadomo. W młodości nie pytamy, a potem nie ma już kogo spytać. Wiem tylko, że żydowskich pradziadków stać było na wysłanie córki po nauki do Warszawy, gdzie została dentystką. Pod koniec XIX wieku wróciła do Mścisławia i wyszła za Borysa Szmuelzona. Dziadek Szmuelzon na uniwersytecie w Petersburgu zapisał się do jakichś radykałów socjaldemokratów i podrywał ustrój carski. Wyleciał ze studiów prawniczych z wilczym biletem. Wyjechał z żoną do Łodzi, wykładał w gimnazjum łacinę i grekę. A Raisa Mirska otworzyła gabinet dentystyczny nie byle gdzie - przy Piotrkowskiej.

- Byłam kiedyś pod drzwiami ich mieszkania, zaprowadził mnie Marek Edelman. Wisiało kilka tabliczek z nazwiskami, jak w radzieckiej komunałce. Nie śmiałam zadzwonić... W Łodzi dziadkom urodziły się dwie córki: moja mama Zinaida w roku 1903 i w 1906 ciocia Julia. Rosły dwujęzyczne - ojciec rozmawiał z nimi po rosyjsku, matka po polsku, miały polskie niańki. Ale wybuchła I wojna światowa i uciekając przed nią, Szmuelzonowie przenieśli się do Moskwy. Wynajęli duże mieszkanie w zaułku Leontjewskim z widokiem na Twerską, która łączyła Kreml z Dworcem Białoruskim. Był gabinet stomatologiczny, babcia praktykowała. - Język polski stracił rację bytu? - Zniknął na 35 lat! Mama z ciocią poszły do rosyjskiej szkoły, dzieci drażniły je, że mają zły akcent, więc i w szkole, i w domu rozmawiały po rosyjsku. Dziadek umarł już w latach 20., nosiły nazwisko babci Mirskiej, bo było ładniejsze. - Z dzieciństwa nie pamiętasz polskich piosenek, przysłów? - Może babcia wplatała coś do rozmowy, ale nie zwracałam uwagi. Urodziłam się w roku 1937 i przez całe moje dzieciństwo Polska w rodzinie nie istniała.

Tapety na sznurku

Burżuazyjne mieszkanie przysporzyło im wkrótce kłopotów - po rewolucji domeldowano lokatorów, zostawiając gospodarzom trzy pokoje. W 1939 roku ruszył stalinowski plan rozbudowy Moskwy, który zakładał poszerzenie Twerskiej. Kamieniczka w Leontjewskim wychodziła bokiem na Twerską, więc ją bezlitośnie skrócono. Odcięto główną klatkę schodową oraz dwa i pół pokoju z tych trzech, które zajmowali. - Zostawiono nam pół pokoju. Przy tym ścianę zewnętrzną budynku zbudowano tak cienką, że pamiętam, jak od przemarzniętego, wilgotnego muru odklejały się tapety. Żeby nie spadły, przybijaliśmy sznurki wzdłuż ściany. Na 11 metrach gnieździło się pięć osób: babcia Raisa, jej córki Zinaida z malutką Ksaną i Julia z mężem Aleksandrem Mackinem.

Kosmopolita Mackin

- O, wuj Sasza Mackin to oddzielna historia! - podkreśla Ksana. Krytyk teatralny o świetnym piórze, członek związku pisarzy, co nie wystarczało jednak do otrzymania samodzielnego kąta. Bibliotekę przewiózł na daczę przyjaciela. Pomógł szczęśliwy przypadek: spotkał na ulicy znanego gruzińskiego aktora Akakija Chorawę. 'A czemuż pan taki zgnębiony?' - spytał artysta, o którym mówiono, że bywał u Stalina i recytował mu gruzińską klasykę. Słysząc o troskach ulubionego krytyka, Chorawa tego samego wieczoru wstawił się do Ojca Narodów. Tak Mackin z żoną został posiadaczem 16-metrowego pokoju przy Prospekcie Lenina. - Mamie i babci obiecano rekompensatę pieniężną, ale zaczęła się druga wojna i żadnych pieniędzy nie dostały. Do 20. roku życia mieszkałam z nimi na tych 11 metrach - wspomina Ksana.



Wojna się skończyła, zaczęła się walka z kosmopolityzmem, czyli Żydami. 'Prawda' w roku 1949 umieściła Mackina na liście teatroznawców kosmopolitów (każdy zawód miał swoich kosmopolitów i swoje listy). Wujek nie był tam główny, dopiero piąty lub szósty. Kosmopolitów teatroznawców na szczęście nie więziono i nie mordowano, ale z pracy wylecieli. 'Zacząłem sprzedawać książki. Były drogie, bo wielu po rewolucji nie przedrukowywano. Sprzedałem rosyjskich filozofów idealistów z początku wieku, szli po szczególnie wysokiej taryfie, sprzedałem dziesięć tomów Freuda. Za to można było przeżyć kilka miesięcy' - napisał Aleksander Mackin w memuarach.

Żona odpowiada za męża

Tymczasem Julia Mirska pracowała w 'Literaturnej Gaziecie' jako kierownik działu zagranicznego. Wykształcona, przekładała z angielskiego i francuskiego. 'Literaturnaja Gazieta' była na świeczniku, kierował nią pupil Stalina Aleksander Fadiejew, szef związku pisarzy. - Fadiejew lubił ciocię, więc jak Mackina ogłoszono kosmopolitą, powiedział: 'Lepiej odejdź sama, zanim każą mi cię zwolnić'. Złożyła wymówienie, a trzeba było z czegoś żyć. Z angielskiego i francuskiego tłumaczono mało, bo trwała zimna wojna. I wtedy ciocia przypomniała sobie język polski. Fadiejew pomógł jej zatrudnić się w miesięczniku 'Sowietskaja Literatura'. Wychodziło kilka edycji - po angielsku, francusku, niemiecku, hiszpańsku i polsku. - Była to okropna agitka - przypominam. - Drukowano głównie ideologiczną grafomanię. - Agitka - zgadza się Ksana - ale wyboru ciocia nie miała. Poza tym po pracy tłumaczyła Iwaszkiewicza, Konwickiego, Brandysa, Brezę, 'Dziewczęta z Nowolipek', 'Dancing w kwaterze Hitlera' Brychta. Zyskała w Polsce renomę. Zaprzyjaźniła się z Woroszylskim, Drawiczem, których po jej śmierci przejęłam jakby w spadku. To była jasna smuga w jej życiu.

Mama Zinaida, ojciec?

- Czy to cioci Julii zawdzięczasz znajomość polskiego? - Ależ skąd! Studiowałam chemię, flirtowałam z przyszłym mężem i nic mnie jej przekłady nie obchodziły. Ale dzięki cioci polski zaczął się w domu odradzać. Mama wróciła do czytania po polsku. Zinaida Mirska była zdolną pianistką, ale złe pochodzenie zamknęło jej drogę do konserwatorium. Zdała do instytutu języków obcych na anglistykę, wyszła za Jakowa Starosielskiego, cenionego historyka. Starosielski specjalizował się w rewolucji francuskiej, w 1930 roku wydał 'Problemy dyktatury jakobińskiej'. Metody rządów jakobińskich jako żywo przypominały rządy partii leninowsko-stalinowskiej, schowano więc dzieło do prohibitów bibliotecznych. W roku 1934 autora aresztowano, Zinaida musiała rzucić studia i pójść do pracy. - Starosielski był twoim ojcem? - Nie, choć długo tak uważałam i noszę jego nazwisko. To znowu cała historia.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • Kwestia taboretu przemek05 08.06.09, 18:51

    Ten Jakow Majers rzeczywiscie jest podejrzany :-)Przyjezdza z USA (!) do zbolszewizowanej Rosji, przeciskajac sie pod prad uchodzcow, ktorzy kierujac sie zdrowym rozsadkiem, zmierzaja w »

Napisz do nas

Czekamy na pomysły, opowieści, opinie, uwagi o piśmie i serwisie wysokieobcasy.pl