Jest pani aktorką czy celebrytką? Orany, idiotyczne pytanie. Następne będzie, dlaczego nie gram w teatrze Becketta, Różewicza albo Szekspira. W tłumaczeniu Barańczaka, oczywiście. A skończymy na cytowaniu "Potęgi smaku" i konstatacji, że fikanie nogami w "Tańcu z gwiazdami" to dla aktora wstyd.
A nie wstyd? Wstyd jest, jak się to robi byle jak. A ja robiłam to dobrze. Wcześniej w ogóle nie umiałam tańczyć. Gdy na zabawach sylwestrowych wchodziłam na parkiet, to wszyscy uciekali. Nauczyłam się tańca w trzy miesiące, codzienne treningi po dziesięć godzin. I "Taniec z gwiazdami" wygrałam. A teraz muszę wysłuchiwać, że to mało ambitne, że się sprzedałam i zostałam celebrytką
Bo zaczęła pani od świetnej roli u Wajdy w "Pannie Nikt". Potem było kilka ważnych spektakli dla Teatru Telewizji w reżyserii Glińskiego, Pszoniaka. Później już tylko gorzej: "Młode wilki", seriale, teraz telewizyjny show. Nie szkoda? W Stanach mówią: "Ciesz się, odniosłaś sukces, rozwijaj się, inwestuj w siebie". U nas - skrzywione miny i biadolenie.
Dlaczego? Etos szlachecki zakonserwowany przez komunizm. Są zawody pogardzane, którymi nie wypada się parać. "Ależ Anielciu, w naszym środowisku takich rzeczy się nie robi". Wartości mieszczańskie, solidne rzemiosło są w pogardzie. Sukces - podejrzany. Powinnam dalej siedzieć na kanapie ze zmarszczonym nosem i czekać na propozycję od Wajdy. I tak się zestarzeć. Wtedy nikt by się nie czepiał. Tyle że nie miałabym wtedy nawet na chirurga, żeby mi te zmarszczki wyrównał.
Długo pani siedziała na tej kanapie? Kilka lat. Miałam prowadzić pierwszą edycję "Idola", ale w ostatniej chwili się wycofałam. Nie wypada, to obciach - pomyślałam. Dwa razy dostałam propozycję udziału w"Jak oni śpiewają". Też odmówiłam. Grałam Madzię Marszałek w"M jak miłość", co zresztą lubiłam, ale groziło mi to już do emerytury. Zdecydowałam, że trzeba coś ze sobą zrobić. Za trzecim razem, kiedy zaproponowali mi udział w"Jak oni śpiewają", zgodziłam się. Dla kasy. I zabawy, bo przecież śpiewam beznadziejnie. Telewizyjny show potraktowałam jako zadanie aktorskie - nie umiem śpiewać, więc dam ludziom to, czego oczekują, dobrą zabawę. W finale wykonałam "Oczi cziornyje" Violetty Villas. W ten sposób zarobiłam niezłe pieniądze, dzięki którym mogłam opłacić roczną naukę w Stanach w Lee Strasberg Theatre and Film Institute w Nowym Jorku.
Wyjazd zaproponował pani Roman Polański. Nieźle. Tak napisano w Wikipedii, ale to bujda.
To trzeba sprostować. Polańskiego mam prostować? Żarty! A serio: jeśli autor tej notki w Wikipedii przepisuje coś z tabloidów bez sprawdzania, to niech on się martwi. I Wikipedia niech się martwi.
Uczniami Lee Strasberga byli Al Pacino, Robert De Niro, jego szkołę kończyły Julia Roberts, Angelina Jolie. Co ta szkoła daje? Pewność siebie. Stany wyleczyły mnie z kompleksów. Na pierwszych zajęciach mieliśmy się przedstawić. Trema. Znam dobrze angielski, ale coś pomyliłam i wyszło: "Anna Mucha, profesjonalna aktorka". Pyta mnie wykładowca: "A dlaczego niby jesteś profesjonalną aktorką?". Odpaliłam: "Bo opłacam tę szkołę z pieniędzy, które sama zarobiłam". Pochwalił tę odpowiedź, takie właśnie są Stany. Trzy pierwsze tygodnie - koszmar, depresja. Z angielskim sobie radzę, ale ten akcent! Nie sądziłam, że jest tak wyraźny. Każą nam wybrać sobie monolog na pierwszy egzamin. I co? Mam mówić na przykład Szekspira z tym moim akcentem? Uratowało mnie "Polowanie na karaluchy" Janusza Głowackiego. Wzięłam monolog Anki, emigrantki z Peerelu, aktorki. Wykonywanie zawodu w Stanach uniemożliwia jej właśnie akcent. Potem na jakimś przyjęciu spotkałam Głowackiego, podchodzę: "Chciałam panu podziękować za jedną ze sztuk, która umożliwiła mi aklimatyzację w Nowym Jorku". "A tak. Pewnie chodzi o rolę Anki". Emigracyjna wspólnota doświadczeń. Chodziłam też na wykłady Aleca Baldwina. Karierę zaczął od grania w telewizyjnych operach mydlanych typu "Lekarze" czy "Klinika w Teksasie". I jednocześnie grał w teatrach offowych. Zdobył nagrodę Soap Opera Digest i jednocześnie ważną teatralną nagrodę Tony. Wyłożył swoje zasady zawodowe: "Pracuję dużo dla telewizji, co mi daje dobre pieniądze i święty spokój. Dzięki temu mogę grać w teatrze Szekspira prawie za darmo".
Pani też by tak chciała? Tak. Plan mam taki: zarobić wystarczającą ilość kasy, stać się niezależną i wyprodukować samo-dzielnie film. Ambitny. To może być komedia. Ale taka jak "Pociąg życia", gdzie ostatnia klatka zwala z nóg i śmiech miesza się ze łzami. Szukam scenariusza, dobrze zapłacę!
Aktorstwo to dobry zawód? To rzemiosło. Trzeba je wykonywać solidnie. Nieważne, czy pracujesz w serialu, "Tańcu z gwiazdami", filmie Wajdy czy spektaklu Lupy. Rób to porządnie. Rozumiem, że przyzwyczailiśmy się traktować ten zawód inaczej. Jak Holoubek w1968 roku mówił "Wielką Improwizację" i potrząsał kajdanami, to aktorstwo urastało do rangi narodowego misterium. Do dziś ludzie opowiadają, że na widowni w pierwszym rzędzie siedział ruski ambasador i Holoubek mu te kajdany podtykał pod nos. Nieważne, że tak nie było. "Sam przecież widziałem". Szanuję to, rozumiem. Tylko że dzisiaj czym tu potrząsać? I przed kim?