Stoję pod szlabanem strzeżonego osiedla willowego w Konstancinie pod Warszawą. Ochrona zapowiada mnie przez telefon. W tabloidach czytałem, że tu piękne
domy znanych aktorów, biznesmenów, dziennikarzy, celebrytów. W jednym Edyta, bizneswoman. W trakcie rozmowy wybucha, płacze, krzyczy, no niech mi pan pomoże, znajdzie Annę, przecież ta oszustka nie mogła, do cholery, zapaść się pod ziemię!
Znaleźć Annę niełatwo. Jeszcze trudniej zrozumieć, jak tylu ludzi dało się nabrać.
Wiesz coś o Annie? Znasz inne "Anny"? Pisz na
wysokieobcasy_redakcja@gazeta.pl Sąsiadki: Brylanty, stacje benzynowe, bogaci Żydzi Anna pojawia się na osiedlu w czerwcu 2009 r. Wprowadza się do domu wartego kilka milionów złotych, parkuje pod nim luksusowe volvo, bmw albo mercedesa. Zakupy przywozi kierowca, sprzątają gosposie ze Wschodu. Opiekunki zajmują się dzieckiem, ośmioletnią córką, która chodzi do pobliskiej szkoły. Elitarnej. (Gdy tam dzwonię, sekretarka pyta: "Can I help you?", a na czesne za dziecko trzeba wysupłać jakieś 60 tys. zł rocznie).
Przez szkołę Anna poznaje inne matki z tego bogatego osiedla. Tak wchodzi do kręgu znanych z tabloidów i telewizji kobiet, konstancińskich matek żyjących z własnej pracy, odsetek, pensji mężów.
A z czego żyje Anna? Sąsiadki słyszą kilka wersji:
Edyta, bizneswoman, że utrzymują ją rodzice, polscy Żydzi, którzy robią gigantyczne interesy w Szwajcarii.
Estera, żona biznesmena, że handluje
brylantami.
Magda, żona biznesmena, że ojciec Anny ma sieć stacji benzynowych.
Anna zaprasza matki do swojego nowego domu, sprowadza im kosmetyczkę z Marriotta, organizuje imprezy do białego rana albo zaprasza na miasto. Jeśli kinderbal, to w chińskiej restauracji (20 tys. zł). Jeśli damski wieczór, to w znanej restauracji Dance Zone, gdzie tańczą z ogierami Colina Jamesa, choreografa "Tańca z gwiazdami" (jakieś 10 tys. zł). Jeśli impreza dla uczczenia nowej przyjaźni Anny ze znaną wróżką Aidą, to w Rondo Royal (40 tys. zł).
Gości przywozi, a potem rozwozi po domach, Grzegorz, osobisty kierowca Anny.
Kierowca Grzegorz: Pranie do Marriotta woziłem Polecił mnie znajomy z tego osiedla, ochraniał tam pewną bogatą rodzinę. Mówił mi, że nowa pani zamieszkała i szuka kierowcy. Poszedłem, zobaczyłem panią i nabrałem wątpliwości. Trochę zaniedbana, z przetłuszczonymi włosami, choć ładna, trochę przy kości, z miłym uśmiechem. Dała mi 6 tys. zł pensji. Zaraz jak dostałem pracę, wywaliła kolejną opiekunkę i kazała mi się zająć dzieckiem. A to dziesięcioletni diabełek. Jezuniu, co ja się wtedy bajek w kinie naoglądałem, na basem woziłem, na tenisa, do szkoły, choć to ledwie 100 metrów od domu. No, ale pani kazała. A jak mała w szkole, to ja panią na spa, basen, imprezę, a potem znów po dziecko i do domu. Jak pani nie było, a bywało, że długo nie było, to
kolacja dla małej, bajki, a potem usypiałem. Czasami pani dzwoniła, żeby ją przywieźć z imprezy.
Raz dostałem worek ciuchów, miałem zawieźć do Marriotta. Pani mi wciska tysiąc złotych i mówi: do prania. Wróciłem z czystym praniem i bez grosza, bo taki rachunek.
Co kilka dni pani robiła w domu imprezy. Przychodziły matki konstancińskie, biznesmeni, jacyś ludzie ze zdjęć w gazetach kolorowych, nazwisk nie pamiętam. A jak ich rozwoziłem, to pytali, a kim ta Anna, a z czego żyje? Ale ja lojalnie, gęba na kłódkę, choć sam wiele wtedy nie wiedziałem.
Na te imprezy zwoziłem sushi i alkohole, płacąc gotówką. Po 5 tys. naraz. Rankiem dowoziłem skacowanej pani i gościom bułeczki, szyneczki od Bliklego. Kilkaset złotych za takie małe śniadanko.
Jako że zajmowałem się dzieckiem cały dzień, nie mogłem wozić pani. Wzięła drugiego kierowcę.
Majordomus Michał: Nie domyślałem się, bo było jak w raju Gosia, kosmetyczka pracująca w salonie w Marriotcie, przyjeżdżała do Anny robić manikiur jej gościom. Raz się żali, że szuka pracy dla syna. A to się świetnie składa, mówi Anna, bo potrzebuję drugiego kierowcy i żeby ktoś domem się zajął. Pensja 4 tys. pasuje?