Niepłodność to temat tabu
Ewa Pągowska
2008-12-12, ostatnia aktualizacja 2009-09-28 22:47
Choć niepłodność to problem społeczny - to temat tabu. I z powodu owego milczenia jawi się czasem jako problem nie do przezwyciężenia.
ZOBACZ WIDEO
ZOBACZ TAKŻE
- Niepłodność - gdzie ją leczyć? (21-09-09, 11:00)
- Błogosławiona metoda (26-04-09, 01:00)
- Dzieci starszych ojców gorsze w testach na inteligencję (10-03-09, 10:27)
- Czy warto przygotowywać się do ciąży? (15-06-08, 15:53)
- Chcę ci urodzić braciszka... (08-01-07, 11:36)
- Poronienie. Co dalej? (02-03-06, 12:53)
- Niepłodność (02-03-06, 12:47)
SERWISY
Annę Liszyk znaleźć było bardzo trudno. Zwykle bowiem kobiety, które stoczyły zwycięską walkę z niepłodnością, trzymają ten fakt w sekrecie. Jeśli już decydują się przerwać milczenie, to po to, by opowiedzieć swoją historię bliskim i przyjaciołom. Nie godzą się natomiast na wywiad i zdjęcia do gazety. Zwłaszcza jeśli ich dziecko zostało poczęte metodą in vitro. "Nie chcemy, by w przyszłości było narażone na nieprzyjemne uwagi. Społeczeństwo mamy bardzo nietolerancyjne." - mówią. To samo społeczeństwo, w którym, według szacunków lekarzy, z niepłodnością boryka się... co piąta para.
38-letnia Anna Liszyk mama 7-letniej Helenki i 3-letniego Antosia, jest więc jak igła w stogu siana. Na wywiad nie trzeba jej było jednak namawiać, bo sama od dawna prowadzi zakrojoną na szeroką skalę akcję edukacyjną. Uważa, że o niepłodności i metodach walki z nią trzeba mówić głośno, by pokazać kobietom, które mają problem z zajściem w ciążę, że nie są same, że przez leczenie da się przejść, a marzenia o dziecku mogą się spełnić. Jej mąż Przemek śmieje się, że powinna mieć swoją infolinię. Tyle już odebrała telefonów od ludzi, którzy pragną dziecka. Polecała lekarzy, podnosiła na duchu i dzieliła się swoją wiedzą. A wie sporo. O Helenkę starała się sześć lat. O Antosia dwa. Urodził się dzięki in vitro.
Samotność wojowniczki
- Oczywiście nie mówiłam na dzień dobry: "Cześć, nie mogę mieć dziecka", ale też nie ukrywałam swoich starań - wspomina Ania. - Uważam, że niepłodność to jeden z tych problemów, które warto nieść z innymi. Można wtedy dostać dodatkowe wsparcie i uniknąć pytań "a kiedy wy?" albo uwag "zobaczcie Czesiu ma już trójkę". Nie trzeba podczas Wigilii chować się w łazience, by ukryć łzy.
Jakim koszmarem dla pary starającej się o dziecko mogą być święta, doskonale wie 29-letnia Kasia* z małego miasteczka z okolic Łodzi, która po trzech latach starań o dziecko urodziła córeczkę dzięki in vitro.
- Nie raz płakałam w poduszkę, bo wszyscy wciąż pytali "kiedy w końcu weźmiecie się za robienie dziecka?". Zaciskałam zęby chociaż miałam ochotę krzyczeć "dajcie mi wszyscy święty spokój, dwa lata się staramy i nic!" - wspomina. - Ulżyło mi kiedy tuż przed zabiegiem in vitro zdradziliśmy nasz sekret rodzicom. Baliśmy się ich reakcji, bo są bardzo wierzący i praktykujący. Poprosiliśmy, żeby nas nie oceniali i nie odwodzili od decyzji, bo zdania nie zmienimy. Rodzice zachowali się wspaniale. Wspierali i pomogli zgromadzić 10 tysięcy złotych na zabieg. Dla nas to bardzo duża kwota.
Od tamtej pory Kasia nie ukrywa, że jej córeczka została poczęta metodą in vitro, ale właśnie ze względu na nią, w artykule chce zachować anonimowość. Otwartość z jaką mówi dziś o niepłodności uważa za ewenement w swoim środowisku:
- Moja przyjaciółka, która o dziecko starała się 6 lat i zaszła w ciążę po czwartej inseminacji, do dziś nie powiedziała o tym swoim rodzicom, a o problemach trzech znajomych par dowiedziałam się dopiero kiedy spotkaliśmy się przypadkiem w klinice leczenia niepłodności.
Często więc polskie kobiety pozostają same ze swymi staraniami o ciążę. Jak twierdzi Kasia, nawet na swojego partnera nie wszystkie mogą liczyć. Ona akurat ma to szczęście, że mąż walczył z nią o dziecko ramię w ramię.
- Na szczęście są jeszcze fora internetowe takie jak np. "niepłodność" na gazeta.pl - stwierdza. - Przyjaźnie, które tam zawarłam pozostały do dziś. Dziewczyny z forum były wspaniałe. Przechodziłyśmy razem każde badanie, każde oczekiwanie na wynik, razem cieszyłyśmy się z sukcesu i razem płakałyśmy nad porażkami.
Od testu do testu
Lekarze mówią o niepłodności gdy para przez rok regularnego współżycia bez używania środków antykoncepcyjnych nie zachodzi w ciążę, ale niepokój pojawia się już wcześniej. Nawet jeśli, jak to było w przypadku Ani, starania o dziecko zostały poprzedzone gruntownymi badaniami ginekologicznymi. Lekarze orzekli, że jest zdrowa. I twierdzili tak przez kolejne pięć lat jej starań o ciążę.
- Najpierw były metody naturalne: mierzenie temperatury, wstrzemięźliwość seksualna na kilka dni przed owulacją, "podwieszanie pod sufit" czyli leżenie po stosunku z miednicą uniesioną w górę - wylicza. - Potem były zastrzyki hormonalne i inseminacje. One spowodowały przestymulowanie jajnika. Zrobiła się torbiel wielkości pomarańczy. Zdecydowano, że trzeba ją wyciąć. Kiedy obudziłam się po operacji usłyszałam od lekarki: "mam dwie wiadomości: jedną złą, a drugą w zasadzie dobrą." Zła dotyczyła jajnika, który musieli usunąć razem z torbielą, a druga endometriozy, którą u mnie wykryto.
Wraz z rozpoznaniem choroby pojawiła się nadzieja, że teraz, kiedy już wiadomo dlaczego Ania nie zachodzi w ciążę, leczenie będzie bardziej skuteczne.
- I tak zostałam "kobietą luksusową" czyli "z klimą" - śmieje się. - Leczenie endometriozy polega bowiem na wprowadzeniu kobiety w klimakterium. Przez pół roku dostaje się zastrzyki blokujące wytwarzanie hormonów. Przypłaciłam to straszną deprechą. Przemek mówi, że to cud, że myśmy to wszystko przetrzymali. Pół dnia pracy spędzałam z głową na biurku i powtarzałam szefowi "odchodzę, to nie ma sensu, jestem zupełnie nieprzydatna", a szef, który znał moją sytuację powtarzał: "Spokojnie. Przetrzymamy!". Po tym leczeniu byłam zmasakrowana, a Przemek wykończony. Pojechaliśmy na wakacje i zamiast pierwszej po leczeniu miesiączki pojawiła się ciąża.
Kasia miała to szczęście, że dużo szybciej poznała prawidłową diagnozę:
- Dowiedziałam się, że mój organizm zabija plemniki męża. Lekarz zaproponował insemninację, do której w końcu nie doszło bo okazało się, że trzeba najpierw zoperować 7-centymetrowego guza, którego miałam na jajniku. Oczekiwanie na operację było fatalne - bałam się, że guz może być złośliwy, termin zabiegu się przesuwał bo w szpitalach strajkowali, a kolejne koleżanki zachodziły w ciążę. Nie umiałam sobie poradzić ze swoim żalem i bezsilnością. Nieznany wcześniej brak poczucia wpływu na życie był bardzo bolesny.
Guz okazał się niezłośliwy. Kasia przeszła kolejno pięć inseminacji, a wreszcie dzięki in vitro zaszła w ciążę.
Zapach powietrza i papryka w occie
- Pamiętam wszystko. Było mroźnie, słonecznie, wszędzie leżał śnieg. Do dziś czuję zapach tamtego powietrza - opowiada Kasia o dniu, w którym pojechała na badanie beta-HCG. Wysoki poziom tego hormonu świadczył o ciąży. Od tamtego dnia wszystko poszło gładko. - Jedynym problemem było przodujące łożysko. Z jego powodu miałam cesarkę. Uznałam jednak, że to nawet dobrze bo ze względu na zdrowie dziecka zależało mi na szybkim porodzie.
38-letnia Anna Liszyk mama 7-letniej Helenki i 3-letniego Antosia, jest więc jak igła w stogu siana. Na wywiad nie trzeba jej było jednak namawiać, bo sama od dawna prowadzi zakrojoną na szeroką skalę akcję edukacyjną. Uważa, że o niepłodności i metodach walki z nią trzeba mówić głośno, by pokazać kobietom, które mają problem z zajściem w ciążę, że nie są same, że przez leczenie da się przejść, a marzenia o dziecku mogą się spełnić. Jej mąż Przemek śmieje się, że powinna mieć swoją infolinię. Tyle już odebrała telefonów od ludzi, którzy pragną dziecka. Polecała lekarzy, podnosiła na duchu i dzieliła się swoją wiedzą. A wie sporo. O Helenkę starała się sześć lat. O Antosia dwa. Urodził się dzięki in vitro.
Samotność wojowniczki
- Oczywiście nie mówiłam na dzień dobry: "Cześć, nie mogę mieć dziecka", ale też nie ukrywałam swoich starań - wspomina Ania. - Uważam, że niepłodność to jeden z tych problemów, które warto nieść z innymi. Można wtedy dostać dodatkowe wsparcie i uniknąć pytań "a kiedy wy?" albo uwag "zobaczcie Czesiu ma już trójkę". Nie trzeba podczas Wigilii chować się w łazience, by ukryć łzy.
Jakim koszmarem dla pary starającej się o dziecko mogą być święta, doskonale wie 29-letnia Kasia* z małego miasteczka z okolic Łodzi, która po trzech latach starań o dziecko urodziła córeczkę dzięki in vitro.
- Nie raz płakałam w poduszkę, bo wszyscy wciąż pytali "kiedy w końcu weźmiecie się za robienie dziecka?". Zaciskałam zęby chociaż miałam ochotę krzyczeć "dajcie mi wszyscy święty spokój, dwa lata się staramy i nic!" - wspomina. - Ulżyło mi kiedy tuż przed zabiegiem in vitro zdradziliśmy nasz sekret rodzicom. Baliśmy się ich reakcji, bo są bardzo wierzący i praktykujący. Poprosiliśmy, żeby nas nie oceniali i nie odwodzili od decyzji, bo zdania nie zmienimy. Rodzice zachowali się wspaniale. Wspierali i pomogli zgromadzić 10 tysięcy złotych na zabieg. Dla nas to bardzo duża kwota.
Od tamtej pory Kasia nie ukrywa, że jej córeczka została poczęta metodą in vitro, ale właśnie ze względu na nią, w artykule chce zachować anonimowość. Otwartość z jaką mówi dziś o niepłodności uważa za ewenement w swoim środowisku:
- Moja przyjaciółka, która o dziecko starała się 6 lat i zaszła w ciążę po czwartej inseminacji, do dziś nie powiedziała o tym swoim rodzicom, a o problemach trzech znajomych par dowiedziałam się dopiero kiedy spotkaliśmy się przypadkiem w klinice leczenia niepłodności.
Często więc polskie kobiety pozostają same ze swymi staraniami o ciążę. Jak twierdzi Kasia, nawet na swojego partnera nie wszystkie mogą liczyć. Ona akurat ma to szczęście, że mąż walczył z nią o dziecko ramię w ramię.
- Na szczęście są jeszcze fora internetowe takie jak np. "niepłodność" na gazeta.pl - stwierdza. - Przyjaźnie, które tam zawarłam pozostały do dziś. Dziewczyny z forum były wspaniałe. Przechodziłyśmy razem każde badanie, każde oczekiwanie na wynik, razem cieszyłyśmy się z sukcesu i razem płakałyśmy nad porażkami.
Od testu do testu
Lekarze mówią o niepłodności gdy para przez rok regularnego współżycia bez używania środków antykoncepcyjnych nie zachodzi w ciążę, ale niepokój pojawia się już wcześniej. Nawet jeśli, jak to było w przypadku Ani, starania o dziecko zostały poprzedzone gruntownymi badaniami ginekologicznymi. Lekarze orzekli, że jest zdrowa. I twierdzili tak przez kolejne pięć lat jej starań o ciążę.
- Najpierw były metody naturalne: mierzenie temperatury, wstrzemięźliwość seksualna na kilka dni przed owulacją, "podwieszanie pod sufit" czyli leżenie po stosunku z miednicą uniesioną w górę - wylicza. - Potem były zastrzyki hormonalne i inseminacje. One spowodowały przestymulowanie jajnika. Zrobiła się torbiel wielkości pomarańczy. Zdecydowano, że trzeba ją wyciąć. Kiedy obudziłam się po operacji usłyszałam od lekarki: "mam dwie wiadomości: jedną złą, a drugą w zasadzie dobrą." Zła dotyczyła jajnika, który musieli usunąć razem z torbielą, a druga endometriozy, którą u mnie wykryto.
Wraz z rozpoznaniem choroby pojawiła się nadzieja, że teraz, kiedy już wiadomo dlaczego Ania nie zachodzi w ciążę, leczenie będzie bardziej skuteczne.
- I tak zostałam "kobietą luksusową" czyli "z klimą" - śmieje się. - Leczenie endometriozy polega bowiem na wprowadzeniu kobiety w klimakterium. Przez pół roku dostaje się zastrzyki blokujące wytwarzanie hormonów. Przypłaciłam to straszną deprechą. Przemek mówi, że to cud, że myśmy to wszystko przetrzymali. Pół dnia pracy spędzałam z głową na biurku i powtarzałam szefowi "odchodzę, to nie ma sensu, jestem zupełnie nieprzydatna", a szef, który znał moją sytuację powtarzał: "Spokojnie. Przetrzymamy!". Po tym leczeniu byłam zmasakrowana, a Przemek wykończony. Pojechaliśmy na wakacje i zamiast pierwszej po leczeniu miesiączki pojawiła się ciąża.
Kasia miała to szczęście, że dużo szybciej poznała prawidłową diagnozę:
- Dowiedziałam się, że mój organizm zabija plemniki męża. Lekarz zaproponował insemninację, do której w końcu nie doszło bo okazało się, że trzeba najpierw zoperować 7-centymetrowego guza, którego miałam na jajniku. Oczekiwanie na operację było fatalne - bałam się, że guz może być złośliwy, termin zabiegu się przesuwał bo w szpitalach strajkowali, a kolejne koleżanki zachodziły w ciążę. Nie umiałam sobie poradzić ze swoim żalem i bezsilnością. Nieznany wcześniej brak poczucia wpływu na życie był bardzo bolesny.
Guz okazał się niezłośliwy. Kasia przeszła kolejno pięć inseminacji, a wreszcie dzięki in vitro zaszła w ciążę.
Zapach powietrza i papryka w occie
- Pamiętam wszystko. Było mroźnie, słonecznie, wszędzie leżał śnieg. Do dziś czuję zapach tamtego powietrza - opowiada Kasia o dniu, w którym pojechała na badanie beta-HCG. Wysoki poziom tego hormonu świadczył o ciąży. Od tamtego dnia wszystko poszło gładko. - Jedynym problemem było przodujące łożysko. Z jego powodu miałam cesarkę. Uznałam jednak, że to nawet dobrze bo ze względu na zdrowie dziecka zależało mi na szybkim porodzie.
1
2
następne »
-
Dlaczego nikt nie pisze że w 90% to stres...
d.kos
10.02.09, 17:05
Dlaczego nikt nie pisze że w 90% to stres jest przyczyną niepłodności i wdużej mierze dotyczy mężczyzn!!!! U nas było tak samo, problem z zajściem,jedno poronienie itd. Pierwsza szczęśliwa »
-
Re: Spełnione oczekiwanie
edy-80
11.02.09, 14:31
głupoty opowiadasz kimkolwiek jesteś...urodziłam synka po piatym mzabiegu in-vitro, ciążę przeszliśmy cudownie, dziecko urodziło się przez cesarskie cięcie z wagą 4,56 kg, jest zdrowym »
-
Długie oczekiwanie na dziecko
bszalacha
23.09.09, 00:49
Owszem,niepłodność jest problemem społecznym,ale zamiast rozwiązywać go na siłę,lepiej chyba zacząć jakąs profilaktykę,zrozumieć przyczyny.Tymczasem milczy się w służbie zdrowia o »
W numerze z 28 sierpnia
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień










