Więcej o kobietach po pięćdziesiątce znajdziesz na
naszym specjalnym serwisie Pod koniec dwuipółgodzinnego musicalu widownia stołecznego Capitolu wstaje i intonuje z aktorkami na finał: 'Jeden wspólny problem mamy - klimakterium'. Śpiewają mamy i córki, mężowie i żony. Śpiewał ponoć nawet ksiądz, który przyjechał z parafianami na przedstawienie. 'Klimakterium... i już' to teatralny, ale też socjologiczny fenomen. 550 przedstawień, tysiące kilometrów po Polsce, zaproszenia do Stanów Zjednoczonych i na Ukrainę. Mimo braku recenzji, promocji i gwiazdek w repertuarze. Krytycy nie wiedzą, co o tym myśleć. Ale to się samo kręci.
Czym jest przedstawienie grane od trzech i pół roku najpierw w Rampie, teraz w Capitolu? Farsą na drażliwy temat? Kabaretem? Musicalem? Raczej rodzajem manifestu Polek 50+. Tych, na które biją poty, które cierpią na humory i nie mogą na siebie spojrzeć w lustrze. Bilety trzeba rezerwować z półrocznym wyprzedzeniem. Wszystko po to, by obejrzeć cztery stare baby, które mówią o zmarszczkach, włosach na brodzie, tyciu. Nazywają wszystko, co do tej pory pokrywano milczeniem w imię dobrego smaku. Czyżby coming out polskiej matrony? Na to wygląda.
-Że też człowiek szybciej marszczy się od przodu - wzdycha Elżbieta Jodłowska (kabaret Stodoła, FAMA, Kabarecik Olgi Lipińskiej), która wszystko wymyśliła, przepchnęła przez oporne dyrekcje. Gra Pamelę, dziennikarkę wyrzuconą z roboty. - Na moje miejsce zatrudnili jakąś długonogą ślicznotkę, która prędzej mówi, niż myśli - żali się. - Ta stara baba w lustrze to naprawdę ja? - pyta przerażona. Podobnie żali się osiem milionów Polek. Tyle bowiem obecnie przeżywa klimakterium. Mamy ich nie uprzedziły, co je czeka, bo same się wstydziły. Pokutuje przekonanie, że kobieta powinna zmagać się z menopauzą dyskretnie, że to sprawa zbyt intymna, fizjologiczna, by o niej mówić. 'Klimakterium... i już' nazywa rzeczy głośno i po imieniu. To na swój sposób wyzwolenie kobiet z obłudy i idącego z nią w parze upokorzenia.
Oto jest dziejów lokomotywa
Ten trudny proces
tak się odbywa
Najpierw powoli
jakby niechcący
Funduje kobietom
wybuchy gorąca
Uf - jak gorąco
Puf - jak gorąco
Buch - jak gorąco
('Lokomotywa dziejów'
- tekst Elżbieta Jodłowska) Sierpień. Pierwsze przedstawienie 'Klimakterium' w Capitolu. Na parkingu autokar z Pułtuska wynajęty przez klub seniora. Po dwóch godzinach wychodzą rozanieleni. - Zapiszę się na jazdę na wrotkach - żartuje 55-letnia Grażyna. Niektórzy przyjeżdżają po kilka razy. Przyprowadzają rodzinę i przyjaciół. Siedząca obok mnie Renata, lat 56, przyszła z siostrzenicą. - To o mnie! - stwierdza.
Na scenie cztery wiedźmy mówią o plamach na skórze, histeriach, bezsenności. I śmieją się z własnych starzejących się ciał. Potem tańczą ognisty taniec ze sztucznymi szczękami zamiast kastanietów. Owijają się lubieżnie domowym szlauchem. Salą trzęsie śmiech. Zbiorowy seans terapii. - Spektakl powinien refinansować NFZ - napisał jeden z widzów.
Już ledwo sapię