O Clare Hollingworth, słynnej korespondentce wojennej, od której świat dowiedział się o tym że Niemcy wkroczyli do Polski, pisze Maria Kruczkowska
ZOBACZ TAKŻE
- Latam lepiej, niż myję naczynia (02-03-10, 01:00)
- Moje matki obie (16-02-10, 01:00)
- Dziewczynki, do których ślinią się potwory (30-03-10, 01:00)
- Elizabeth Taylor ćwierka (16-03-10, 01:00)
- Westalki Stalina (02-02-10, 01:00)
- Zwyczajna córka (09-02-10, 01:00)
- Krupska kontra państwo totalitarne (29-03-10, 01:00)
- Dasz sobie radę. Uciekaj (02-04-10, 01:00)
Spotkałam ją niedawno w Hongkongu. Clare Hollingworth ma dziś 98 lat i własny stolik w hongkońskim klubie korespondentów zagranicznych. Polski wrzesień stał się początkiem jej kariery. To była kwestia przypadku, ale przypadek zawsze jej sprzyjał. Był 31 sierpnia 1939 r. Miała 27 lat, od tygodnia pracowała dla londyńskiego 'Daily Telegraph' w Polsce.
- Spróbujmy sprawdzić, co kombinują Niemcy - zaproponował jej główny korespondent gazety w Warszawie. Pojechała na zwiady na Śląsk. Granica polsko-niemiecka była już zamknięta. Przepuszczano jedynie niemieckich urzędników konsularnych lub oficerów sztabowych w oflagowanych samochodach. Hollingworth przyszedł do głowy pomysł - jeden z tych, które miały z niej uczynić legendę reportażu światowego. Poprosiła brytyjskiego konsula w Katowicach o wypożyczenie służbowej limuzyny. - Dokąd się pani wybiera? - spytał. - Do Niemiec - powiedziała. Roześmiał się, ale się zgodził. Pojazdem z powiewającym Union Jackiem ruszyła w stronę granicy. Nazistowskie straże salutowały jej i ją przepuszczały. Dotarła do Bytomia.
Po stronie niemieckiej był spokój, sklepy dobrze zaopatrzone. Załadowała bagażnik latarkami, winem i aspiryną. 'Doskonałej jakości' - pisze we wspomnieniach. Wracała wzdłuż ufortyfikowanej granicy przez Zabrze do Gliwic. Po obu stronach szosy ustawiono siatki maskujące. Gdy poryw wiatru odchylił kawałek materiału, zobaczyła na poboczach mnóstwo wojska, czołgi i działa przeciwlotnicze. Domyśliła się, że niemieckie dowództwo planuje uderzenie na północ od Katowic i ufortyfikowanych linii. I taki był, jak się okazało, kierunek niemieckiego natarcia na Śląsku. To był news, o którym marzy każdy korespondent. Ujrzała Europę w ostatnim dniu pokoju. I to ona, nieznana dziennikarka, miała o tym poinformować świat.
Wojna? Bzdura!
Konsul John A. Thwaites nie chciał uwierzyć, że była w Niemczech. Otworzyła bagażnik z zakupami. Thwaites zamknął się w gabinecie i napisał zaszyfrowaną informację dla Foreign Office. Tymczasem Clare wydzwaniała do korespondenta 'Daily Telegraph' w Warszawie - z Katowic nie było bezpośredniego połączenia z Londynem. Przez telefon podyktowała artykuł. Poszedł na czołówkę 'Telegrapha'. Ale bez jej nazwiska. Dzienniki brytyjskie nie zamieszczały pod tekstami nazwisk korespondentów.
1 września Hollingworth obudziły wybuchy. 'Z oddali ogień artyleryjski sprawiał wrażenie trzaskania drzwiami' - napisała we wspomnieniach. Z okna zobaczyła nadlatujące bombowce. Była piąta rano. 'Zaczęło się - pomyślała. - Wielka Brytania i Francja zobowiązały się przecież bronić Polski w razie ataku'. Pobiegła do konsula, który spał w najlepsze. Potem zadzwoniła do ambasady brytyjskiej w Warszawie. - Robin, to wojna! - wołała w słuchawkę do znajomego drugiego sekretarza.
- Jesteś pewna, staruszko? - zapytał Robin Hankey.
- Posłuchaj - wystawiła słuchawkę za okno sypialni. Słychać było ryk czołgów otaczających Katowice.
O 5.30 zaalarmowany przez nią korespondent 'Telegrapha' zadzwonił do polskiego MSZ. - Nasz człowiek w Katowicach przekazał, że Niemcy przekroczyli granicę i posuwają się naprzód - powiedział. - Bzdura - odparował rozmówca z MSZ - nadal pertraktujemy z Niemcami. Rozmowę przerwało wycie syren. Bombowce niemieckie nadlatywały nad Warszawę.
Hitler przemawia, dziennikarze za drutem
Tydzień wcześniej Clare czekała w Londynie, aż ją przyjmie naczelny 'Daily Telegraph' Arthur Watson. Sekretarka kazała jej natychmiast przyjechać. Warszawski korespondent gazety prosił o asystenta. Czy to prawda, że Hollingworth mówi po polsku? Radzi sobie, ukończyła studia slawistyczne w Londynie. Ponoć mieszkała w Polsce? Potwierdziła. Od roku młoda Brytyjka pracowała dla funduszu lorda majora Londynu na rzecz uchodźców z Czech. W 1937 r., gdy Niemcy zajęli Sudety, do Polski uciekły tysiące ludzi. Czescy Żydzi, ale też antyfaszyści, katolicy, socjaliści, komuniści. Listy z ich nazwiskami wysyłała pocztą dyplomatyczną. To m.in. jej tysiące ludzi zawdzięczały życie. Na krótko przed wybuchem wojny zdała obowiązki i poleciała do Londynu. Zawsze chciała być dziennikarzem. W ciągu kilku godzin zarezerwowała bilet lotniczy do Polski. A nawet zdążyła zamówić u Harrodsa i odebrać walizkę o nietypowych rozmiarach, bo jej maszyna do pisania nie mieściła się w standardowych.
Lot Londyn - Warszawa był z międzylądowaniem w Berlinie. Każdy zakątek lotniska Tempelhof był zastawiony myśliwcami. Hollingworth i lecący z nią drugi brytyjski dziennikarz zostali oddzieleni od pasażerów i zamknięci w zagrodzie z drucianej siatki. Powiedziano im, że Hitler ma zaraz w Tannenbergu wygłosić przemówienie, które będzie wypowiedzeniem wojny. Jako dziennikarze zagraniczni zostaną przetrzymani przynajmniej do zakończenia transmisji radiowej. Po kilku godzinach przez megafon ogłoszono, że przemówienie się opóźni. Wsiedli do samolotu. To był ostatni rejs brytyjskiego samolotu liniowego nad Niemcami przed sześcioletnią przerwą. Na Okęciu wylądowali wieczorem. Ulice rozświetlone, śladu napięcia. Siedziała w Europejskim przy drinku z korespondentem 'Telegrapha' na Polskę. - Jedno z nas - powiedział - musi jechać na niemiecką granicę. - To mogę być ja - zgłosiła się. Wyruszyła nocnym pociągiem. Na stacjach widziała policjantów rozlepiających ogłoszenia o mobilizacji polskiego wojska.
Teczki palone w kominku
Hitler zaatakował Polskę! W konsulacie brytyjskim rozpalono wszystkie kominki. Thwaites palił szyfry dyplomatyczne, Clare rzucała w ogień teczkę po teczce uchodźców. Do wybuchu wojny w Polsce pozostało ich jeszcze około tysiąca, Żydzi, którzy, licząc na wizę amerykańską, nie przyjęli na czas brytyjskiej, teraz miotali się, próbując uciec dokądkolwiek. Bez przerwy dzwonił telefon. Policja, wojsko uspokajały dyplomatów, że armia hitlerowska zwolniła tempo i że Katowice są bezpieczne. W pewnej chwili zza okna słychać było, jak ktoś ogłasza, że informacje o ataku to brednia, i nakazuje dzieciom wracać do szkoły, a dorosłym do pracy. - Może przez pomyłkę rozpętałam II wojnę światową? - pomyślała Clare. Ale odgłos strzałów nie milkł. Kiedy strzelanina ucichła, Clare pojechała w kierunku granicy. Jej pierwszy reportaż wojenny. Oglądała polskie wojsko idące na front. Na przedmieściach Katowic i w okolicznych wsiach ludzie stali przed domami i spoglądali w niebo. Nikt nie miał zamiaru uciekać. Przedwojenny ład trwał jeszcze chwilę. Clare obserwowała ewakuację szkół z Chorzowa. Kolorowo ubrane dzieci wsiadały do podstawionych autobusów jak na wycieczkę. Ale po południu już było wiadomo, że ruszyła niemiecka ofensywa.
Dyplomacja w szopie
Do samochodu konsula, który ewakuował się w pośpiechu, spakowała neseser i maszynę do pisania. Do bagażnika trafiła też skrzynka szampana, która nie zmieściła się u konsula francuskiego. Uciekali z Katowic do Krakowa, z Krakowa do Sandomierza, potem do Lublina i dalej na wschód, do Dubna i Lucka. - Nad nami niemieckie bombowce obserwowały teatr wojenny i autokary zamienione na karetki, które wywoziły rannych. Na własne oczy widziała zablokowane drogi, załamujący się transport, narastający chaos. W polskim sztabie Hollingworth przekonywano, że to planowy odwrót. - Panienka musi zrozumieć, że należy teraz trochę ustąpić pola, by wzmocnić nasze linie. Rzeczywista linia obrony musi rozciągnąć się między Wisłą i Sanem - tłumaczył oficer. Nie przekonał jej. - Dlaczego polska armia nie posłuchała rad ekspertów brytyjskich i francuskich? - irytowała się. Po co niemądrze rozwinęła tak duże siły wzdłuż granicy? Jak jej powiedział kilka tygodni później pewien polski generał, niemieckie kolumny pancerne wchodziły w polskie linie jak nóż w masło.
3 września radio ogłosiło, że Francja i Wielka Brytania przystąpiły do wojny. W hotelu portier pocałował Clare w rękę. Pomyślała, że jej Londyn zostanie zbombardowany, przyjaciele zginą, a i tak to się na nic nie przyda. W Krzemieńcu flaga brytyjska zawisła nad jednym z hoteli zamienionych w prowizoryczny konsulat. W miasteczku nie było gdzie wcisnąć szpilki. Członkowie władz sanacyjnych i dyplomaci kłócili się o kąt do spania. Z Brytyjczyków własny pokój miał tylko ambasador. Wieczorem polskie władze zaprosiły korpus dyplomatyczny na kolację. W szopie przy rozstawionych na kozłach stołach siedzieli Europejczycy, Latynosi, Chińczycy. Każdy miał talerz, a na nim jajko i trochę ryżu. Nuncjusz apostolski, dziekan korpusu, zaprosił ambasadorów na boisko szkolne. I tam zaproponował, by każdy wysłał telegram do własnego rządu o zbombardowaniu miasta mimo obecności dyplomatów. Głosowanie przerwały niemieckie bombowce. Dyplomaci we frakach i w szapoklakach powskakiwali do okopów.
Hollingworth pilnie śledziła sytuację. Od Amerykanów dowiedziała się, że Rosjanie zaprosili 14 września ich ambasadora Francisa Biddle'a do siebie. Poczęstowali go kawiorem i poprosili o przysługę. Czy może spytać pułkownika Becka, czy nie zechciałby zaprosić do Polski Armii Czerwonej dla zapewnienia ładu? Tajny aneks o podziale Polski do paktu Ribbentrop-Mołotow zaczął działać. - Czemu nie spyta go pan sam, ambasadorze? Przecież mieszka pan w jego sąsiedztwie - odpowiedział mu Biddle porażony cynizmem Rosjan. Po południu tego dnia radziecki ambasador odezwał się jeszcze raz. Tak, widział się z pułkownikiem Beckiem, ale ten powiedział, że nie ma mowy, by Polska wpuściła radziecką armię. Następnego dnia rano radzieckie poselstwo wyjechało. Zaraz potem nadleciały niemieckie bombowce, potwierdzając podejrzenia, że wywiad rosyjski podawał namierzone cele Niemcom. Niemcy i ZSRR miały podzielić Polskę, a Zachód odwracał wzrok. Korespondencje Hollingworth o bombardowaniu cywili nie ukazały się. Niemal wszystkie relacje o niemieckich zbrodniach są blokowane - dowiedziała się od dyplomatów brytyjskich. - To była milcząca zgoda na cierpienia naszych sojuszników i zaniechanie odwetu, byle Londyn ocalił skórę. Przyszło jej do głowy, że rząd brytyjski umówił się po cichu w tej sprawie z Berlinem. Dobrze zgadywała. 12 września na tajnej naradzie w Abbeville francusko-brytyjska Najwyższa Rada Wojenna postanowiła nie podejmować ofensywy lądowej na froncie zachodnim i działań powietrznych nad Niemcami.
Ostatnim miejscem postoju polskich władz były Kuty przy granicy rumuńskiej. Życie toczyło się tam normalnie, sklepy były otwarte i dobrze zaopatrzone. Właśnie tam 16 września pułkownik Beck zaprosił brytyjskiego ambasadora Howarda Kennarda - do MSZ chwilowo zajmującego miejscową chłopską zagrodę. - Drogi ambasadorze, muszę pana powiadomić, że siły radzieckie przeszły naszą granicę i posuwają się w głąb kraju. Radzę wyjechać bez zwłoki - powiedział Beck. O tej rozmowie i innych kluczowych momentach polskiego września Hollingworth wiedziała z pierwszej ręki. Stała się wówczas zaufanym rozmówcą największych dyplomatów, polityków i wojskowych. Tak było też przez następne 30 lat jej kariery zawodowej. W Zaleszczykach była świadkiem ucieczki polskich władz do Rumunii. Po 60 latach jej reportaż czyta się nadal ze ściśniętym gardłem. Najpierw z oddali zauważyła światła wielu samochodów. 'Z jednego z nich wyskoczył elegancki młody człowiek, który chwilę rozmawiał z rumuńską strażą graniczną. Pobiegł z powrotem i pierwszy samochód ruszył. Na jego progach stali dwaj mężczyźni z gołymi głowami i w prochowcach. Samochód zatrzymał się, dokumenty i pistolety maszynowe zostały wręczone strażnikom. Jeden z nich zajrzał do wnętrza samochodu i zasalutował. Na tylnym siedzeniu dostrzegłam ciemną postać z plamą białych włosów. Tak oto prezydent Mościcki udawał się do Rumunii na wygnanie. W następnym samochodzie był pułkownik Beck z żoną i córką. Samochód za samochodem, ciężarówka za ciężarówką, wypakowane bagażami przejeżdżały przez most i zjeżdżały ze wzgórza śladami prezydenta'. W 1940 r. Clare Hollingworth wydała książkę reporterską 'Trzytygodniowa wojna w Polsce'.
- Spróbujmy sprawdzić, co kombinują Niemcy - zaproponował jej główny korespondent gazety w Warszawie. Pojechała na zwiady na Śląsk. Granica polsko-niemiecka była już zamknięta. Przepuszczano jedynie niemieckich urzędników konsularnych lub oficerów sztabowych w oflagowanych samochodach. Hollingworth przyszedł do głowy pomysł - jeden z tych, które miały z niej uczynić legendę reportażu światowego. Poprosiła brytyjskiego konsula w Katowicach o wypożyczenie służbowej limuzyny. - Dokąd się pani wybiera? - spytał. - Do Niemiec - powiedziała. Roześmiał się, ale się zgodził. Pojazdem z powiewającym Union Jackiem ruszyła w stronę granicy. Nazistowskie straże salutowały jej i ją przepuszczały. Dotarła do Bytomia.
Po stronie niemieckiej był spokój, sklepy dobrze zaopatrzone. Załadowała bagażnik latarkami, winem i aspiryną. 'Doskonałej jakości' - pisze we wspomnieniach. Wracała wzdłuż ufortyfikowanej granicy przez Zabrze do Gliwic. Po obu stronach szosy ustawiono siatki maskujące. Gdy poryw wiatru odchylił kawałek materiału, zobaczyła na poboczach mnóstwo wojska, czołgi i działa przeciwlotnicze. Domyśliła się, że niemieckie dowództwo planuje uderzenie na północ od Katowic i ufortyfikowanych linii. I taki był, jak się okazało, kierunek niemieckiego natarcia na Śląsku. To był news, o którym marzy każdy korespondent. Ujrzała Europę w ostatnim dniu pokoju. I to ona, nieznana dziennikarka, miała o tym poinformować świat.
Wojna? Bzdura!
Konsul John A. Thwaites nie chciał uwierzyć, że była w Niemczech. Otworzyła bagażnik z zakupami. Thwaites zamknął się w gabinecie i napisał zaszyfrowaną informację dla Foreign Office. Tymczasem Clare wydzwaniała do korespondenta 'Daily Telegraph' w Warszawie - z Katowic nie było bezpośredniego połączenia z Londynem. Przez telefon podyktowała artykuł. Poszedł na czołówkę 'Telegrapha'. Ale bez jej nazwiska. Dzienniki brytyjskie nie zamieszczały pod tekstami nazwisk korespondentów.
1 września Hollingworth obudziły wybuchy. 'Z oddali ogień artyleryjski sprawiał wrażenie trzaskania drzwiami' - napisała we wspomnieniach. Z okna zobaczyła nadlatujące bombowce. Była piąta rano. 'Zaczęło się - pomyślała. - Wielka Brytania i Francja zobowiązały się przecież bronić Polski w razie ataku'. Pobiegła do konsula, który spał w najlepsze. Potem zadzwoniła do ambasady brytyjskiej w Warszawie. - Robin, to wojna! - wołała w słuchawkę do znajomego drugiego sekretarza.
- Jesteś pewna, staruszko? - zapytał Robin Hankey.
- Posłuchaj - wystawiła słuchawkę za okno sypialni. Słychać było ryk czołgów otaczających Katowice.
O 5.30 zaalarmowany przez nią korespondent 'Telegrapha' zadzwonił do polskiego MSZ. - Nasz człowiek w Katowicach przekazał, że Niemcy przekroczyli granicę i posuwają się naprzód - powiedział. - Bzdura - odparował rozmówca z MSZ - nadal pertraktujemy z Niemcami. Rozmowę przerwało wycie syren. Bombowce niemieckie nadlatywały nad Warszawę.
Hitler przemawia, dziennikarze za drutem
Tydzień wcześniej Clare czekała w Londynie, aż ją przyjmie naczelny 'Daily Telegraph' Arthur Watson. Sekretarka kazała jej natychmiast przyjechać. Warszawski korespondent gazety prosił o asystenta. Czy to prawda, że Hollingworth mówi po polsku? Radzi sobie, ukończyła studia slawistyczne w Londynie. Ponoć mieszkała w Polsce? Potwierdziła. Od roku młoda Brytyjka pracowała dla funduszu lorda majora Londynu na rzecz uchodźców z Czech. W 1937 r., gdy Niemcy zajęli Sudety, do Polski uciekły tysiące ludzi. Czescy Żydzi, ale też antyfaszyści, katolicy, socjaliści, komuniści. Listy z ich nazwiskami wysyłała pocztą dyplomatyczną. To m.in. jej tysiące ludzi zawdzięczały życie. Na krótko przed wybuchem wojny zdała obowiązki i poleciała do Londynu. Zawsze chciała być dziennikarzem. W ciągu kilku godzin zarezerwowała bilet lotniczy do Polski. A nawet zdążyła zamówić u Harrodsa i odebrać walizkę o nietypowych rozmiarach, bo jej maszyna do pisania nie mieściła się w standardowych.
Lot Londyn - Warszawa był z międzylądowaniem w Berlinie. Każdy zakątek lotniska Tempelhof był zastawiony myśliwcami. Hollingworth i lecący z nią drugi brytyjski dziennikarz zostali oddzieleni od pasażerów i zamknięci w zagrodzie z drucianej siatki. Powiedziano im, że Hitler ma zaraz w Tannenbergu wygłosić przemówienie, które będzie wypowiedzeniem wojny. Jako dziennikarze zagraniczni zostaną przetrzymani przynajmniej do zakończenia transmisji radiowej. Po kilku godzinach przez megafon ogłoszono, że przemówienie się opóźni. Wsiedli do samolotu. To był ostatni rejs brytyjskiego samolotu liniowego nad Niemcami przed sześcioletnią przerwą. Na Okęciu wylądowali wieczorem. Ulice rozświetlone, śladu napięcia. Siedziała w Europejskim przy drinku z korespondentem 'Telegrapha' na Polskę. - Jedno z nas - powiedział - musi jechać na niemiecką granicę. - To mogę być ja - zgłosiła się. Wyruszyła nocnym pociągiem. Na stacjach widziała policjantów rozlepiających ogłoszenia o mobilizacji polskiego wojska.
Teczki palone w kominku
Hitler zaatakował Polskę! W konsulacie brytyjskim rozpalono wszystkie kominki. Thwaites palił szyfry dyplomatyczne, Clare rzucała w ogień teczkę po teczce uchodźców. Do wybuchu wojny w Polsce pozostało ich jeszcze około tysiąca, Żydzi, którzy, licząc na wizę amerykańską, nie przyjęli na czas brytyjskiej, teraz miotali się, próbując uciec dokądkolwiek. Bez przerwy dzwonił telefon. Policja, wojsko uspokajały dyplomatów, że armia hitlerowska zwolniła tempo i że Katowice są bezpieczne. W pewnej chwili zza okna słychać było, jak ktoś ogłasza, że informacje o ataku to brednia, i nakazuje dzieciom wracać do szkoły, a dorosłym do pracy. - Może przez pomyłkę rozpętałam II wojnę światową? - pomyślała Clare. Ale odgłos strzałów nie milkł. Kiedy strzelanina ucichła, Clare pojechała w kierunku granicy. Jej pierwszy reportaż wojenny. Oglądała polskie wojsko idące na front. Na przedmieściach Katowic i w okolicznych wsiach ludzie stali przed domami i spoglądali w niebo. Nikt nie miał zamiaru uciekać. Przedwojenny ład trwał jeszcze chwilę. Clare obserwowała ewakuację szkół z Chorzowa. Kolorowo ubrane dzieci wsiadały do podstawionych autobusów jak na wycieczkę. Ale po południu już było wiadomo, że ruszyła niemiecka ofensywa.
Dyplomacja w szopie
Do samochodu konsula, który ewakuował się w pośpiechu, spakowała neseser i maszynę do pisania. Do bagażnika trafiła też skrzynka szampana, która nie zmieściła się u konsula francuskiego. Uciekali z Katowic do Krakowa, z Krakowa do Sandomierza, potem do Lublina i dalej na wschód, do Dubna i Lucka. - Nad nami niemieckie bombowce obserwowały teatr wojenny i autokary zamienione na karetki, które wywoziły rannych. Na własne oczy widziała zablokowane drogi, załamujący się transport, narastający chaos. W polskim sztabie Hollingworth przekonywano, że to planowy odwrót. - Panienka musi zrozumieć, że należy teraz trochę ustąpić pola, by wzmocnić nasze linie. Rzeczywista linia obrony musi rozciągnąć się między Wisłą i Sanem - tłumaczył oficer. Nie przekonał jej. - Dlaczego polska armia nie posłuchała rad ekspertów brytyjskich i francuskich? - irytowała się. Po co niemądrze rozwinęła tak duże siły wzdłuż granicy? Jak jej powiedział kilka tygodni później pewien polski generał, niemieckie kolumny pancerne wchodziły w polskie linie jak nóż w masło.
3 września radio ogłosiło, że Francja i Wielka Brytania przystąpiły do wojny. W hotelu portier pocałował Clare w rękę. Pomyślała, że jej Londyn zostanie zbombardowany, przyjaciele zginą, a i tak to się na nic nie przyda. W Krzemieńcu flaga brytyjska zawisła nad jednym z hoteli zamienionych w prowizoryczny konsulat. W miasteczku nie było gdzie wcisnąć szpilki. Członkowie władz sanacyjnych i dyplomaci kłócili się o kąt do spania. Z Brytyjczyków własny pokój miał tylko ambasador. Wieczorem polskie władze zaprosiły korpus dyplomatyczny na kolację. W szopie przy rozstawionych na kozłach stołach siedzieli Europejczycy, Latynosi, Chińczycy. Każdy miał talerz, a na nim jajko i trochę ryżu. Nuncjusz apostolski, dziekan korpusu, zaprosił ambasadorów na boisko szkolne. I tam zaproponował, by każdy wysłał telegram do własnego rządu o zbombardowaniu miasta mimo obecności dyplomatów. Głosowanie przerwały niemieckie bombowce. Dyplomaci we frakach i w szapoklakach powskakiwali do okopów.
Hollingworth pilnie śledziła sytuację. Od Amerykanów dowiedziała się, że Rosjanie zaprosili 14 września ich ambasadora Francisa Biddle'a do siebie. Poczęstowali go kawiorem i poprosili o przysługę. Czy może spytać pułkownika Becka, czy nie zechciałby zaprosić do Polski Armii Czerwonej dla zapewnienia ładu? Tajny aneks o podziale Polski do paktu Ribbentrop-Mołotow zaczął działać. - Czemu nie spyta go pan sam, ambasadorze? Przecież mieszka pan w jego sąsiedztwie - odpowiedział mu Biddle porażony cynizmem Rosjan. Po południu tego dnia radziecki ambasador odezwał się jeszcze raz. Tak, widział się z pułkownikiem Beckiem, ale ten powiedział, że nie ma mowy, by Polska wpuściła radziecką armię. Następnego dnia rano radzieckie poselstwo wyjechało. Zaraz potem nadleciały niemieckie bombowce, potwierdzając podejrzenia, że wywiad rosyjski podawał namierzone cele Niemcom. Niemcy i ZSRR miały podzielić Polskę, a Zachód odwracał wzrok. Korespondencje Hollingworth o bombardowaniu cywili nie ukazały się. Niemal wszystkie relacje o niemieckich zbrodniach są blokowane - dowiedziała się od dyplomatów brytyjskich. - To była milcząca zgoda na cierpienia naszych sojuszników i zaniechanie odwetu, byle Londyn ocalił skórę. Przyszło jej do głowy, że rząd brytyjski umówił się po cichu w tej sprawie z Berlinem. Dobrze zgadywała. 12 września na tajnej naradzie w Abbeville francusko-brytyjska Najwyższa Rada Wojenna postanowiła nie podejmować ofensywy lądowej na froncie zachodnim i działań powietrznych nad Niemcami.
Ostatnim miejscem postoju polskich władz były Kuty przy granicy rumuńskiej. Życie toczyło się tam normalnie, sklepy były otwarte i dobrze zaopatrzone. Właśnie tam 16 września pułkownik Beck zaprosił brytyjskiego ambasadora Howarda Kennarda - do MSZ chwilowo zajmującego miejscową chłopską zagrodę. - Drogi ambasadorze, muszę pana powiadomić, że siły radzieckie przeszły naszą granicę i posuwają się w głąb kraju. Radzę wyjechać bez zwłoki - powiedział Beck. O tej rozmowie i innych kluczowych momentach polskiego września Hollingworth wiedziała z pierwszej ręki. Stała się wówczas zaufanym rozmówcą największych dyplomatów, polityków i wojskowych. Tak było też przez następne 30 lat jej kariery zawodowej. W Zaleszczykach była świadkiem ucieczki polskich władz do Rumunii. Po 60 latach jej reportaż czyta się nadal ze ściśniętym gardłem. Najpierw z oddali zauważyła światła wielu samochodów. 'Z jednego z nich wyskoczył elegancki młody człowiek, który chwilę rozmawiał z rumuńską strażą graniczną. Pobiegł z powrotem i pierwszy samochód ruszył. Na jego progach stali dwaj mężczyźni z gołymi głowami i w prochowcach. Samochód zatrzymał się, dokumenty i pistolety maszynowe zostały wręczone strażnikom. Jeden z nich zajrzał do wnętrza samochodu i zasalutował. Na tylnym siedzeniu dostrzegłam ciemną postać z plamą białych włosów. Tak oto prezydent Mościcki udawał się do Rumunii na wygnanie. W następnym samochodzie był pułkownik Beck z żoną i córką. Samochód za samochodem, ciężarówka za ciężarówką, wypakowane bagażami przejeżdżały przez most i zjeżdżały ze wzgórza śladami prezydenta'. W 1940 r. Clare Hollingworth wydała książkę reporterską 'Trzytygodniowa wojna w Polsce'.
Źródło: Wysokie Obcasy
1
2
następne »
Przeczytaj 17 komentarzy na Forum
-
Re: Wojna, moja miłość
oldbruno
24.02.10, 09:21
Nie pochwalam całości ich działań, ale nie widzę powodu dla którego mieli dać się zamordować Niemcom, czy Sowietom.»
-
Re: Wojna, moja miłość
idiothater
27.02.10, 18:49
co ty pierd...?»
-
Wojna, moja miłość
eniko401
28.02.10, 18:59
Co to znaczy "Do końca życia Clare nie lubiła gotowania"; przecież ona jeszczeżyje.eniko»
W numerze z 31 lipca
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień






więcej zdjęć



