http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif
A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum

Jak zasłużyłam na samotną starość?

tekst Jolanta Grabowska
2008-03-24, ostatnia aktualizacja 2008-03-25 10:41

ZOBACZ TAKŻE
SONDAŻ
Boisz się samotnej starości?

Tak, wiem, że to możliwe
Nie, zrobię wszystko, żeby nie być samym na starość
Nie myślę o tym na razie, będzie jak ma być

Barbara (80)

Powoli spaceruje po korytarzach centrum handlowego Arkadia. Gdy byłam sprawna, nie przeszkadzało mi to, że jestem sama. Ja mam prosty sposób. Jak mnie chandra ogarnia, szybko się ubieram i wychodzę. Do Arkadii, Leclerca czy innego takiego miejsca. Pochodzę, popatrzę, nawet nie kupuję, tylko przejrzę sobie, tego zagadam, tamtego o coś spytam, rozładuję się wewnętrznie i wracam zrelaksowana. To już w czasie przeszłym może pani zapisze, bo ostatnio unikam schodzenia - czwarte piętro bez windy - i czuję się bardzo samotna. A kiedy coś dolega, to jeszcze bardziej.

Aczkolwiek muszę zejść, kupić sobie coś do zjedzenia. Ale takich rzeczy jak kapusta czy kalafior unikam, mimo że bardzo je lubię, bo już nie wniosę. Mogę kupić pieczywo, sałatę i ćwierć kilo marchewki. Teraz na drutach robię, z kawałków przerabiam. Komu robię? Nie myślę o tym komu. Włączam radio albo telewizor i już do mnie ktoś mówi. Nie lubię ciszy. Mam samotność prostą do wytłumaczenia. Wynika z tego, że nie miałam córki. A synowie poszli za żonami. Nie ma mnie w ich życiu. Ale starszy to jest naprawdę uwiązany - ma dziecko z porażeniem mózgowym. Właściwie już nie dziecko, bo skończyła 18 lat. I się sam nią zajmuje, bo żona odrzuciła tę dziewczynkę, i pracuje dużo. Ja nie wymagam od niego nic! Tylko mu współczuję.

A młodszy to naprawdę pracuje bardzo długo. Mogłyby synowe albo wnuczki. Miałam operację oczu. Robiłam sobie śniadanie, chciałam pokroić pomidora, wyprysnął mi z ręki i poleciał na podłogę. Przez miesiąc go omijałam, bo nie mogłam się schylić. Synowe nie utrzymują ze mną kontaktu. Żona młodszego, jak zadzwonię, to powie: białe-czarne, wóz-przewóz, i na tym rozmowa się kończy. A żona starszego to już absolutnie.

Wnuczki też się z babką nie kontaktują. W ogóle! Kuzynka nie mogła się do mnie dodzwonić, bo miałam coś z telefonem. Zadzwoniła do syna, odebrała wnuczka. "Co z babcią?" - pyta. "Ja nie wiem, co z babcią. Nic mnie to nie obchodzi". Potem mnie to opowiadała, myślałam, że się popłaczę. Kuzynka ma trzech synów i jej synowe są na każde zawołanie.

Kiedyś jeździłam do nich często, bo jedną wnuczkę odbierałam z przedszkola, a drugą ze żłobka. Synowa pracowała, późno kończyła - byłam potrzebna. Potem szkoła, stały się samodzielne i się urwało. Mają teraz po 20 lat, studentki - farmacji i stomatologii. Przykro powiedzieć: imieniny, święto babci, czy jak skończyłam 80 lat, nikt nie pamięta. W ogóle nie przychodzą. Nawet nie zadzwonią. Nie odezwą się. Jak ja zazdroszczę, kiedy synowa z teściową są w dobrej komitywie, jak zazdroszczę! Po ślubie młodszy syn mieszkał u mnie, a synowa u swojej matki. Starszy dwa lata mieszkał tu z żoną. Czy one mają o coś żal? Nie wiem.

Mnie się zdawało, że jeśli mogłabym, to tej synowej nieba bym przychyliła. Młodszy syn mieszka na Żoliborzu, trzy przystanki ode mnie, codziennie przejeżdża koło mojego domu. U starszego nie byłam 15 lat. Przeprowadzili się na Służewiec, synowa już nie podała mi nowego adresu. Ale to nietrudno się dowiedzieć. Pojechałam kiedyś, to wyrzuciła mnie za drzwi. Dlaczego? Nie wiem. Nie umiem tego wytłumaczyć. Mają syna po studiach. Wpadnie na pięć minut i już go nie ma. Wydaje mi się, że gdybym miała córkę, byłoby inaczej.

Słuchaj, kochana...

Jestem warszawianka z krwi i kości i wydaje mi się, że w tej tradycji tkwi, że rodzina trzyma się razem. A te naleciałości, tak bym to nazwała, mają inny sposób bycia. Jedna synowa jest gdzieś ze wschodu i nie katoliczka, tylko prawosławna, a druga też z innej dzielnicy Polski. Może z domu nie wyniosły tej miłości, tej radości? U nas mama zawsze starała się, żeby było to ciepło. Mieszkaliśmy na Nowym Świecie 8/10. Potem wysiedlili nas na Stare Miasto, tam była dzielnica niemiecka. Mama z siostrą umarły niedługo po powrocie z obozu. Tata został w 1941 roku aresztowany i wywieziony do Auschwitz. Mąż wyczuł tę obcość synowych. Nie był jak to teść: 'Ach, moja synowa!'. Raczej ustawiony daleko.

Do synów, jak przyprowadzali przedstawić narzeczone, chłodno: 'Chcesz się żenić, to się żeń. Ale ja ani na wesele, ani na wódkę się nie dołożę'. Czy mu się nie spodobały? Nie rozmawiałam z nim o tym. On nigdy nie mówił mi, co myśli. Głośno nie wyrażał opinii. W ogóle się nie uzewnętrzniał. Po pracy wziął gazetę i mógł cały wieczór się nie odezwać. Żeby usiąść, porozmawiać: 'Słuchaj, kochana...', nie, nigdy. On podejmował decyzje, było tak albo nie. A gdybym stanowczo się nie zgadzała? Nigdy nie było, żebym stanowczo się nie zgadzała. Mówiłam: 'Chcesz, to niech tak będzie'. Mąż to był taki samolub. Nie miał przyjaciół i innym nie pozwalał. Po pracy to tylko ze sobą. Nie było żadnych gości, żadnych imienin.

Dziwne - jak teraz o tym myślę. Uwielbiał jeździć. Może dlatego w domu chciał odpocząć od kontaktów z ludźmi? Może to uznawał za relaks? Jak tata był w domu, dzieci nie mogły hałasować. Do synów też nie był czuły. Ode mnie mieli za dwoje. Czy mnie to nie przeszkadzało? Zajęta byłam domem, dziećmi, niepotrzebne mi były z innymi kontakty. Przyszłam z pracy, to musiałam ugotować obiad, sprzątnąć, uprasować, chłopcom pomóc odrobić lekcje. Przed małżeństwem też nie miałam przyjaciółek, może dlatego nie dążyłam do tego? Może upodobniłam się do niego? Więc właściwie ja już w tym małżeństwie byłam sama. Jak ktoś pyta: 'Dawno mąż zmarł?'. Mówię: 'Cztery lata temu', a to już ósmy rok idzie. Wytrzymaliśmy razem 50 lat i jeden równiutki miesiąc. Tak długo, bo wydaje mi się, że byłam tolerancyjna. Jak się zezłościł, brał teczkę i wychodził.

Nie wiedziałam, czy jedzie na trzy dni, czy tydzień. Pracował w kontroli w Społem. Ja byłam urzędniczką. Wrócił, to już było po gniewie. W święta siedzę sama. Wtedy jest najgorzej, bo dążę myślami do nich. Na Wigilię zaprasza mnie matka żony młodszego syna. Ona odczuwa dziwność tej sytuacji. Teraz z niektórych rzeczy zdaję sobie sprawę. Że całe życie nie miałam nikogo bliskiego, osoby, której mogłabym się naopowiadać, wyżalić. I będę coraz więcej myślała, bo siły mnie opuszczają. Jak nie można tyle chodzić, to człowiek jest skazany na myślenie. Ja w moich synach winy nie widzę. Są czuli, kochani, ale to mężczyźni. To synowe jako kobiety powinny dbać o to, żeby rodzina była razem.

Czy czegoś żałuję? Nie. Uczciwie i spokojnie przeżyłam życie. Nie dorobiłam się majątku, ale dorobiłam się dwójki dzieci. Jak chcieli, tak ułożyli sobie życie. Obaj mają wykształcenie - inżynier pożarnik i inżynier elektronik. Są szanowani. Wychowałam ich na ludzi, nie na przestępców.

Helena (79)

Codziennie przed południem idzie do kolektury wysłać totolotka. Wraca do domu i czeka na losowanie o 22. Myśli pani, że nie mam z kim czekać na losowanie? Czekam z 'Mariną', 'Modą na sukces', 'Klanem', 'Plebanią', 'Wiadomościami', 'M jak miłość', 'Na Wspólnej'. Nie lubię siedzieć na ławce w parku, z babami plotkować pod blokiem. Nigdy nie lubiłam. Co rusz ktoś woła. Jak już nie mogę się wykręcić, przysiądę na chwilę. Opowiadają o chorobach, nieszczęściach, posłucham trochę, to żyć się odechciewa. Wolę patrzeć na wróble na parapecie. Nasypię ryżu, to zleci się stado.

Koleżance mówię, że jadę na święta na wieś. Nie jadę, nie chcę, żeby przyszła, trzeszczy bez przerwy, od tego gadania głowa boli. Nie lubię dzwonić. Do Gosi, odkąd wyjechała dziewięć lat temu, zadzwoniłam ze cztery razy. Nie potrzebuję rozmowy, tylko żeby był ktoś obok. Kiedy Gosia ze mną mieszkała przez kilka dni, mogłyśmy zamienić tylko kilka zdań: że dobry obiad, że wróci późno, żebym ją obudziła. Nie przytulałam się od 27 lat. Mam problem z okazywaniem uczuć. Nie uściskam, nie pocałuję na przywitanie. Ktoś zrobi pierwszy krok, to nadstawię policzek.

Skąd ten pancerz? Może najpierw opowiem o momencie, który zdecydował o tym, że jestem sama. Dokładnie go pamiętam. To będzie dobre wprowadzenie, żeby tę powściągliwość zrozumieć.

To było 2 października 1981 roku. Mam pamięć do liczb - 50 lat byłam księgową. Mietek siedział na łóżku. Przeniosłam go z naszego pokoju do tego od ulicy. Tu zawsze jest ciemno, co potęgowało ogólne przygnębienie. Miał raka płuc, całe życie palił dużo, to były jego ostatnie tygodnie. Coś przegryzłam, bo z sił nie mogłam opaść. 'Jak ty możesz paść się, kiedy ja umieram?!' - wykrzyknął. I wtedy przysięgłam sobie, że z nikim już się nie zwiążę. Był zazdrosny o to, że jem, że śpię, że wychodzę z domu. Co kilka minut wołał: poduszkę popraw, daj pić, otwórz okno, zamknij okno. Nie widział, gdzie jestem, to zaraz: "No co ty tam robisz?!". Kiedy umarł, ważyłam 48 kilo. Policzki wyglądały tak, jakby porósł je żółtawo-zielony meszek.

Moja mama nie chciała, żebym wychodziła za niego za mąż. 'Lubi wypić, przemądrzały, na zabawie stawał do bicia' - ostrzegała. Ale ja byłam ogromnie w nim zakochana. Uparłam się. On jest przystojny, elegancki, nie będę wstydziła się z nim pokazywać. Mietek bardzo lubił się stroić. Kiedy poznaliśmy się w 1948, modne były bujne fryzury. Swoje włosy miał proste, więc zrobił trwałą. Kiedyś przyłapałam go, jak podmalowywał oczy. Najpierw kredkę chował po szufladach, potem używał mojej. Narzekał na mnie, że nie przywiązuję do ubierania się zbyt dużej wagi. 'Helka! Gdybym ja był babą, to dopiero by było!' - powtarzał. "Nawet się nie poskarży..." - mama mówiła o mnie do mojej bratowej. Miała żal, że się nie zwierzam. To był mój mąż, ja z nim żyłam, nie mama. Poza tym głupio byłoby się skarżyć po tym, jak się jej nie posłuchałam.

Nie skarżyłam się, kiedy nie starczało na opłaty, bo lubił się bawić. Kiedy podchodził wypity do cudzego stolika, odsuwał szklanki - wszystkie stoliki były zajęte - i stawiał swoje. "Wiecie, kim ja jestem? Jestem pan Mieczysław..." - i tu nazwisko. Myślałam wtedy, że się ze wstydu spalę, szłam i przepraszałam za niego. Specjalnie potłukłam gąsior do robienia wina, nigdy się nie dostało, bo wcześniej wypił. Nie mogłam uśmiechnąć się, broń Boże zatańczyć, bo we wszystkich mężczyznach widział kochanków. Raz tak przewiózł mnie na motorze, że myślałam, że nas zabije. Uciekłam do służbowego mieszkania. Bracia przyjechali mnie pilnować. Prokurator zabronił mu zbliżania się do mnie, to krzyczał pod oknem, żebym wróciła, że się zmieni, że jak nie wrócę, to się zabije. Wracałam. Później, kiedy groził, że się powiesi, mówiłam: 'Masz, przyszykowałam dla ciebie sznur', i wie pani, że już przestał straszyć. Mówili: Mietek to, Mietek tamto. Nikomu nie pozwoliłam go krytykować. Tylko ja mogłam.

Ale kiedy umarł, poczułam ulgę. Jeszcze rok nie minął, a mężczyźni już podgadywali. Zaczepiali nawet na cmentarzu, kiedy jeździłam podlać kwiaty, których mnóstwo posadziłam na grobie. Kuzyn bawił się w swata i co rusz przyprowadzał jakiegoś wdowca. W tym wieku - po pięćdziesiątce - kobieta może nareszcie robić, co chce, i nikt złego słowa nie powie. Ja chciałam mieć chłopa, ale tylko na dochodne. Osiem lat przychodził Heniek. Raz-dwa robiliśmy, co trzeba. Tak się umówiliśmy, że tylko łóżko, bez wtrącania się w życie. Pozwalałam mu dotykać się. Ale nie chciałam dotykać jego. Po zawsze myślałam, żeby już poszedł. Lubiłam przytulać się tylko do Mietka. Kładliśmy się na boku, moja głowa pod jego brodą. Jedną rękę miałam przyciśniętą do piersi, drugą go obejmowałam. Nogę wsuwałam między jego kolana. On głaskał mnie po plecach, bawił się włosami. Bardzo za tym tęskniłam. Kiedy było mi źle, kładłam się, zamykałam oczy i wyobrażałam sobie, że leżymy razem. Temperament mi się uspokoił. Heniek znalazł kobietę, która zechciała go na stałe.

Umarła mama, ja po śmierci Mietka wzięłam ją do siebie i teraz znów byłam sama. Powiedziałam bratowej, żeby najmłodszą córkę dała mi na wychowanie. 'U mnie będzie jej dobrze, nie zabraknie niczego. Tobie i tak zostanie pięcioro'. Ona: 'Chłopcy pójdą do średniej szkoły, zamiast w internacie mogliby być u ciebie'. I tak: Jurek do zawodówki, Andrzej do technikum, w końcu Gosia do liceum, a potem jeszcze do pracy. Uzbierało się tego 15 lat, dobrze się złożyło, że jak jedno kończyło szkołę, drugie zaczynało. Chcieliśmy z Mietkiem mieć dzieci. Staraliśmy się, staraliśmy i nic. Przebadałam się, wyszło, że ja mogę, wyglądało więc, że to wina Mietka, ale on nie chciał słyszeć o lekarzu. Mogliśmy wziąć jakieś z domu dziecka. Ale wiesz, na kogo trafisz? Poza tym Mietek o tym też nie chciał słyszeć.

Do Gosi przywiązałam się bardzo. Myślałam, że będzie jak ja. Załatwiłam jej pracę w fabryce; planowałam, że skończy zaocznie studia - ja zrobiłam na SGPiS-ie - i zostanie główną księgową. Wyremontowałam mieszkanie, trzy pokoje z kuchnią, wszystko nowe: meble, okna, podłogi, glazury. Wyjdzie za mąż, wtedy pomogę przy dzieciach. Jedna z pracownic wybierała się na emeryturę, postarałam się, żeby po niej dostała stanowisko. A Gośka złożyła wymówienie i ode mnie uciekła. Księgowości wcale nie lubi. Czuje, że jak przyjmie ten awans, to utknie już na amen. Jest młoda - 22 lata - chce spróbować czegoś innego, jeszcze pożyć, świata zobaczyć, tak mi powiedziała.

Byłam zła, że taka niewdzięczna! Ale chciałam ją zatrzymać. 'Kupię ci kawalerkę po babci' - mówiłam, bo taką starszą panią się opiekowałam w klatce obok. 'Przeniosę się, a ty będziesz tu miała swobodę. Działka, garaż, samochód - to też będzie twoje' - wymieniałam. Niczego nie chciała. Spakowała się w jedną walizkę. Poszłam z nią na dworzec, wróciłam do domu i rozpłakałam się - teraz naprawdę jestem sama.

Drugi pomnik

Czego żałuję? No, że nie miałam dzieci, bo człowiek bez dzieci umiera cały. Że nie przełamałam się do Heńka. Widzę, jak czasem spaceruje pod rękę z drugą żoną. Nie wyobrażałam sobie, że mogę być z kimś innym tak blisko, jak byłam z Mietkiem. Był moją pierwszą i jedyną miłością. Nie chciałam dotykać Heńka, bo bałam się, że się do niego przywiążę, że zacznie mi na nim zależeć.

Nie chciałam wychodzić za mąż, bałam się powtórki z historii - ten Mietek nieźle mi dokuczył. Nie chciałam drugi raz kochać tak mocno. Taka miłość bardzo wyczerpuje - psychicznie, a nawet i fizycznie. 27 lat temu obiecałam też sobie, że nikt więcej nie będzie mówił mi, co mam robić. Mając męża, nie ma mocnych, czasem trzeba się nagiąć. Postanowiłam być dzielna. Pokazać, że potrzebuję czułości, znaczyło okazać słabość. I tak powoli zamykałam się w skorupie. Wydawało mi się, że tak będzie dobrze, bezpiecznie. Bezboleśnie - nie czuję, nie cierpię. Najbardziej jednak żałuję, że Gosi nie ma. Nie gniewam się już na nią. Myślę, że nie miałam prawa jej życia urządzać. Projektuje ogrody we Wrocławiu. Dzwoni co tydzień. Za każdym razem pytam: "Kiedy przyjedziesz?". Ona wie, że przez to "kiedy przyjedziesz?" naprawdę chcę powiedzieć "tęsknię za tobą". Łapię się na tym, że jestem zazdrosna: mamy ze sobą świetny kontakt, ale jak już się zwierza, to matce, nie mnie. Matkę przytuli.

Nie wiem, jak dać znak, że też bym tego chciała. Często się zastanawiam, kiedy przebudzę się w nocy i nie mogę zasnąć albo jak poleguję w ciągu dnia: po co żyłam? Po co jeszcze żyję? Dla kogo? Jaki jest sens codziennie wstawać, jak dzień podobny do dnia? Co tam jest po drugiej stronie? Myślałam, że może na starość będę więcej chodziła do kościoła, modliła się, ale jak byłam, tak dalej jestem niedowiarkiem. Nie boję się śmierci. Jestem przygotowana. Mieszkanie zapisałam kuzynce w zamian za opiekę nad grobem moim i męża, oddałam jej już działkę. Gosię zabezpieczyłam, ma kawalerkę w ładnej kamienicy. Latem kazałam wymalować mieszkanie. Następne malowanie to już nie moje zmartwienie. Postawiłam drugi pomnik - z płyty. Nie trzeba będzie tyle skakać koło niego, wystarczy od czasu do czasu przetrzeć szmatą, lampkę zapalić.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • Jak zasłużyłam na samotną starość? babagolka 28.03.08, 03:39

    Bardzo smutne i przygnebiajace te historie...mnie uderzylo w historii Barbary ze zaluje ze ma synow,a nie corki...i pomyslalam o sobie..ja mam dwoch,jeszcze malenkich synkow,i co?czy mam zyc»

  • Jak zasłużyłam .... Dziękuję za artykuł justyna04 28.10.09, 12:37

    Bardzo dziękuję za te wypowiedzi. Opiekuję się 87-letnią babcią. Ma i dzieci iwnuki i prawnuki, ale z jakiegoś powodu rodzina o niej zapomina. Trudna jestta opieka bo i ja nie mam czasu, »

  • Jak zasłużyłam na samotną starość? sarahsarah 28.10.09, 15:14

    tak, mnie tez uderzylo w historii pani Barbary, ze zaluje, ze ma synow a nie corki, i zapytalabym ja, dlaczego automatycznie usprawiedliwia synow, natomiast w roli opiekunek najcheteniej »

W numerze z 30 stycznia