Skąd się pani tutaj wzięła?

No, to trzeba od początku, bo trochę mi zajęła droga do Polski. Urodziłam się na Kaukazie Północnym. Chodziłam do szkoły, w której wykładowymi językami były rosyjski i angielski. Pod koniec szkoły zorganizowano konkurs - napisałam opowiadanie i wygrałam stypendium w Stanach Zjednoczonych. Wyjechałam, zdałam tam maturę i chciałam zostać. Ale mama tęskniła i bała się, że już na zawsze zostanę w Ameryce.

Dżulietta Kiworkowa była już od kilku lat w Polsce.

Kiedy w byłym Związku Radzieckim zaczynały się zmiany, zastanawiała się, czy wyjechać do Niemiec czy do Polski. Ze względu na wujka, ordynatora szpitala wojskowego, wybrała Polskę, bo wiedziała, że gdyby wyjechała do kraju kapitalistycznego, ucierpiałaby na tym nie tylko jego kariera, lecz także sytuacja całej rodziny. Polska była bezpieczną przystanią, choć mama myślała, że będzie tylko etapem przejściowym. Ale przyjechałam ja, potem reszta rodziny. I się zakorzeniliśmy. Skończyłam studia na na warszawskiej Akademii Medycznej, później zrobiłam doktorat w Lublinie.

Nigdy nie czuła się tu pani obco?

Na samym początku czasem słyszałam: "Ruska" albo że "tu się mówi po polsku". Puszczałam to mimo uszu. Zresztą byłam wtedy bardzo młoda - zaczęłam studia, mając 17 lat. Ale właśnie dlatego, że to właśnie tutaj spędziłam dorosłe życie, mogę powiedzieć: tu jest mój dom. Nie dam sobie odebrać prawa do myślenia w ten sposób.

Co się zmieniło przez te lata?

Nabrałam doświadczenia, które uczy, że dobre chęci nie wystarczą. Trzeba być zawziętym i silnym. I cierpliwym, żeby wytrzymać odbijanie się od ścian, zanim się zrobi jeden krok w kierunku realizacji celu. Trochę mi zrozumienie tego zajęło, bo jestem w gorącej wodzie kąpana. Lubię widzieć efekty od razu.

Skąd ta siła?

Jestem Ormianką, a to jest naród, który dużo doświadczył. I bardzo wyraźnie naznaczył kobiety. Od pokoleń wiedziały, że mężczyzna dzisiaj w domu jest, jutro może go nie być, więc ważne, by umieć sobie poradzić samej, być niezależną. Moja babcia była dyrektorką w dużej firmie, moja mama również. Odkąd pamiętam, rozwijała się, była niezależna, odnosiła sukcesy. Wyrosłam w przekonaniu, że ja też mogę.
Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej