Pomidorowa is the best!
Katarzyna Bosacka, Waszyngton
2010-01-23, ostatnia aktualizacja 2010-01-25 12:19
Jasiek, Marysia i Zosia jedzą głównie w domu. Talerz domowej pomidorowej ma tylko 40 kcal, pomidorówka z puszki Campell - 110!
Czyli jak nie przytyć w kraju frytek, coli i hamburgerów
ZOBACZ TAKŻE
- Dzieci jedzą śmieci (10-09-09, 01:00)
- Kurczaka dzieciom nie kupię (21-03-09, 12:21)
- Pokolenie pierogów i chipsów (21-03-09, 12:09)
- Jak odchudzić dzieci? (20-03-09, 06:00)
- Trzeba to powiedzieć głośno: Otyłość dziecka to wina rodziców! (20-03-09, 06:00)
- Dziecko jak pączek w maśle (20-03-09, 06:00)
Kiedy dwa lata temu wyjeżdżaliśmy do Ameryki, znajomi rodzili, byśmy zawiesili sobie zdjęcie Ryszarda Kalisza na lodówce. Ku przestrodze. Ameryka nauczyła nas, że kiszone ogórki i chleb razowy to superjedzenie, dała nam spróbować bogactwa niemal wszystkich kuchni świata i zmusiła do ruszenia się z kanapy. Na razie uniknęliśmy katastrofy wagowej
Zobacz także: Odchudzanie może być przyjemne
Zasada nr 1: Nie ma jak w domu
Jemy głównie w domu. Dlaczego? Bo przygotowując posiłki samemu, wybieramy zawsze produkty najlepsze, najświeższe, najsmaczniejsze. W domu je się mniej niż w restauracjach i nie zamawia deserów. Zamiast obtoczyć mięso w panierce i smażyć, możemy upiec. Ugotować makaron czy ryż al dente, co sprawi, że nie wejdzie w biodra jak ten rozgotowany na pulpę. Talerz domowej pomidorowej (bez dodatków) ma najwyżej 40 kcal, kultowa Campbell w puszce aż 110!
Jak wynika z badań prof. Briana Wansinka, szefa Centrum Żywności i Żywienia w amerykańskim ministerstwie zdrowia, jednym z powodów otyłości Amerykanów jest to, że przestali gotować. Na pytanie: "Czy gotujesz regularnie w domu?", 60 proc. Amerykanów odpowiada: "Nie". 10 proc. kobiet i 30 proc. mężczyzn nie gotuje nigdy. Tylko jedna trzecia amerykańskich rodzin spotyka się wieczorem przy stole w domu, podczas gdy jeszcze 15 lat temu - prawie połowa. Prawie 60 proc. Amerykanów przynajmniej raz w tygodniu stołuje się w fast foodach. 88 proc. frytek zjadanych jest w Ameryce poza domem.
Carrie Bradshaw, bohaterka serialu "Seks w wielkim mieście", kuchennego piekarnika używa jako szafki na buty, a w niedawnej reklamie prasowej Citibanku pokazano młodą, zadowoloną kobietę na tle otwartych szafek kuchennych zapełnionych ubraniami, torebkami i butami. Podpis brzmi: "Nie gotuję, więc zamieniłam kuchnię we wspaniałą garderobę".
Zwyczaje rodzinne przechodzą z pokolenia na pokolenie - niegotujący rodzice wychowują niegotujące dzieci.
Zasada nr 2: Zielono mi!
W Polsce ciągle słyszymy "Jedz pięć razy dziennie warzywa i owoce". W Ameryce tylko 40 proc. stosuje się do tej zasady. Najmniej jedzą ich chłopcy w wieku 14-18 lat (0,7 proc. dziennego zapotrzebowania!) i 4-8-letnie dziewczynki (10 proc.). Koleżanki moich córek na hasło zupa bledną, a przed warzywami uciekają jak diabeł przed kropidłem. A przecież Ameryka, zwłaszcza w dużych miastach, daje niesamowite możliwości. Naszym ulubionym sklepem jest koreański supermarket H-mart wypełniony najdziwniejszymi roślinami i mięsiwami świata. Wybór jest taki, że można by było zapraszać klasy na lekcje biologii! Oprócz znajomo wyglądających roślin w wielkich koszach leżą liście aloesu, kaktusy, chińskie śliwki liczi, orzechy kokosowe, papaje, mango i dziesiątki egzotycznych ziół, korzeni, grzybów, bulw i traw. Dzieci szaleją na stoisku rybnym, gdzie szczypce prężą kraby, homary uprawiają zapasy w akwarium, a z wiader wyskakują ropuchy. Azjaci, jak wiadomo, jedzą wszystko. My nie, ale zawsze wracamy z H-marta z koszykiem pełnym warzyw i owoców, które potem przemycam do posiłków. Nawet jeśli dzieci jedzą na śniadanie np. kanapkę z miodem, na talerzyku lądują plasterki kiwi, jeżyny czy marchewka.
Amerykanie za obiad uważają kolację - jedzą swój największy posiłek o 18, co pewnie też dodaje im kilogramów. My jemy o 16.30, bo wtedy żółty autobus przywozi nasze wygłodniałe dzieci ze szkoły. Jesteśmy miłośnikami zup, bo są ciepłe, szybkie w podaniu, a tymi przyrządzonymi dietetycznie można bez poczucia winy napełnić żołądek. Do obiadu mamy zazwyczaj dwa dodatki warzywne - jeden na ciepło, drugi - na zimno. Jak zabraknie czasu, jemy kawałki ogórka, papryki, oliwki czy pomidorki cherry. Nasze dzieci wiedzą, że przed polityką warzywno-owocową w naszej rodzinie jak przed fiskusem - ucieczki nie ma.
Zasada nr 3: Drugie śniadanie w plecaku
Codziennie rano przygotowuję trzy drugie śniadania. Kanapki z serem albo z kurczakiem, jogurty, warzywa, owoce. I sok. Dzieci lubią pomarańczowy, ale wprost przepadają za ciderem, czyli niefiltrowanym mętnym sokiem jabłkowym. W szkole obiadów jeść nie chcą. Dlaczego? Bo są ohydne. Nie gotowane, ale odgrzewane, rozmrażane, tekturowe. Królują frytki z torby, kurczak w panierce, kanapki z masłem orzechowym i dżemem, hamburgery, pizza w piątki. I tak nie jest źle, bo są brzoskwinie z puszki, sałatka z torebki i mleko z kartonika.
Gdyby zajrzeć do talerzy dzieciakom jedzącym w innych szkolnych stołówkach, to znajdziemy tam: kiełbaski i wafle w słodkim syropie w stanie Waszyngton, cheeseburgery z bekonem w Kalifornii, nachos z serem w Idaho, pizzę i smażonego kurczaka w Teksasie, stek z frytkami w Arkansas, kukurydziane hot dogi w Iowa, a w Karolinie Północnej - frytki i kanapki z wołowiną... Potężne lobby producentów mrożonych frytek i wołowiny ma o co walczyć. W szkołach obiady je 30 mln dzieciaków. Badania pokazują, że dzieci, które jedzą obiady na stołówkach, ważą więcej niż te, które przynoszą drugie śniadania z domu! Zjadają więcej kalorii, więcej cukru, więcej tłuszczu, w tym szkodliwych tłuszczów trans, bo choć istnieją limity niezdrowych składników w porcjach jedzenia w szkolnych stołówkach, to według USDA (amerykańskiego ministerstwa zdrowia) w 80 proc. z nich żadnych ograniczeń się nie stosuje! Większość serwuje frytki, tylko 45 proc. - gotowane warzywa. Połowa - pełnotłuste mleko zamiast o połowę chudsze.
Szefowie stołówek tłumaczą, że muszą serwować tłuste posiłki, bo wychowane na fast foodach dzieciaki nie chcą nawet dotknąć niczego innego. Zresztą te restauracje nie tylko sponsorują drużyny szkolne czy zamieszczają reklamy w szkolnych gazetkach - Pizza Hut i Dominos, McDonald's i Taco Bell codziennie sprzedają swoje dania w większości szkół w Ameryce!
Zasada nr 4: Śmieci od święta
Nasze dzieci święte nie są, a nam daleko do perfekcji. Nie rzucają się na frytki z keczupem, ale przepadają za pizzą, colą i - niestety - chipsami. Chętnie jedzą meksykańskie jedzenie w wersji fast food w Taco Bell. Mamy niepisaną umowę, że w naszym domu nie ma napojów gazowanych, chemicznie koloryzowanych słodyczy, gumy do żucia ani chipsów, jednak od czasu do czasu, podczas przyjęć i świąt, zgadzamy się na "śmieci".
Na co dzień kupujemy dużo orzechów (dzieci lubią i nie są uczulone), lodów i czekolady. Wszyscy bardzo lubimy brownie - najlepsze amerykańskie ciastko z prawdziwej ciemnej czekolady - i syrop klonowy. Syrop to wynalazek Indian, którzy wiercili w klonach dziurki i zbierali wypływający sok do wiaderek zawieszanych na haczyku pod otworem. Potem sok zlewali i odparowywali nad ogniskiem, aż powstawał brunatny, słodki syrop. Prawdziwy syrop klonowy jest zdrowszy niż cukier - ma o jedną trzecią mniej kalorii, a do tego magnez, żelazo, cynk i mangan.
Mimo że w ostatnich latach w Ameryce pojawiło się wiele ekosklepów, to zakupy w klasycznym, amerykańskim supermarkecie dla wielu Europejczyków nadal mogą być szokiem. Białka i żółtka jajek sprzedawane w kartonach (osobno), cukierki w aerozolu do psikania na język, naleśniki w proszku, masło w sprayu, bazylia w tubce, trawiastozielone ciasteczka, niebieskie torty z czarnymi ornamentami. W USA normy pozwalające na dosypywanie chemii, a zwłaszcza barwników do żywności są łagodniejsze od polskich. Najgorszą rzeczą, jaką kupiłam, były seledynowo-turkusowe jogurty ze Shrekiem. Od samego widoku można się rozchorować. Udowodniono, że żywność przetworzona sprzyja tyciu (tłuszcze trans), nadciśnieniu (sól), napędza apetyt (ukryty cukier) i powoduje nadaktywność u dzieci (sztuczne barwniki i benzoesan sodu, konserwant w napojach gazowanych).
Dzięki mojemu kuzynowi, fizykowi z NASA, próbowałam ostatnio jedzenia dla kosmonautów. Poza tym, że było bardziej suche, nie różniło się ani wyglądem, ani smakiem od tego w amerykańskich sklepach.
Zasada nr 5: Cała para w sport
Nasz sąsiad Todd Koehler codziennie dojeżdża do pracy 20 kilometrów... na rowerze. Wpada do biura, bierze prysznic, przebiera się w garnitur. Ma 52 lata, ale wygląda na 40. Smukły, opalony, uśmiechnięty. Kiedy pytam go, czy szef nie ma mu za złe, że trzyma garderobę w biurze, Todd śmieje się i odpowiada: - Coś ty, ten wariat dojeżdża do pracy na rowerze 30 kilometrów!
O Ameryce można powiedzieć, że to kraj grubasów, plastikowego jedzenia i ubrań w rozmiarze XXXL, ale to także kraj, który nie tylko kocha i podziwia sport, ale go uprawia. Regularnie ćwiczy - intensywnie spaceruje, biega, wyciska siódme poty na siłowni przez co najmniej 30 minut trzy razy w tygodniu - prawie połowa Amerykanek (46 proc.) i Amerykanów (49 proc.). Dla porównania - 70 proc Polaków nie ćwiczy w ogóle.
Wiele dzieciaków coś trenuje. Dyscypliną, która zmusza dzieci czasem nawet do zrzucenia kilku kilogramów, jest nie tylko gimnastyka artystyczna czy łyżwiarstwo figurowe, ale... futbol amerykański, w którym obowiązują klasy wagowe. Jeśli chłopiec jest za ciężki, nie ma szans, by grać w drużynie z kolegami z podwórka czy szkoły i musi grać ze starszymi, na co zwykle nie ma ochoty. Przy każdej szkole jest plac zabaw otwarty również po lekcjach. Blisko naszego domu jest ścieżka treningowa.
Ameryka zmusiła i nas do ruszenia się z kanapy. Ja od prawie dwóch lat biegam, mąż polubił siłownię. Nie kupujemy dzieciom gier komputerowych, telefonów komórkowych i game-boyów, za to jeździmy na wycieczki rowerowe, zimą chodzimy na łyżwy, lubimy narty i spacery po górach. Kupiliśmy im trampolinę. Wyganiamy dzieci jak najczęściej na dwór, na bezpieczne tutaj podwórka, by grały w gumę, kosza i hokeja na trawie z dzieciakami z sąsiedztwa. Zosia (5 lat) chodzi na zajęcia taneczne, Marysię (7 lat) częściej ostatnio widzę do góry nogami, bo w domu ćwiczy stanie na rękach i gwiazdy - od roku uprawia gimnastykę artystyczną. Jednak prawdziwy maraton sportowy zafundował nam jesienią 12-letni Jasiek, który gra w piłkę nożną i postanowił jeszcze sprawdzić, jak wygląda futbol amerykański. Niestety ma to także gorsze strony - od kilku miesięcy regularnie ćwiczy szarże i przewroty na swoich młodszych siostrach.
Zobacz także: Odchudzanie może być przyjemne
Zasada nr 1: Nie ma jak w domu
Jemy głównie w domu. Dlaczego? Bo przygotowując posiłki samemu, wybieramy zawsze produkty najlepsze, najświeższe, najsmaczniejsze. W domu je się mniej niż w restauracjach i nie zamawia deserów. Zamiast obtoczyć mięso w panierce i smażyć, możemy upiec. Ugotować makaron czy ryż al dente, co sprawi, że nie wejdzie w biodra jak ten rozgotowany na pulpę. Talerz domowej pomidorowej (bez dodatków) ma najwyżej 40 kcal, kultowa Campbell w puszce aż 110!
Jak wynika z badań prof. Briana Wansinka, szefa Centrum Żywności i Żywienia w amerykańskim ministerstwie zdrowia, jednym z powodów otyłości Amerykanów jest to, że przestali gotować. Na pytanie: "Czy gotujesz regularnie w domu?", 60 proc. Amerykanów odpowiada: "Nie". 10 proc. kobiet i 30 proc. mężczyzn nie gotuje nigdy. Tylko jedna trzecia amerykańskich rodzin spotyka się wieczorem przy stole w domu, podczas gdy jeszcze 15 lat temu - prawie połowa. Prawie 60 proc. Amerykanów przynajmniej raz w tygodniu stołuje się w fast foodach. 88 proc. frytek zjadanych jest w Ameryce poza domem.
Carrie Bradshaw, bohaterka serialu "Seks w wielkim mieście", kuchennego piekarnika używa jako szafki na buty, a w niedawnej reklamie prasowej Citibanku pokazano młodą, zadowoloną kobietę na tle otwartych szafek kuchennych zapełnionych ubraniami, torebkami i butami. Podpis brzmi: "Nie gotuję, więc zamieniłam kuchnię we wspaniałą garderobę".
Zwyczaje rodzinne przechodzą z pokolenia na pokolenie - niegotujący rodzice wychowują niegotujące dzieci.
Zasada nr 2: Zielono mi!
W Polsce ciągle słyszymy "Jedz pięć razy dziennie warzywa i owoce". W Ameryce tylko 40 proc. stosuje się do tej zasady. Najmniej jedzą ich chłopcy w wieku 14-18 lat (0,7 proc. dziennego zapotrzebowania!) i 4-8-letnie dziewczynki (10 proc.). Koleżanki moich córek na hasło zupa bledną, a przed warzywami uciekają jak diabeł przed kropidłem. A przecież Ameryka, zwłaszcza w dużych miastach, daje niesamowite możliwości. Naszym ulubionym sklepem jest koreański supermarket H-mart wypełniony najdziwniejszymi roślinami i mięsiwami świata. Wybór jest taki, że można by było zapraszać klasy na lekcje biologii! Oprócz znajomo wyglądających roślin w wielkich koszach leżą liście aloesu, kaktusy, chińskie śliwki liczi, orzechy kokosowe, papaje, mango i dziesiątki egzotycznych ziół, korzeni, grzybów, bulw i traw. Dzieci szaleją na stoisku rybnym, gdzie szczypce prężą kraby, homary uprawiają zapasy w akwarium, a z wiader wyskakują ropuchy. Azjaci, jak wiadomo, jedzą wszystko. My nie, ale zawsze wracamy z H-marta z koszykiem pełnym warzyw i owoców, które potem przemycam do posiłków. Nawet jeśli dzieci jedzą na śniadanie np. kanapkę z miodem, na talerzyku lądują plasterki kiwi, jeżyny czy marchewka.
Amerykanie za obiad uważają kolację - jedzą swój największy posiłek o 18, co pewnie też dodaje im kilogramów. My jemy o 16.30, bo wtedy żółty autobus przywozi nasze wygłodniałe dzieci ze szkoły. Jesteśmy miłośnikami zup, bo są ciepłe, szybkie w podaniu, a tymi przyrządzonymi dietetycznie można bez poczucia winy napełnić żołądek. Do obiadu mamy zazwyczaj dwa dodatki warzywne - jeden na ciepło, drugi - na zimno. Jak zabraknie czasu, jemy kawałki ogórka, papryki, oliwki czy pomidorki cherry. Nasze dzieci wiedzą, że przed polityką warzywno-owocową w naszej rodzinie jak przed fiskusem - ucieczki nie ma.
Zasada nr 3: Drugie śniadanie w plecaku
Codziennie rano przygotowuję trzy drugie śniadania. Kanapki z serem albo z kurczakiem, jogurty, warzywa, owoce. I sok. Dzieci lubią pomarańczowy, ale wprost przepadają za ciderem, czyli niefiltrowanym mętnym sokiem jabłkowym. W szkole obiadów jeść nie chcą. Dlaczego? Bo są ohydne. Nie gotowane, ale odgrzewane, rozmrażane, tekturowe. Królują frytki z torby, kurczak w panierce, kanapki z masłem orzechowym i dżemem, hamburgery, pizza w piątki. I tak nie jest źle, bo są brzoskwinie z puszki, sałatka z torebki i mleko z kartonika.
Gdyby zajrzeć do talerzy dzieciakom jedzącym w innych szkolnych stołówkach, to znajdziemy tam: kiełbaski i wafle w słodkim syropie w stanie Waszyngton, cheeseburgery z bekonem w Kalifornii, nachos z serem w Idaho, pizzę i smażonego kurczaka w Teksasie, stek z frytkami w Arkansas, kukurydziane hot dogi w Iowa, a w Karolinie Północnej - frytki i kanapki z wołowiną... Potężne lobby producentów mrożonych frytek i wołowiny ma o co walczyć. W szkołach obiady je 30 mln dzieciaków. Badania pokazują, że dzieci, które jedzą obiady na stołówkach, ważą więcej niż te, które przynoszą drugie śniadania z domu! Zjadają więcej kalorii, więcej cukru, więcej tłuszczu, w tym szkodliwych tłuszczów trans, bo choć istnieją limity niezdrowych składników w porcjach jedzenia w szkolnych stołówkach, to według USDA (amerykańskiego ministerstwa zdrowia) w 80 proc. z nich żadnych ograniczeń się nie stosuje! Większość serwuje frytki, tylko 45 proc. - gotowane warzywa. Połowa - pełnotłuste mleko zamiast o połowę chudsze.
Szefowie stołówek tłumaczą, że muszą serwować tłuste posiłki, bo wychowane na fast foodach dzieciaki nie chcą nawet dotknąć niczego innego. Zresztą te restauracje nie tylko sponsorują drużyny szkolne czy zamieszczają reklamy w szkolnych gazetkach - Pizza Hut i Dominos, McDonald's i Taco Bell codziennie sprzedają swoje dania w większości szkół w Ameryce!
Zasada nr 4: Śmieci od święta
Nasze dzieci święte nie są, a nam daleko do perfekcji. Nie rzucają się na frytki z keczupem, ale przepadają za pizzą, colą i - niestety - chipsami. Chętnie jedzą meksykańskie jedzenie w wersji fast food w Taco Bell. Mamy niepisaną umowę, że w naszym domu nie ma napojów gazowanych, chemicznie koloryzowanych słodyczy, gumy do żucia ani chipsów, jednak od czasu do czasu, podczas przyjęć i świąt, zgadzamy się na "śmieci".
Na co dzień kupujemy dużo orzechów (dzieci lubią i nie są uczulone), lodów i czekolady. Wszyscy bardzo lubimy brownie - najlepsze amerykańskie ciastko z prawdziwej ciemnej czekolady - i syrop klonowy. Syrop to wynalazek Indian, którzy wiercili w klonach dziurki i zbierali wypływający sok do wiaderek zawieszanych na haczyku pod otworem. Potem sok zlewali i odparowywali nad ogniskiem, aż powstawał brunatny, słodki syrop. Prawdziwy syrop klonowy jest zdrowszy niż cukier - ma o jedną trzecią mniej kalorii, a do tego magnez, żelazo, cynk i mangan.
Mimo że w ostatnich latach w Ameryce pojawiło się wiele ekosklepów, to zakupy w klasycznym, amerykańskim supermarkecie dla wielu Europejczyków nadal mogą być szokiem. Białka i żółtka jajek sprzedawane w kartonach (osobno), cukierki w aerozolu do psikania na język, naleśniki w proszku, masło w sprayu, bazylia w tubce, trawiastozielone ciasteczka, niebieskie torty z czarnymi ornamentami. W USA normy pozwalające na dosypywanie chemii, a zwłaszcza barwników do żywności są łagodniejsze od polskich. Najgorszą rzeczą, jaką kupiłam, były seledynowo-turkusowe jogurty ze Shrekiem. Od samego widoku można się rozchorować. Udowodniono, że żywność przetworzona sprzyja tyciu (tłuszcze trans), nadciśnieniu (sól), napędza apetyt (ukryty cukier) i powoduje nadaktywność u dzieci (sztuczne barwniki i benzoesan sodu, konserwant w napojach gazowanych).
Dzięki mojemu kuzynowi, fizykowi z NASA, próbowałam ostatnio jedzenia dla kosmonautów. Poza tym, że było bardziej suche, nie różniło się ani wyglądem, ani smakiem od tego w amerykańskich sklepach.
Zasada nr 5: Cała para w sport
Nasz sąsiad Todd Koehler codziennie dojeżdża do pracy 20 kilometrów... na rowerze. Wpada do biura, bierze prysznic, przebiera się w garnitur. Ma 52 lata, ale wygląda na 40. Smukły, opalony, uśmiechnięty. Kiedy pytam go, czy szef nie ma mu za złe, że trzyma garderobę w biurze, Todd śmieje się i odpowiada: - Coś ty, ten wariat dojeżdża do pracy na rowerze 30 kilometrów!
O Ameryce można powiedzieć, że to kraj grubasów, plastikowego jedzenia i ubrań w rozmiarze XXXL, ale to także kraj, który nie tylko kocha i podziwia sport, ale go uprawia. Regularnie ćwiczy - intensywnie spaceruje, biega, wyciska siódme poty na siłowni przez co najmniej 30 minut trzy razy w tygodniu - prawie połowa Amerykanek (46 proc.) i Amerykanów (49 proc.). Dla porównania - 70 proc Polaków nie ćwiczy w ogóle.
Wiele dzieciaków coś trenuje. Dyscypliną, która zmusza dzieci czasem nawet do zrzucenia kilku kilogramów, jest nie tylko gimnastyka artystyczna czy łyżwiarstwo figurowe, ale... futbol amerykański, w którym obowiązują klasy wagowe. Jeśli chłopiec jest za ciężki, nie ma szans, by grać w drużynie z kolegami z podwórka czy szkoły i musi grać ze starszymi, na co zwykle nie ma ochoty. Przy każdej szkole jest plac zabaw otwarty również po lekcjach. Blisko naszego domu jest ścieżka treningowa.
Ameryka zmusiła i nas do ruszenia się z kanapy. Ja od prawie dwóch lat biegam, mąż polubił siłownię. Nie kupujemy dzieciom gier komputerowych, telefonów komórkowych i game-boyów, za to jeździmy na wycieczki rowerowe, zimą chodzimy na łyżwy, lubimy narty i spacery po górach. Kupiliśmy im trampolinę. Wyganiamy dzieci jak najczęściej na dwór, na bezpieczne tutaj podwórka, by grały w gumę, kosza i hokeja na trawie z dzieciakami z sąsiedztwa. Zosia (5 lat) chodzi na zajęcia taneczne, Marysię (7 lat) częściej ostatnio widzę do góry nogami, bo w domu ćwiczy stanie na rękach i gwiazdy - od roku uprawia gimnastykę artystyczną. Jednak prawdziwy maraton sportowy zafundował nam jesienią 12-letni Jasiek, który gra w piłkę nożną i postanowił jeszcze sprawdzić, jak wygląda futbol amerykański. Niestety ma to także gorsze strony - od kilku miesięcy regularnie ćwiczy szarże i przewroty na swoich młodszych siostrach.
Źródło: Gazeta Wyborcza
W numerze z 13 marca
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień˝







