http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Pij.Graj.Pieprz.

Sebastian Łupak
02.07.2011 , aktualizacja: 29.06.2011 16:32
A A A Drukuj
fot. Shutterstock
Dlaczego kobieta płacze? Bo ma nowe zmarszczki, bo przegapiła wyprzedaż. I ogólnie z każdego powodu związanego z mężem.
Zmęczony kasynami Las Vegas Bob jedzie do Tajlandii. W tym rozdziale czytelnik dostanie obiecane na okładce p@#przenie
Fot. David Alan Harvey David Alan Harvey / Magnum
Zmęczony kasynami Las Vegas Bob jedzie do Tajlandii. W tym rozdziale czytelnik dostanie obiecane na okładce p@#przenie
ZOBACZ TAKŻE
"Chciałbym, żeby Giovanna mnie pocałowała" - tak zaczyna się książka "Drink Play Fuck", czyli "Pij graj pieprz" (tak naprawdę ostatnie słowo w tytule zapisane jest jako "f2#k", czyli "p@#prz", bo żadne amerykańskie wydawnictwo nie umieściłoby na okładce słowa na literę f w całości).

Kto zna bestseller "Jedz, módl się, kochaj" Elizabeth Gilbert od razu skojarzy to zdanie. Jej książkę otwiera zdanie: "Chciałabym, żeby Giovanni mnie pocałował". Przypomnijmy, że Gilbert to 30-latka po dramatycznym rozwodzie, która w poszukiwaniu siebie pojechała do Włoch zaznawać przyjemności cielesnych, do Indii medytować i do Indonezji połączyć ciało i ducha. Podróż opisała w pamiętniku uznanym za "kobiecą biblię" - na liście bestsellerów "The New York Timesa" od 192 tygodni wciąż jest numerem jeden.

Wracając do Giovanniego - Gilbert rozważa, czy pocałować tego pięknego włoskiego ragazzo. Uznaje to za zły pomysł: właśnie się rozwiodła, potem miała burzliwy romans zakończony łamiącym serce rozstaniem, więc nie jest gotowa na kolejne przygody, mimo że Giovanni jest o dziesięć lat młodszy, przystojny i chętny. Rozsądna Gilbert ma zamiar spędzić rok w celibacie.

Do tego samego wniosku dochodzi bohater książki "Drink Play Fuck" - pocałowanie Giovanny byłoby strasznym pomysłem, "bo dziewczyna jest tak niewiarygodnie pijana, że gdyby miała mnie teraz pocałować, pewnie zwymiotowałaby na mnie".

Witajcie w świecie męskiej parodii kobiecej biblii. Jej autor Andrew/Anthony Gottlieb, na co dzień scenarzysta telewizyjnych programów rozrywkowych, nie ma religijnego podejścia do dzieła Gilbert. Ona jadła we Włoszech, modliła się w Indiach i kochała w Indonezji, jego bohater pije (czy raczej chleje) w Irlandii, gra ("play" zastępuje "pray") w Las Vegas; a zamiast kochać - p@#przy się w Tajlandii.

- Zadziwił mnie sukces tamtej książki - mówi Gotlieb w wywiadzie dla "The New Yorkera". - Czułem, że trzeba obśmiać jej wszechobecność. Podobno czytał ją nawet papież! Moja książka to w 72 procentach parodia, 27 procent to moje spostrzeżenia, jak różnie mężczyźni i kobiety rozwiązują problemy, a 1 procent to pomysł, jak szybko zarobić niezłą kasę.

Maki i pecety nie współpracują

"Drink Play F@#k" jest napisana z pozycji męża Elizabeth Gilbert. Gilbert opisuje, jak przez 47 wieczorów łkała na podłodze w łazience, bo nie chciała dłużej być mężatką, nie chciała mieszkać w tym dużym pięknym domu, z tym mężczyzną, nie chciała mieć z nim dziecka. To podczas jednej z takich rozryczanych łazienkowych nocy pierwszy raz zwróciła się bezpośrednio do Boga, który - jak to Bóg ma w zwyczaju - od razu jej odpowiedział. "Wielki Byt" błyskawicznie ją uspokoił, osuszył łzy i kazał jej wracać do łóżka.

W "Pij graj p@#prz" narrator, mąż Liz, nazwany tu Bob Sullivan, dobrze wie, że jego żona rozpacza w łazience. Wie, że jego żona jest "najbardziej skupioną na sobie osobą na świecie, nie wyłączając Sharon Stone i Kim Dżong Ila". Płacze z powodu nowych zmarszczek, bo przegapiła wyprzedaż, bo za często musi jeździć metrem, choć woli taksówki, i ogólnie z każdego powodu związanego z mężem. Mimo że on chodził z nią na balet, wieczorki poetyckie, kursy robienia spaghetti, targi antyków i starał się być dla niej dobry, bo przecież w małżeństwie to żona ma zawsze rację. Ale mimo wszystko "ona chciała rozwodu, z czego zdała sobie sprawę, rycząc na sedesie. I to wcale nie z powodu tego, że właśnie skończył się papier toaletowy. Chociaż rzeczywiście się skończył, co oczywiście było moją winą". Jego wniosek? Niektórzy ludzie to komputery Mac, a inni to pecety. Trudno te dwa systemy operacyjne zgrać. W przypadku Boba i jego żony nie wyszło.

Dublin, czyli chlanie

Co robi Bob Sullivan, by zapomnieć o byłej żonie i złamanym sercu? Najpierw ląduje w Irlandii (na najgorzej nazwanym lotnisku świata Aerfort Bhaile Atha Cliath). Na wstępie wypija sześć pintów Guinnessa, sześć szklanek irlandzkiej whiskey, trzy bacardi breezery, dwa kieliszki wina. Giovanna - świeżo poznana studentka z Włoch na stypendium w Dublinie - wypija tyle samo. "W tym momencie to naprawdę loteria, kto na kogo pierwszy zwymiotuje".

Bob chodzi też na wycieczki śladami Jamesa Joyce'a, co jest proste, bo „według irlandzkich przewodników, Joyce przebywał w każdym miejscu w Dublinie. Plotka głosi, że »Ulissesa « napisał w Burger Kingu przy O'Connell Street”.

Gilbert opisywała nie tylko siebie, ale też kulturę i styl życia w odwiedzanych krajach. Gottlieb czyni podobnie. Odnotowuje, że Irlandczycy piją wszędzie, nawet po zamknięciu pubów (między północą a 2.30): na ulicach, w parkach, garażach, budkach telefonicznych, na mostach, brzegach rzeki i na schodach przed komisariatem. Tam, gdzie Elizabeth Gilbert opisuje włoskie bel far niente - piękno nicnierobienia, Gottlieb opisuje craic - to staroirlandzkie słowo, które oznacza dobrą zabawę. Gdy np. o drugiej w nocy, kiedy jesteś zalany w trupa, ktoś wpada na pomysł, żeby przed pubem urządzić konkurs rzutów nożem do celu. A że kończy się zranieniem kolegi?... „Irlandczycy piją z takim zapałem, z jakim Amerykanie pracują i najeżdżają inne kraje” - pointuje narrator.

Las Vegas, czyli granie

Gilbert w Indiach powtarzała w nieskończoność mantrę i słuchała guru. W Las Vegas Bob Sullivan też przechodzi przemianę. Podczas gry w ruletkę. "Trzeba wsłuchać się w odgłos kręcącego się koła, a przemówi do ciebie" - zauważa filozoficznie. I przyrównuje życie do koła ruletki, a siebie do kręcącej się piłeczki. Nigdy nie wiadomo, gdzie wylądujemy i czy trafi nam się szczęśliwy numerek czy spektakularna przegrana.

On też spotyka guru - to Rick, wyluzowany gość, osobisty trener amerykańskich sław. A oto filozofia Ricka: "Jeśli chcesz uprawiać hazard, to proszę. Gdy cię to znuży, zrób sobie przerwę i idź pograj w golfa. Jeśli i to cię zmęczy, pograj w bilard albo poczytaj książkę. Take it easy! Życie to nie sprint, tylko maraton - ale nie taki, gdzie masz skurcze i tracisz kontrolę nad zwieraczem. Spokojnie! Czasem trzeba się pościgać, ale najczęściej to przyjemny jogging przez doświadczenia i związki".

Tajlandia, czyli wiadomo co

Zmęczony kasynami i hałasem Las Vegas Bob jedzie odpocząć do Tajlandii, na plaży tak pięknej, że: "Plaża di Caprio w porównaniu z moją wyglądała jak ponury poranek w lutym na nowojorskim wybrzeżu, po tym jak odbył się tam festiwal taniego piwa połączony z rozdawaniem darmowych prezerwatyw".

W tym rozdziale czytelnik dostanie obiecane na okładce "p@#przenie". Bo Bob na plaży spotyka nieziemsko piękną i chętną Devikę, córkę ambasadora Indii w Japonii. "Miałem młodą seksowną seksmaszynę, która chciała to ze mną robić przy każdej okazji w tym magicznym kurorcie nad brzegiem morza. Trudno się skarżyć. Czasem chciałem z nią pogadać o mojej żonie, ale ona nie była zainteresowana. Co się zresztą dziwić, że młoda kobieta nie chciała znać przykrych szczegółów mojego nieudanego małżeństwa? Zresztą, jak tylko spadająca kołdra odsłaniała jej pośladki, z miejsca przykre myśli o byłej żonie ustępowały pożądaniu".

Happy end

Ale książka nie kończy się, jak można byłoby się spodziewać, solidnym rżn@#*iem. Gottlieb, zupełnie jak Gilbert, na finał raczy nas romansem. Oto jeszcze w Irlandii, podczas tzw. Whiskey Trail, czyli mocno alkoholizowanej podróży przez kraj śladem najstarszych irlandzkich wytwórni trunku, Bob poznaje niejaką Alice. "Nie jest tak, że zrzuciliśmy z siebie ubrania i zaczęliśmy się kochać na brzegach Dungourney czy też całować namiętnie pośród jej spienionych fal. Po prostu długo gadaliśmy".

I Alice nagle pojawia się na niebiańskiej plaży. Akurat do tajskiego portu zawija luksusowy jacht przyjaciela Boba. Na jachcie panuje "pozytywnie pornograficzna atmosfera": po pokładzie przechadzają się nagie modelki, goście zlizują sól z ich opalonych brzuchów i piją tequilę z ich pępków. Dziewczyny się ze sobą całują i ściskają, zapraszając Boba do trójkąta. I właśnie wtedy on kątem oka dostrzega stojącą na nabrzeżu Alice, która pojawia się Bóg wie skąd. Bob wyrywa się z objęć całujących go nagich piękności i skacze do wody. No cóż.

Mężczyźni i kobiety chcą tego samego - mówi Andrew Gottlieb. - Chcesz po prostu dzielić życie z kimś, kto wprawia cię w dobry nastrój.

A ostatnie słowa Boba Sillivana? "Gdy jesteś samotny, nieszczęśliwy, zagubiony i przerażony, właściwa kobieta może w magiczny sposób sprawić, że wszystko będzie OK".

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Skomentuj:

Musisz się zalogować, by dodać komentarz. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (5)

  • nazwakontazajeta

    0

    Tak zwane chav lit.

  • jartam

    0

    Zabawny, orginalny ,prosty i niepretensjonalny pomysł na książkę ( i extra dochód), choć pewno niewartą "grzechu", jak pierwsza .Mnie opis płaczu w łazience ( z dwóch stron) ubawił setnie - i świetna to analiza psychologiczna takich sytuacji.
    Że tez nikt nie wymyślił parodii książek Daniel Still.
    Może dlatego, że ten kto je czytuje nie byłby zainteresowany "męską" parodią, a pozostałym szkoda czasu na każdą z wersii.

  • mniemanologia

    0

    Znowu manipulujecie.
    To nie jest "dlaczego kobieta płacze", tylko akurat ta konkretna kobieta (żona bohatera) płakała z tych powodów. O pozostałych bohaterkach tego nie wiemy. Ani tym bardziej o jakiejśtam uogólnionej kobiecie.

  • ichi51e

    0

    i tak to nic by nie dalo (ja tez mialam skojarzenie kulinarno-ziolowe) A szkoda bo pieknie i gleboko zostal tytul sparodiowany.
    Wszystko rozbija sie o to ze w angielskim duzo jest podobnych, podobnie akcentowanych, o podobnej ilosci sylab slow.
    Bo o ile jedz (eat) zamienione na pij (drink) ma sens (wiadomo kobiety maja obsesje zarcia, faceci picia) to juz w kazdym ukladzie analogia play(baw sie, wcale nie graj tutaj)-pray (modl sie) zniknie. I w tym wszystkim pieprz schodzi na dalszy plan... choc lepsze bylo by rznij, albo pie...moim zdaniem...

  • emeralda

    0

    Czy nie byłoby lepiej, gdyby tytuł książki przetłumaczono "Pij, baw się i pieprz" albo "Pij, graj i pieprz się". Nie czytałam, więc nie wiem, czego to "play" dotyczy, ale gdy zobaczyłam tytuł "Pij, graj i pieprz" - myślałam, że to jakaś nowa książka kucharska. Serio.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX