Sama nazwa irytuje. Mamy już life coaching, sex coaching, coaching dotyczący finansów. A teraz jeszcze skin coaching? Być może to tylko marketingowa wata. Ale sytuacja zmusza mnie do działania. Mam łojotokową cerę i obawiam się, że jestem skazana na przejście z trądziku w zmarszczki. Dermatolog jest dla mojej skóry jak hydraulik. Przepisuje leki, naprawia usterkę, wychodzi. Usterka wraca po kilku miesiącach, a ja nadal nie wiem, jak temu zapobiec. Kosmetyczka traktuje mnie delikatniej. Oczyszczamy skórę, nakładamy algi, robimy peelingi. Efektów nie widać. Potrzebuję czegoś więcej. Tak trafiam w ręce pierwszej w Polsce trenerki skóry.

Dawać więcej

Gdybym trafiła do Bożeny Społowicz 18 lat temu, byłaby jedną z wielu kosmetyczek po dwuipółletnim studium. Szybko jednak zauważyła, że wciąż brakuje jej wiedzy potrzebnej do pracy - właściwej oceny składów i działania kosmetyków. I wybrała się na studia podyplomowe z chemii i technologii kosmetyków. Potem były jeszcze kursy dietetyczne z naciskiem na dietę w kosmetologii. Dopiero tak uzbrojona mogła zacząć działać. - Kosmetyki pomagają na chwilę, a problem wraca, więc łatwo wpaść w błędne koło uzależnienia od zabiegów i produktów kosmetycznych. Moim celem była pomoc klientkom w taki sposób, aby były bardziej samodzielne - opowiada Bożena Społowicz.
Pozostało 90% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.