Pociągiem niemiłosiernie kołysało, jakby lada chwila miał wypaść z torów. Przytrzymując się ścian, brnęłam w kierunku końca wagonu, z trudem łapiąc równowagę. Nie było łatwo, bo i podłodze daleko było do czystości. A przecież jechaliśmy dopiero siedem godzin. Do celu pozostało jeszcze siedem dni.

Minęłam przedział konduktora i otarłam się o olbrzymi samowar, z którego dzień i noc można było zaczerpnąć wrzątku. Zaraz za samowarem były drzwi do toalety. Za tymi drzwiami określenie "daleko do czystości" nabierało nowego, głębokiego wymiaru. Zaczerpnęłam głęboko powietrza i weszłam.

Najdziwniejszy był sam sedes: wyglądał jak bękart zrodzony ze spotkania europejskiej muszli z azjatyckim przybytkiem...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.