Polski spór o in vitro na razie daleki od rozwiązania. Przeciwnicy tej metody nie składają jednak broni, tłumacząc, iż jest świetny sposób, by leczyć niepłodność zgodnie z nauką Kościoła. Tym sposobem ma być naprotechnologia
ZOBACZ WIDEO
ZOBACZ TAKŻE
- Do Ameryki po dziecko z in vitro (23-04-09, 06:00)
- In vitro: jeden zarodek lepszy niż dwa (26-03-09, 16:13)
- Polacy za in vitro (07-03-09, 01:00)
- Czy zapłodnienie in vitro jest przestępstwem (03-02-09, 00:00)
- Dziecko rodzi się w głowie (20-07-09, 01:00)
- 150 tys. podpisów pod projektem ustawy zakazującej in vitro (13-05-09, 17:18)
- Najlepsza pora na dziecko, czyli kiedy? (10-04-09, 14:11)
- Kościół popiera pseudonaukę przeciw in vitro? (31-03-09, 12:39)
- Obrońcy życia: In vitro inżynierią diabła (23-03-09, 00:00)
- Niepłodność to temat tabu (12-12-08, 14:22)
- Plemnik z temperamentem (26-10-08, 11:00)
- Niepłodność - gdzie szukać pomocy? (09-07-08, 15:00)
- Przygotowywania do ciąży - czy warto je podjąć? (15-06-08, 15:53)
- Czekając na bociana (08-01-07, 10:33)
- Nie możemy mieć dzieci (06-11-04, 01:00)
- Nowa wersja in vitro (06-11-04, 01:00)
RAPORTY
Druga połowa marca 2009 r., Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Na sali lekarze, doradcy rodzinni, obrońcy życia, teolodzy i duchowni. Przysłuchują się konferencji 'Naprotechnologia - wyzwania medyczne i etyczne we współczesnej ginekologii'. Chętnych zgłosiło się tak wielu, że organizatorzy przenieśli zawczasu konferencję do dysponującego odpowiednio dużą salą Uniwersytetu. Gość specjalny sesji dr Phil Boyle z Irlandii wygłasza wykład pt. "Nowy przełom w myśleniu o opiece medycznej wobec niepłodności i poronień". Podaje w nim m.in., że w Europie pracuje już dziś 23 lekarzy naprotechnologów i 75 instruktorów. Boyle podkreśla, że ta błogosławiona przez Kościół metoda leczenia niepłodności [patrz ramka na końcu tekstu] zyskuje coraz większe zainteresowanie w Europie. - Modlę się, by to właśnie Polska stała się światełkiem naprotechnologii na świecie - mówi lekarz. Wiele wskazuje na to, że modlitwa Boyle'a może być wysłuchana. Od kilku miesięcy w Polsce o naprotechnologii coraz głośniej.
W maju 2008 r. w Lublinie powstaje fundacja Instytut Leczenia Niepłodności Małżeńskiej (jej twórcy nie wyobrażają sobie chyba, by płodność mogła być pozamałżeńska) im. Jana Pawła II promująca naprotechnologię. Ma o tyle ułatwione zadanie, że w mediach toczy się gorąca dyskusja o in vitro. A naprotechnologia to ponoć alternatywa dla tej nieakceptowanej przez Kościół metody. W grudniu 2008 r. u dominikanów w Lublinie odbywa się pierwsze w Polsce szkolenie dla lekarzy i instruktorów. - Instruktorzy to niezbędne ogniwo w prowadzeniu diagnostyki i leczenia - podkreśla w wywiadzie dla KAI dr Maciej Barczentewicz, prezes Instytutu Leczenia Niepłodności Małżeńskiej. Para, która chce skorzystać ze zdobyczy naprotechnologii, opiera się obowiązkowo na pomocy instruktora, który tłumaczy, jak samemu badać płodność. Instruktor nie musi mieć wykształcenia medycznego, nie może natomiast sam korzystać z innej niż naturalna antykoncepcji i nie może też propagować innych jej metod.
Początek stycznia 2009 r. W Białymstoku otwiera podwoje pierwszy w Polsce i jeden z pierwszych w Europie prywatny ośrodek leczenia niepłodności za pomocą naprotechnologii. Podobny ma wkrótce powstać w Lublinie. 'Zanim ból i rozpacz zaprowadzą cię do kliniki in vitro, pomyśl o naprotechnologii' - pisze w 'Gościu Niedzielnym' Jarosław Dudała. 'Niestety, leczenie metodą naprotechnologii nie jest w Polsce refundowane przez NFZ. Dlatego szacuje się, że trzymiesięczny kurs nauki oceny biowskaźników dla pary małżeńskiej to wydatek rzędu 900-1000 zł' - ubolewa 'Nasz Dziennik' w artykule o wymownym tytule 'Prawda wyzwala'. Dziennikarka 'Naszego Dziennika' Małgorzata Jędrzejczyk najwyraźniej nie wie, że jesienią 2008 r. interpelowało w tej sprawie dwóch posłów. Odpowiedź Agencji Oceny Technologii Medycznych, o którą zwróciła się minister zdrowia Ewa Kopacz, nie pozostawiła jednak wątpliwości: wszystko, co proponuje pacjentom naprotechnologia, jest od dawna w Polsce refundowane.
To, co w tej całej sprawie szczególnie denerwujące, to szafowanie wziętymi z sufitu liczbami. Na oficjalnych stronach poświęconych naprotechnologii można doczytać się, że metoda ta jest o wiele skuteczniejsza niż in vitro. Padają tam liczby rzędu 50, 60, 70, a nawet ponad 80 proc. skuteczności, co konfrontuje się z marnymi 20--25 proc., które zapewniają nowoczesne techniki wspomaganego rozrodu. Przykre, że do grona osób podających te wskaźniki dołączył również jeden ze światlejszych hierarchów - arcybiskup Józef Życiński. Przemawiając pod koniec marca na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, abp Życiński stwierdził, że współczynnik skuteczności leczenia niepłodności metodami naprotechnologicznymi sięga 44 proc., a in vitro skutkuje zaledwie w 26 proc.
To szalbiercza metoda, to pseudonauka
Lekarze, z którymi rozmawiam na ten temat, nie potrafią ukryć oburzenia. - W naprotechnologii z naukowego punktu widzenia nie ma niczego nowego - mówi prof. Waldemar Kuczyński z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, prezes Sekcji Płodności i Niepłodności Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego. - Koncepcja ta (a nie metoda, a tym bardziej nie 'technologia') składa się z elementów tzw. profilaktyki wtórnej, czyli poradnictwa prozdrowotnego, oraz zachowawczych metod leczenia, które okazały się nieskuteczne wobec niektórych grup pacjentów. Każdy lekarz powinien na samym wstępie wyjaśnić, jak wygląda cykl płodności kobiety, poinstruować, jak starać się o dziecko, jeśli może to nastąpić w sposób naturalny. Co więcej, lekarz robi to za darmo, a w ośrodku naprotechnologicznym za pomoc instruktora trzeba płacić. Naprotechnologowie prowadzą też standardowe leczenie, stosują USG, leki, hormony takie same jak my, a próbują to sprzedać jako coś nowego. I nieświadomy pacjent często daje się nabrać.
- To kuriozum - ciągnie Kuczyński. - Zwykle sektor prywatny wchodzi tam, gdzie w państwowej służbie zdrowia jest luka. A tu tylko powiela się istniejące struktury z nadzieją na zarobek.
- Prawdziwej nauki w naprotechnologii jest jak na lekarstwo - przekonuje mnie prof. Rafał Kurzawa, kierownik oddziału rozrodczości Pierwszego Szpitala Klinicznego w Szczecinie. - Proszę wejść na stronę www.pubmed.org i porównać, ile prac opublikowano na świecie na temat in vitro, a ile o naprotechnologii. W pierwszym przypadku to blisko 28 tys., a w drugim jedna - dosłownie jedna! - publikacja, która przeszła przez sito naukowych recenzji. Opisano w niej wyniki leczenia niepłodności ponad tysiąca par w Irlandii. Efekt: 25 proc. żywych urodzeń po dwóch latach leczenia.
- Nie ma się czym chwalić - mówi prof. Kuczyński. - Istnieje wiele doniesień naukowych, w których w tak dobranej grupie bez leczenia osiąga się trzykrotnie więcej ciąż - dodaje. - Autorzy sami też przyznają, że po roku z ich usług rezygnuje 45 proc., a po dwóch latach aż 63 proc. par. Dlaczego? Bo metoda jest nieefektywna. Bo może pomóc zaledwie co trzeciej parze, i to takiej, która nie ma konkretnego problemu z potencjałem rozrodczym partnerów - tłumaczy profesor.
- Naprotechnologia jest przydatna, jeśli przyczyną niepłodności są problemy z owulacją (to dotyczy ok. 25 proc. pacjentów) i tzw. przypadki idiopatyczne, a więc wtedy, gdy bezpośrednią przyczynę niepłodności trudno jest ustalić (to kolejne kilka procent chorych) - mówi Kuczyński. - A gdzie czynnik męski [dziś uważa się, że w mniej więcej połowie przypadków 'winę' za brak dziecka ponosi mężczyzna]? Gdzie endometrioza [ciężka choroba poważnie utrudniająca kobiecie zajście w ciążę]? Gdzie niedrożność jajowodów? W 70 proc. przypadków naprotechnologia nie jest w stanie tu pomóc poza zasugerowaniem adopcji. Tymczasem dzięki nowoczesnym technikom rodzą się tysiące dzieci, które inaczej nie miałyby żadnych szans pojawienia się na świecie. Wmawianie chorym, że np. wobec męskiej niepłodności medycyna jest bezradna - to nieuczciwość - denerwuje się Kuczyński. - Warto się zastanowić, gdzie tu się kończy etyka, a zaczyna dogmat. Prof. Rafał Kurzawa: - Naprotechnologia to kilka wybranych elementów z koszyka metod leczenia niepłodności plus nazwa, która się świetnie sprzedaje (naturalne znaczy zdrowe, a na dodatek jest tam technologia, czyli nowocześnie). Moim zdaniem najlepiej walczyć z nią jej własną bronią. Ja np. zawsze mówię, że sam jestem naprotechnologiem, ale ponadto jestem też lekarzem i gdy kończą się możliwości naprotechnologii, sięgam po metody nowoczesnej medycyny. Niedawno miałem spotkanie na ten temat z młodzieżą i ludźmi Kościoła. Oficjalnie tego nie kupili, ale potem w kuluarach kiwali ze zrozumieniem głowami.
Więcej niż alternatywa
A może to, że ludzie chcą korzystać z dobrodziejstw naprotechnologii, wynika nie tylko z ich niewiedzy i tego, że złapali się na lep nieuczciwej promocji? Może to objaw tęsknoty za naturalną medycyną, za tym, że ktoś dłużej poinstruuje, będzie miał dla chorego więcej czasu? Prof. Kurzawa: - Faktem jest, że do naprotechnologów trafiają często zaniedbane pacjentki. Leczenie niepłodności to stosunkowo nowa dziedzina i zdarza się, że lekarze popełniają błędy. Chorzy są zdesperowani, szukają różnych rozwiązań, a tu proponuje im się coś (teoretycznie!) nowego, na dodatek się nie spieszy. Prof. Kuczyński: - Każdy przyzwoity lekarz musi poświęcić pacjentom odpowiednio dużo czasu, zająć się nie tylko ich ciałem, ale i duszą. Ludzie dotknięci niepłodnością bardzo cierpią [Światowa Organizacja Zdrowia ocenia, że tylko AIDS i rak są bardziej traumatyczne niż kłopoty z płodnością]. W naszej klinice specjalnie zatrudniamy psychologa oraz fizykoterapeutów. Ale liczy się tu przecież ostateczny efekt. Co z tego, że naprotechnolog pochyli się nad pacjentem, jeśli i tak w wielu wypadkach nie będzie z tego dziecka! Gdyby wyznawcy naprotechnologii nie przedstawiali jej jako alternatywy dla in vitro, tylko jako uzupełnienie, a ponadto zajmowali się wyłącznie tymi pacjentami, którym mogą rzeczywiście pomóc, można by na to patrzeć spokojnie. Niestety, tak nie jest.
- Trafił do mnie niedawno pacjent leczony przez naprotechnologów w celu poprawy jakości nasienia - zżyma się prof. Kuczyński. - Łykanie jakichkolwiek tabletek w takiej sytuacji mija się z celem, może pomóc wyłącznie in vitro, ale tamci lekarze nie mieli oporów. Niestety, zgłaszają się już kolejni pacjenci. Tymczasem dr. Macieja Barczentewicza nie zadowala nawet to, że naprotechnologia ma być alternatywą dla in vitro. W niedawnym wywiadzie dla KAI stwierdził: 'Widzę to [naprotechnologię] nie jako alternatywę, coś zamiast, ale jako ten właściwy sposób postępowania, jako leczenie zgodne z przysięgą Hipokratesa'. Zwolennicy naprotechnologii nie mają także zahamowań, by nieuczciwie odciągać pary od in vitro, tłumacząc, że wcześniejsze skorzystanie z technik wspomaganego rozrodu zmniejsza ich szansę na dziecko metodami naturalnymi. Wszystkie chwyty są tu dozwolone.
Polscy lekarze zżymają się, ale na razie oficjalnie nie protestują. - Jesteśmy stroną w tym sporze - mówi Kuczyński. Jednak Polskie Towarzystwo Ginekologiczne powoli dojrzewa, by wydać dokument informujący Polaków, jaka jest prawdziwa wartość naprotechnologii. Czynną rolę w promowaniu naprotechnologii odgrywa Kościół. To zrozumiałe, że takie postępowanie duchownym odpowiada, ale źle się dzieje, gdy sposób leczenia ustala przedstawiciel Kościoła, a nie lekarz. Nauce nigdy mariaż z ideologią nie wychodził na dobre. Przykre, że duchowni nie biorą pod uwagę, że takim postępowaniem działają na szkodę wielu dotkniętych niepłodnością par. Naprotechnolodzy twierdzą, że jednym z pomocnych elementów terapii może być modlitwa. Akurat w tym nie widzę niczego złego ani niezgodnego z aktualną wiedzą. Jeśli ktoś jest wierzący, modlitwa z pewnością będzie dla niego pomocą i ukojeniem. A - jak wiadomo - w leczeniu wielu chorób czynnik psychiczny odgrywa niebagatelną rolę. Co więcej, nawet 'twarda' nauka docenia rolę modlitwy. Właśnie ukazała się (recenzowana) praca z Korei Płd. wskazująca, że żarliwa modlitwa podnosi procent implantacji u kobiet leczonych metodą in vitro. Wolałbym, żeby Kościół ograniczył się tu do modlitwy, a nie angażował swojego autorytetu w popieranie nielicznych lekarzy, którzy swoją szansę dostrzegli w naprotechnologii.
PS Gdy tekst był już napisany, pan dr Maciej Barczentewicz przysłał wiadomość, że jest gotów rozmawiać. Spytałem, ilu procentom par borykających się z niepłodnością może pomóc naprotechnologia. Jego zdaniem jest ona skuteczna: w 80 proc. przypadków endometriozy, w 90 proc. - zaburzeń owulacji, w 60 proc. - niedrożności jajowodów i u 30 proc. par po niepowodzeniach in vitro. Barczentewicz odsyła tu do podręcznika Hilgersa z 2004 r. i do wspomnianej publikacji z 2008 r.
Czym jest naprotechnologia?
To skrót od Natural Procreative Technology, czyli technologia naturalnej prokreacji. Wymyślił ją 40 lat temu amerykański ginekolog Thomas W. Hilgers. Inspiracją dla młodego lekarza była encyklika Pawła VI 'Humanae vitae' z 1968 r., w której papież odnosił się m.in. do płodności i antykoncepcji. Hilgers jako żarliwy katolik zastanawiał się, co zrobić, by w naturalny sposób, bez uciekania się do zabronionych przez Kościół środków antykoncepcyjnych, skutecznie chronić się przed niechcianą ciążą. Doszedł do niezbyt odkrywczego wniosku, że należy możliwie jak najbardziej precyzyjnie określić moment owulacji.
Przez lata śledził kobiece cykle i opracował model, który na podstawie biologicznych wskazówek, takich jak bardzo dokładna (przeprowadzana kilka razy dziennie) obserwacja śluzu z szyjki macicy i temperatury ciała, pozwala ocenić z dość dużą precyzją, kiedy kobieta jest płodna. Ocena śluzu (choć nie tak dokładna) była już podstawą naturalnej metody planowania rodziny opracowanej przed blisko 50 laty przez małżeństwo Billingsów.
Hilgers jest dziś profesorem, dyrektorem Instytutu Pawła VI w Omaha w stanie Nebraska, autorem sążnistego podręcznika 'The Medical & Surgical Practice of NaProTechnology', członkiem Papieskiej Akademii Życia. Papież Jan Paweł II przez 20 lat przekazywał na jego Instytut 50 tys. dol. rocznie.
Z czasem Hilgers swe zainteresowania przeniósł z antykoncepcji na leczenie niepłodności. Naprotechnologia ma służyć jej przezwyciężaniu, naturalnie bez uciekania się do nowoczesnych metod wspomaganego rozrodu (takich jak np. in vitro) uznawanych przez Watykan za nieetyczne. Na pierwszym miejscu stawia się tu znów obserwację śluzu, określanie dni płodnych kobiety, a jeśli to nie pomoże, dopuszcza się stosowanie leków, hormonów, ewentualnie zabiegi chirurgiczne. Wszystko to, na co Kościół zezwala, i nic z tego, czego nie błogosławi. W dość religijnej, ale zarazem pragmatycznej Ameryce ten sposób myślenia przyjął się słabo, znalazł za to podatny grunt w Europie - początkowo w Irlandii, a ostatnio w Polsce. W Irlandii od kilkunastu lat działa dr Phil Boyle szczycący się tym, że dzięki naprotechnologii doprowadził do narodzin ponad 800 dzieci.
W maju 2008 r. w Lublinie powstaje fundacja Instytut Leczenia Niepłodności Małżeńskiej (jej twórcy nie wyobrażają sobie chyba, by płodność mogła być pozamałżeńska) im. Jana Pawła II promująca naprotechnologię. Ma o tyle ułatwione zadanie, że w mediach toczy się gorąca dyskusja o in vitro. A naprotechnologia to ponoć alternatywa dla tej nieakceptowanej przez Kościół metody. W grudniu 2008 r. u dominikanów w Lublinie odbywa się pierwsze w Polsce szkolenie dla lekarzy i instruktorów. - Instruktorzy to niezbędne ogniwo w prowadzeniu diagnostyki i leczenia - podkreśla w wywiadzie dla KAI dr Maciej Barczentewicz, prezes Instytutu Leczenia Niepłodności Małżeńskiej. Para, która chce skorzystać ze zdobyczy naprotechnologii, opiera się obowiązkowo na pomocy instruktora, który tłumaczy, jak samemu badać płodność. Instruktor nie musi mieć wykształcenia medycznego, nie może natomiast sam korzystać z innej niż naturalna antykoncepcji i nie może też propagować innych jej metod.
Początek stycznia 2009 r. W Białymstoku otwiera podwoje pierwszy w Polsce i jeden z pierwszych w Europie prywatny ośrodek leczenia niepłodności za pomocą naprotechnologii. Podobny ma wkrótce powstać w Lublinie. 'Zanim ból i rozpacz zaprowadzą cię do kliniki in vitro, pomyśl o naprotechnologii' - pisze w 'Gościu Niedzielnym' Jarosław Dudała. 'Niestety, leczenie metodą naprotechnologii nie jest w Polsce refundowane przez NFZ. Dlatego szacuje się, że trzymiesięczny kurs nauki oceny biowskaźników dla pary małżeńskiej to wydatek rzędu 900-1000 zł' - ubolewa 'Nasz Dziennik' w artykule o wymownym tytule 'Prawda wyzwala'. Dziennikarka 'Naszego Dziennika' Małgorzata Jędrzejczyk najwyraźniej nie wie, że jesienią 2008 r. interpelowało w tej sprawie dwóch posłów. Odpowiedź Agencji Oceny Technologii Medycznych, o którą zwróciła się minister zdrowia Ewa Kopacz, nie pozostawiła jednak wątpliwości: wszystko, co proponuje pacjentom naprotechnologia, jest od dawna w Polsce refundowane.
To, co w tej całej sprawie szczególnie denerwujące, to szafowanie wziętymi z sufitu liczbami. Na oficjalnych stronach poświęconych naprotechnologii można doczytać się, że metoda ta jest o wiele skuteczniejsza niż in vitro. Padają tam liczby rzędu 50, 60, 70, a nawet ponad 80 proc. skuteczności, co konfrontuje się z marnymi 20--25 proc., które zapewniają nowoczesne techniki wspomaganego rozrodu. Przykre, że do grona osób podających te wskaźniki dołączył również jeden ze światlejszych hierarchów - arcybiskup Józef Życiński. Przemawiając pod koniec marca na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, abp Życiński stwierdził, że współczynnik skuteczności leczenia niepłodności metodami naprotechnologicznymi sięga 44 proc., a in vitro skutkuje zaledwie w 26 proc.
To szalbiercza metoda, to pseudonauka
Lekarze, z którymi rozmawiam na ten temat, nie potrafią ukryć oburzenia. - W naprotechnologii z naukowego punktu widzenia nie ma niczego nowego - mówi prof. Waldemar Kuczyński z Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, prezes Sekcji Płodności i Niepłodności Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego. - Koncepcja ta (a nie metoda, a tym bardziej nie 'technologia') składa się z elementów tzw. profilaktyki wtórnej, czyli poradnictwa prozdrowotnego, oraz zachowawczych metod leczenia, które okazały się nieskuteczne wobec niektórych grup pacjentów. Każdy lekarz powinien na samym wstępie wyjaśnić, jak wygląda cykl płodności kobiety, poinstruować, jak starać się o dziecko, jeśli może to nastąpić w sposób naturalny. Co więcej, lekarz robi to za darmo, a w ośrodku naprotechnologicznym za pomoc instruktora trzeba płacić. Naprotechnologowie prowadzą też standardowe leczenie, stosują USG, leki, hormony takie same jak my, a próbują to sprzedać jako coś nowego. I nieświadomy pacjent często daje się nabrać.
- To kuriozum - ciągnie Kuczyński. - Zwykle sektor prywatny wchodzi tam, gdzie w państwowej służbie zdrowia jest luka. A tu tylko powiela się istniejące struktury z nadzieją na zarobek.
- Prawdziwej nauki w naprotechnologii jest jak na lekarstwo - przekonuje mnie prof. Rafał Kurzawa, kierownik oddziału rozrodczości Pierwszego Szpitala Klinicznego w Szczecinie. - Proszę wejść na stronę www.pubmed.org i porównać, ile prac opublikowano na świecie na temat in vitro, a ile o naprotechnologii. W pierwszym przypadku to blisko 28 tys., a w drugim jedna - dosłownie jedna! - publikacja, która przeszła przez sito naukowych recenzji. Opisano w niej wyniki leczenia niepłodności ponad tysiąca par w Irlandii. Efekt: 25 proc. żywych urodzeń po dwóch latach leczenia.
- Nie ma się czym chwalić - mówi prof. Kuczyński. - Istnieje wiele doniesień naukowych, w których w tak dobranej grupie bez leczenia osiąga się trzykrotnie więcej ciąż - dodaje. - Autorzy sami też przyznają, że po roku z ich usług rezygnuje 45 proc., a po dwóch latach aż 63 proc. par. Dlaczego? Bo metoda jest nieefektywna. Bo może pomóc zaledwie co trzeciej parze, i to takiej, która nie ma konkretnego problemu z potencjałem rozrodczym partnerów - tłumaczy profesor.
- Naprotechnologia jest przydatna, jeśli przyczyną niepłodności są problemy z owulacją (to dotyczy ok. 25 proc. pacjentów) i tzw. przypadki idiopatyczne, a więc wtedy, gdy bezpośrednią przyczynę niepłodności trudno jest ustalić (to kolejne kilka procent chorych) - mówi Kuczyński. - A gdzie czynnik męski [dziś uważa się, że w mniej więcej połowie przypadków 'winę' za brak dziecka ponosi mężczyzna]? Gdzie endometrioza [ciężka choroba poważnie utrudniająca kobiecie zajście w ciążę]? Gdzie niedrożność jajowodów? W 70 proc. przypadków naprotechnologia nie jest w stanie tu pomóc poza zasugerowaniem adopcji. Tymczasem dzięki nowoczesnym technikom rodzą się tysiące dzieci, które inaczej nie miałyby żadnych szans pojawienia się na świecie. Wmawianie chorym, że np. wobec męskiej niepłodności medycyna jest bezradna - to nieuczciwość - denerwuje się Kuczyński. - Warto się zastanowić, gdzie tu się kończy etyka, a zaczyna dogmat. Prof. Rafał Kurzawa: - Naprotechnologia to kilka wybranych elementów z koszyka metod leczenia niepłodności plus nazwa, która się świetnie sprzedaje (naturalne znaczy zdrowe, a na dodatek jest tam technologia, czyli nowocześnie). Moim zdaniem najlepiej walczyć z nią jej własną bronią. Ja np. zawsze mówię, że sam jestem naprotechnologiem, ale ponadto jestem też lekarzem i gdy kończą się możliwości naprotechnologii, sięgam po metody nowoczesnej medycyny. Niedawno miałem spotkanie na ten temat z młodzieżą i ludźmi Kościoła. Oficjalnie tego nie kupili, ale potem w kuluarach kiwali ze zrozumieniem głowami.
Więcej niż alternatywa
A może to, że ludzie chcą korzystać z dobrodziejstw naprotechnologii, wynika nie tylko z ich niewiedzy i tego, że złapali się na lep nieuczciwej promocji? Może to objaw tęsknoty za naturalną medycyną, za tym, że ktoś dłużej poinstruuje, będzie miał dla chorego więcej czasu? Prof. Kurzawa: - Faktem jest, że do naprotechnologów trafiają często zaniedbane pacjentki. Leczenie niepłodności to stosunkowo nowa dziedzina i zdarza się, że lekarze popełniają błędy. Chorzy są zdesperowani, szukają różnych rozwiązań, a tu proponuje im się coś (teoretycznie!) nowego, na dodatek się nie spieszy. Prof. Kuczyński: - Każdy przyzwoity lekarz musi poświęcić pacjentom odpowiednio dużo czasu, zająć się nie tylko ich ciałem, ale i duszą. Ludzie dotknięci niepłodnością bardzo cierpią [Światowa Organizacja Zdrowia ocenia, że tylko AIDS i rak są bardziej traumatyczne niż kłopoty z płodnością]. W naszej klinice specjalnie zatrudniamy psychologa oraz fizykoterapeutów. Ale liczy się tu przecież ostateczny efekt. Co z tego, że naprotechnolog pochyli się nad pacjentem, jeśli i tak w wielu wypadkach nie będzie z tego dziecka! Gdyby wyznawcy naprotechnologii nie przedstawiali jej jako alternatywy dla in vitro, tylko jako uzupełnienie, a ponadto zajmowali się wyłącznie tymi pacjentami, którym mogą rzeczywiście pomóc, można by na to patrzeć spokojnie. Niestety, tak nie jest.
- Trafił do mnie niedawno pacjent leczony przez naprotechnologów w celu poprawy jakości nasienia - zżyma się prof. Kuczyński. - Łykanie jakichkolwiek tabletek w takiej sytuacji mija się z celem, może pomóc wyłącznie in vitro, ale tamci lekarze nie mieli oporów. Niestety, zgłaszają się już kolejni pacjenci. Tymczasem dr. Macieja Barczentewicza nie zadowala nawet to, że naprotechnologia ma być alternatywą dla in vitro. W niedawnym wywiadzie dla KAI stwierdził: 'Widzę to [naprotechnologię] nie jako alternatywę, coś zamiast, ale jako ten właściwy sposób postępowania, jako leczenie zgodne z przysięgą Hipokratesa'. Zwolennicy naprotechnologii nie mają także zahamowań, by nieuczciwie odciągać pary od in vitro, tłumacząc, że wcześniejsze skorzystanie z technik wspomaganego rozrodu zmniejsza ich szansę na dziecko metodami naturalnymi. Wszystkie chwyty są tu dozwolone.
Polscy lekarze zżymają się, ale na razie oficjalnie nie protestują. - Jesteśmy stroną w tym sporze - mówi Kuczyński. Jednak Polskie Towarzystwo Ginekologiczne powoli dojrzewa, by wydać dokument informujący Polaków, jaka jest prawdziwa wartość naprotechnologii. Czynną rolę w promowaniu naprotechnologii odgrywa Kościół. To zrozumiałe, że takie postępowanie duchownym odpowiada, ale źle się dzieje, gdy sposób leczenia ustala przedstawiciel Kościoła, a nie lekarz. Nauce nigdy mariaż z ideologią nie wychodził na dobre. Przykre, że duchowni nie biorą pod uwagę, że takim postępowaniem działają na szkodę wielu dotkniętych niepłodnością par. Naprotechnolodzy twierdzą, że jednym z pomocnych elementów terapii może być modlitwa. Akurat w tym nie widzę niczego złego ani niezgodnego z aktualną wiedzą. Jeśli ktoś jest wierzący, modlitwa z pewnością będzie dla niego pomocą i ukojeniem. A - jak wiadomo - w leczeniu wielu chorób czynnik psychiczny odgrywa niebagatelną rolę. Co więcej, nawet 'twarda' nauka docenia rolę modlitwy. Właśnie ukazała się (recenzowana) praca z Korei Płd. wskazująca, że żarliwa modlitwa podnosi procent implantacji u kobiet leczonych metodą in vitro. Wolałbym, żeby Kościół ograniczył się tu do modlitwy, a nie angażował swojego autorytetu w popieranie nielicznych lekarzy, którzy swoją szansę dostrzegli w naprotechnologii.
PS Gdy tekst był już napisany, pan dr Maciej Barczentewicz przysłał wiadomość, że jest gotów rozmawiać. Spytałem, ilu procentom par borykających się z niepłodnością może pomóc naprotechnologia. Jego zdaniem jest ona skuteczna: w 80 proc. przypadków endometriozy, w 90 proc. - zaburzeń owulacji, w 60 proc. - niedrożności jajowodów i u 30 proc. par po niepowodzeniach in vitro. Barczentewicz odsyła tu do podręcznika Hilgersa z 2004 r. i do wspomnianej publikacji z 2008 r.
Czym jest naprotechnologia?
To skrót od Natural Procreative Technology, czyli technologia naturalnej prokreacji. Wymyślił ją 40 lat temu amerykański ginekolog Thomas W. Hilgers. Inspiracją dla młodego lekarza była encyklika Pawła VI 'Humanae vitae' z 1968 r., w której papież odnosił się m.in. do płodności i antykoncepcji. Hilgers jako żarliwy katolik zastanawiał się, co zrobić, by w naturalny sposób, bez uciekania się do zabronionych przez Kościół środków antykoncepcyjnych, skutecznie chronić się przed niechcianą ciążą. Doszedł do niezbyt odkrywczego wniosku, że należy możliwie jak najbardziej precyzyjnie określić moment owulacji.
Przez lata śledził kobiece cykle i opracował model, który na podstawie biologicznych wskazówek, takich jak bardzo dokładna (przeprowadzana kilka razy dziennie) obserwacja śluzu z szyjki macicy i temperatury ciała, pozwala ocenić z dość dużą precyzją, kiedy kobieta jest płodna. Ocena śluzu (choć nie tak dokładna) była już podstawą naturalnej metody planowania rodziny opracowanej przed blisko 50 laty przez małżeństwo Billingsów.
Hilgers jest dziś profesorem, dyrektorem Instytutu Pawła VI w Omaha w stanie Nebraska, autorem sążnistego podręcznika 'The Medical & Surgical Practice of NaProTechnology', członkiem Papieskiej Akademii Życia. Papież Jan Paweł II przez 20 lat przekazywał na jego Instytut 50 tys. dol. rocznie.
Z czasem Hilgers swe zainteresowania przeniósł z antykoncepcji na leczenie niepłodności. Naprotechnologia ma służyć jej przezwyciężaniu, naturalnie bez uciekania się do nowoczesnych metod wspomaganego rozrodu (takich jak np. in vitro) uznawanych przez Watykan za nieetyczne. Na pierwszym miejscu stawia się tu znów obserwację śluzu, określanie dni płodnych kobiety, a jeśli to nie pomoże, dopuszcza się stosowanie leków, hormonów, ewentualnie zabiegi chirurgiczne. Wszystko to, na co Kościół zezwala, i nic z tego, czego nie błogosławi. W dość religijnej, ale zarazem pragmatycznej Ameryce ten sposób myślenia przyjął się słabo, znalazł za to podatny grunt w Europie - początkowo w Irlandii, a ostatnio w Polsce. W Irlandii od kilkunastu lat działa dr Phil Boyle szczycący się tym, że dzięki naprotechnologii doprowadził do narodzin ponad 800 dzieci.
Źródło: Wysokie Obcasy
Przeczytaj 409 komentarzy na Forum
-
Błogosławiona metoda
hazaja
28.04.09, 17:16
Faktem jest, że ludzie tak zawierzają nauce, że nie przychodzi im do głowy,żeby sobie samemu kontrolować płodność (w sensie wiedzieć kiedy się jest akiedy nie płodnym). Gdyby każda kobieta »
-
Źródła, którymi podpiera się NaProTechnologia
wiherek
29.04.09, 11:36
Informacyjnie: www.naprotechnology.pl/references.php»
-
Błogosławiona metoda
klimt23
29.04.09, 14:25
To przykre, że Kościół od zarania swoich dziejów neguje osiągnięcia nauki, albo raczej wybiera z niej to, co w danym momencie pasuje do jego ideologii. Przykre jest też to, że stawia ludzi »
W numerze z 31 lipca
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień






odtwórz
odtwórz
odtwórz



