http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Lęki w czasach popkultury

Krzysztof Kwiatkowski
2009-09-15, ostatnia aktualizacja 2009-09-16 16:45

"Bękarty wojny" - ekipa na planie
"Bękarty wojny" - ekipa na planie

Dzisiaj 'Bękarty wojny' są zbiorową terapią. Dają krwawą satysfakcję. Dlatego gdy kręciliśmy finałową scenę, powiedziałem Quentinowi: 'Stary, to nie jest tak, że mogę po prostu zastrzelić Hitlera. Strzelałbym mu w twarz wielokrotnie, aby upewnić się, że nie żyje, a później wysadziłbym go na wszelki wypadek w powietrze - rozmowa z Elim Rothem, aktorem i reżyserem horrorów

<b>Eli Roth</b>
- amerykański reżyser i aktor. Urodził się w 1972 roku w Newton jako syn malarki i profesora psychoanalizy z Harvardu. W swojej karierze pozostaje wierny horrorom, często inspirowanym niskobudżetowymi produkcjami o zombi. Zrealizował 'Śmiertelną gorączką', 'Hostel', 'Hostel II'. Współpracował z Quentinem Tarantino przy 'Death Proof'. W 'Bękartach wojny', które weszły na ekrany 11 września, zagrał Żyda mszczącego się na nazistach - Danny'ego Donnovitza
Fot. East News
Eli Roth - amerykański reżyser i aktor. Urodził się w 1972 roku w Newton jako syn malarki i profesora psychoanalizy z Harvardu. W swojej karierze pozostaje wierny horrorom, często inspirowanym niskobudżetowymi produkcjami o zombi. Zrealizował 'Śmiertelną gorączką', 'Hostel', 'Hostel II'. Współpracował z Quentinem Tarantino przy 'Death Proof'. W 'Bękartach wojny', które weszły na ekrany 11 września, zagrał Żyda mszczącego się na nazistach - Danny'ego Donnovitza
Eli Roth,
Eli Roth, "Bękarty wojny"
Eli Roth, "Bękarty wojny"
Wyreżyserował pan 'Śmiertelną gorączkę', 'Hostel', 'Hostel II'. Nigdy pan nie spoważnieje?

Jestem bardzo poważny.

Ale kino traktuje pan jak wielką zabawę. Kręci pan i gra w horrorach inspirowanych konwencją gore, filmami klasy B, trzeciorzędnymi produkcjami.

Nie wierzę w takie podziały i nie rozumiem, czemu moje ulubione dzieła nazywa pan produkcjami trzeciorzędnymi. Dla mnie filmy mogą być tylko dobre i złe. I nie ma nic zdrożnego w tym, że seria obrazów o Godzilli trafia do mojej wyobraźni.

Mam wrażenie, że to jest wyobraźnia człowieka XXI wieku, który kocha grę cytatami i estetykę kiczu. A gdzie podziała się tęsknota za sztuką jako medium dyskusji?

Horror też ma taką funkcję, nie jest samotną wyspą odciętą od świata. Przez niemal dwie dekady ten gatunek wydawał się martwy. Teraz wrócił do łask dzięki atmosferze, która pozostała w Stanach po rządach Busha. Za jego prezydentury w mediach wciąż używano takich wyrazów jak 'zagrożenie' czy 'ryzyko', a Amerykanie zaczęli bać się wszystkiego - latania, obcych kultur, zamachów terrorystycznych. W czasach pełnych strachu ludzie potrzebują odskoczni od rzeczywistości. Chcą wyżyć się i odreagować w kinie - drżeć na widok zombi, wiedząc, że nic złego ich nie spotka. Wychodzić z seansu z wiarą, że mogą pokonać najstraszliwsze zło. Tak samo było w latach 70. W dobie wojny wietnamskiej powstało takie dzieło jak 'Teksańska masakra piłą mechaniczną'.

Czyli krwawe 'Hostele' są według pana rodzajem społecznego komentarza?

Tak, opowiadam w nich o amerykańskich wadach narodowych - imperializmie, chorobliwej żądzy wrażeń, arogancji. A że posługuję się językiem popkultury? Na niej się wychowałem, jej obrazami śnię, jej bohaterów hołubię, w jej bogów wierzę. To, co dla pana może być tandetną opowiastką o złowrogich kreaturach, odbija moje lęki. To jest mój sposób widzenia świata.



To właśnie on połączył pana z Quentinem Tarantino?

Absolutnie. Quentin zaprasza ludzi do uniwersum kina, jest chodzącą wizytówką tej sztuki. Słodki, wesoły, radosny, sympatyczny, bystry, kulturalny - nie reprezentuje Hollywood, lecz sam dla siebie stworzył osobną planetę. Po raz pierwszy spotkałem go, kiedy przyszedł na pokaz mojej debiutanckiej "Śmiertelnej gorączki". Pracowali dla nas ci sami specjaliści od efektów specjalnych i make-upu, którzy na naszych planach przelali hektolitry sztucznej krwi i stworzyli mnóstwo ran kłutych, ciętych i postrzałowych. W czasie kręcenia 'Kill Billa' Howard Berger szepnął Quentinowi: 'Jest taki dzieciak, który zrobił chłamowaty horror w starym stylu, spodoba ci się'. A on to rzeczywiście kupił i zaprosił mnie do siebie na pokaz 'The War of Gargantuas' ('Pojedynku potworów') z 1966 r. Pomyślałem: 'To jest to'. Tarantino szybko stał się jedyną osobą, której rad słucham.

Ostatnio panowie spotkali się na planie 'Bękartów wojny'. Reżyser znany z błyskotliwości i ostrego poczucia humoru opowiedział o drugiej wojnie światowej.



To była dla mnie bardzo trudna, osobista rola. Jestem Żydem z Bostonu. Moje korzenie sięgają Austrii, Ukrainy, Polski. Wielu moich przodków padło ofiarą Holocaustu, wychowywałem się w szacunku dla tradycji i historii. Ale chociaż czytałem mnóstwo świadectw i naprawdę dużo wiem o Zagładzie, kręcenie 'Bękartów wojny' było dla mnie nowym doświadczeniem - wstrząsającym i bolesnym. Nagle cofnąłem się w czasie, miałem wrażenie przeniesienia się do 1945 r.

Ale Holocaust już nie jest popkulturowym żartem, a Tarantino pozostał wierny swojemu prześmiewczemu stylowi. Nie miał pan wrażenia, że uczestniczy w bluźnierczym projekcie?

To jakiś obrzydliwy mit, że drugą wojnę światową trzeba przedstawiać na kolanach. Aby tworzyć przejmujące dzieła, artyści muszą łamać schematy. Widziałem już setki obrazów dzielnych żołnierzy ginących na polu chwały w zwolnionym tempie. Pana zdaniem oddawanie hołdu przeszłości ma polegać na zastąpieniu żartów drętwą muzyką? Kocham choćby 'Listę Schindlera' - ten film wykształcił tysiące ludzi, którzy normalnie nie wiedzieliby wiele o historii. Ale jesteśmy już nowym pokoleniem i mamy inne wymagania wobec kina. A żaden cholerny film o drugiej wojnie nie pokazywał Niemców mówiących po niemiecku. To obraźliwe dla wielu ludzi. Ktoś chce opowiedzieć, jak zabijano moją rodzinę, i nawet nie stara się, by naziści zgubili brytyjski akcent. Osobiście mam w dupie taką powagę.

Dopiero Quentin okazał widzom prawdziwy szacunek. Olał nawet to, że w każdym kraju widzowie będą musieli czytać napisy, czego wielkie studia nie znoszą. Od teraz kolejne filmy będą wyglądały głupio, Tarantino wyznaczył nową drogę. U niego Francuzi mówią po francusku, Niemcy po niemiecku, Włosi po włosku, a Amerykanie udający Włochów - koszmarnym włoskim z amerykańskim akcentem.

No tak, ale chyba ważne jest jeszcze, co mówią.

Nie zawsze chodzi o mówienie. Niektórzy mogą po prostu stać z naładowaną bronią w ręku. Wystarczy, że wieje od nich zgrozą. Nie każdy Żyd jest niskim, zgarbionym kupcem z bokobrodami. Ja jestem całkiem nieźle zbudowany.

Zagrał pan członka żydowsko-amerykańskiego oddziału, który znęca się nad nazistami kijem bejsbolowym i w 1944 r. zabija Hitlera. Ofiara Holocaustu staje się tu niemal kreskówkowym uosobieniem zemsty.

Widzowie filmów Tarantino są inteligentnymi ludźmi. Znają historyczne fakty i wiedzą, że przywódcy Trzeciej Rzeszy nie zginęli w zamachu grupy bękartów. Ale ten film niesie głębszą prawdę. Oddaje realne marzenia i fantazje. Rzeczywisty ból i żar w oczach mojego bohatera. Dzięki temu nie jest on postacią z kreskówki. To żydowski wojownik. Wziął na siebie odpowiedzialność za wszystkich, którzy nie umieli walczyć. Zbierał na swoim kiju bejsbolowym podpisy ludzi, którzy żyjąc w Stanach, drżeli o krewnych na Starym Kontynencie. Dzisiaj 'Bękarty wojny' są zbiorową terapią. Dają krwawą satysfakcję. Dlatego gdy kręciliśmy finałową scenę, powiedziałem Quentinowi: 'Stary, to nie jest tak, że mogę po prostu zastrzelić Hitlera. Strzelałbym mu w twarz wielokrotnie, aby upewnić się, że nie żyje, a później wysadziłbym go na wszelki wypadek w powietrze'.

Nie uważa pan, że druga wojna wymaga subtelniejszych rozliczeń niż czarno-białe obrazy zemsty?

Jako amerykański Żyd dorastałem wśród opowieści, w których Niemiec zawsze oznaczał oprawcę. Ale wiem, że prawda jest bardziej złożona. Zwłaszcza dzisiaj, po wielu latach, trudno jest oceniać. Niemiecki aktor Till Schweiger opowiadał mi o tych samych fantazjach zgładzenia wierchuszki Trzeciej Rzeszy. Nagle zdałem sobie sprawę, że moi rówieśnicy z Berlina czy Monachium są tak samo skrzywdzeni jak ja. Bo ile pokoleń Niemców ma żyć z poczuciem winy? Oni też, gdyby mogli, zatłukliby Hitlera.

W scenie w kinie na ekranie wyświetlany jest stylizowany na film propagandowy 'Nation's Pride' z Danielem Brühlem w roli głównej. Pan go wyreżyserował. Jakim doświadczeniem była dla pana ta praca?

Rewelacyjnym. To było jak wyzwolenie. Dopiero przy 'Bękartach wojny' odkryłem różnice między reżyserią a aktorstwem. Gra jest dla mnie wycieńczająca. Zwłaszcza sceny śmierci w horrorach, bo to właśnie za nie ludzie płacą, idąc do kina. Kiedy przecina się oko i gałka oczna wypływa albo kiedy odcina się palec i tryska krew, aktor musi wczuć się w sytuację, choć nie wie, jak ona będzie ostatecznie wyglądać na ekranie. W przypadku roli u Tarantino doszły do tego moje prywatne rozliczenia z przeszłością. Wieczorami, gdy Quentin był zadowolony z pracy i chciał skoczyć na drinka, ja czułem się zrujnowany. Tygodniami leczyłem się z powracających w koszmarach obrazów zagłady. 'Nation's Pride' zmusiło mnie do myślenia o czymś innym. Miałem wolną rękę. Tarantino chciał tylko mieć zbliżenie na Brühla i kilka kwestii w stylu 'amerikanische Schweine'. A poza tym powiedział: "Rób, co chcesz. Rzeźbienie swastyki w drewnie, strzały, spadanie wózka ze schodów w stylu Eisensteina, trupy wypadające z wieży, możesz sobie kręcić". Odpowiedziałem: 'Daj mi dwa dni i dwie kamery, dostaniesz film wojenny'. Zamiast 30-sekundowego materiału dałem mu prawie sześć minut epickiego kina. Całość wyjdzie na DVD.

No tak, ale z jednej strony deklaruje się pan jako pokorny wobec historii Żyd, z drugiej - kręci kawałek hitlerowskiej propagandy.

Rzeczywiście, w Niemczech ludzie dziwnie na mnie patrzyli. Mówili: 'Ten Żyd zacznie Czwartą Rzeszę, zrobił zajebistą robotę'. Ale tak naprawdę chodziło o to, aby pokazać absurd nazizmu. Wiedziałem, że im silniej przerysuję ich filmową nowomowę, tym bardziej ośmieszę narodowy socjalizm. To reakcja obronna. Stałem na tym planie, krzyczałem: 'Chcę więcej swastyk i łusek po kulach', i myślałem, jakim genialnym facetem jest Quentin, że wybrał Żyda do kręcenia nazistowskiego filmu.

Tylko że ten absurd miał przeraźliwe konsekwencje. Zresztą 'Bękarty wojny' są filmem o olbrzymiej, choć dwuznacznej sile kina.

To prawda. Przygotowując się do kręcenia 'Nation's Pride', odkryłem w archiwach ponad 800 filmów zrealizowanych przez Trzecią Rzeszę. Zdałem sobie sprawę, jaką one musiały mieć siłę rażenia. Gdy człowiek jest otoczony przez pewne obrazy, zaczyna w nich żyć i w nie wierzyć. Proszę sobie wyobrazić wioskę, w której kultura audiowizualna jest w powijakach, a nagle przychodzi zalew propagandy. Ale też w 'Bękartach wojny' jest scena, w której bohaterowie rozmawiają o King Kongu. Okazuje się, że ten Bogu ducha winny goryl również stał się nośnikiem ideologii. Każda kultura tak wykorzystuje obrazy filmowe. Tarantino udowadnia, że kino jest językiem uniwersalnym, codziennym, zrozumiałym dla każdego. I może być użyte dla dobra lub zła. Bo przecież ostatecznie to płonący celuloid zniszczy przywódców Trzeciej Rzeszy.

"Bękarty wojny" to świetna rozrywka. Ale naprawdę myśli pan, że ten triumfalny finał może mieć jakieś znaczenie dla współczesnych ludzi?

Oczywiście. Ten film uczy myślenia: 'Czy dzisiaj robię wszystko w porządku? Czy staram się na tyle, żeby kiedyś w kinie nie chcieć wracać do roku 2009, aby go zmienić?'. Przecież 'Bękarty wojny' odbijają odwieczne marzenie, by cofnąć się w czasie i poświęcić dla innych, zapobiec tragedii. Myślę, że za kilka lat powstanie podobny film o zamachach 11 września. Bohater będzie leciał samolotem i zabije porywaczy, aby samolot wylądował 50 kilometrów od Nowego Jorku. I wracamy do początku naszej rozmowy. W takich czasach żyjemy, że popkultura musi leczyć nasze traumy. A to bardzo poważne zadanie.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • Lęki w czasach popkultury 2-pswiecki 26.09.09, 20:24

    Film pewnie ciekawy - tylko co to niby za geniusz Tarantino, gdy Niemcy mówią po niemiecku? "W czterech pancernych" Przymanowskiego tak jest. W ogóle ciekawy ten trend kinematografii, gdy »

  • Re: Lęki w czasach popkultury gondra 27.09.09, 16:50

    Tarantino się udało, zajął się tematem poważnym, pokazał go w popkulturowymsosie i nie przekroczył granic dobrego smaku.A Eli Rot, na podstawie jego dorobku reżyserskiego - wydaje się, że »

  • Re: Lęki w czasach popkultury tadekbor 27.09.09, 17:35

    nie chce panu psuc satysfakcji z filmu, a wiec skrotowo powiem - Tarantino,poprzez swoje postaci/aktorow, smieje sie z cierpienia nazistow, alejednoczesnie - w powaznych momentach - pokazuje»

W numerze z 28 sierpnia