http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Mężczyzna w różnych konfiguracjach

Karolina Gogol
03.02.2012 , aktualizacja: 25.01.2012 21:38
A A A Drukuj
Pianino Fot. sxc.hu Pianino
Byłem małym blondynkiem, który mówi w trzech językach i już całkiem dobrze zapieprza na pianinku. Rozmowa z pianistą Marcinem Maseckim
Marcin Masecki - pianista związany ze stołeczną sceną improwizowaną i alternatywną skupioną wokół wytwórni Lado ABC.Współpracował m.in. z zespołami Pink Freud, Muzykoterapia, Niewinni Czarodzieje, Zbigniew Wegehaupt Quartet oraz z Tomaszem Stańką, Wojciechem Waglewskim i Wacławem Zimplem. Obecnie pracuje z zespołem ParisTetris. Prowadzi również JazzBandBigBand, dziewięcioosobowy skład grający muzykę taneczną z lat 30.
Fot. Albert Zawada
Marcin Masecki - pianista związany ze stołeczną sceną improwizowaną i alternatywną skupioną wokół wytwórni Lado ABC.Współpracował m.in. z zespołami Pink Freud, Muzykoterapia, Niewinni Czarodzieje, Zbigniew Wegehaupt Quartet oraz z Tomaszem Stańką, Wojciechem Waglewskim i Wacławem Zimplem. Obecnie pracuje z zespołem ParisTetris. Prowadzi również JazzBandBigBand, dziewięcioosobowy skład grający muzykę taneczną z lat 30.
Skończyłeś 29 lat i chociaż to jeszcze nie magiczna trzydziestka, to i tak cię poproszę, żebyś zrobił krótki rachunek sumienia - co już jest za, a co przed tobą z rzeczy, które chciałeś osiągnąć.

Udało mi się jakiś czas temu wejść na drogę niezależną i to z tego właśnie jestem najbardziej dumny. Kiedy zaczynałem uprawiać muzykę i w niej funkcjonować, robiłem to w sposób odgórnie narzucony. Po pierwsze, otrzymałem bardzo solidne wychowanie w szkole muzycznej, przez to jednak grałem w sposób szkolny. Po drugie, zacząłem grać w momencie, w którym nie wiedziałem, co tak naprawdę chcę robić, niejako siłą rozpędu. Robiłem po prostu to, co wszyscy naokoło. Kiedy pierwszy raz dołączyłem do zespołu, nie miałem pojęcia, czy to, co gramy, podoba mi się, czy nie. Po prostu przyjąłem zaproszenie. Grałem też chałtury z popowymi muzykami. Wszystko mniej lub bardziej wedle schematu. Dopiero na studiach, kiedy już byłem zawodowym muzykiem, zacząłem zadawać sobie pytania: ''po co?'' i ''dlaczego?'', i w ogóle ''co?''. I wtedy wszedłem na troszkę wyższy poziom świadomości artystycznej. Zacząłem uważniej wybierać, w co się angażuję. Mówię o tym oczywiście w dużym uproszczeniu, ale myślę, że jest to sukces nie tylko na płaszczyźnie osobistej, lecz także zawodowej. Robię to, co lubię, i jestem w stanie z tego żyć. No i wszystko jeszcze przede mną.

Miałeś niesamowite dzieciństwo. Czy wpłynęło ono w jakiś sposób na twoje poczucie wyjątkowości?

Tak. Poczucie wyjątkowości miałem od samego początku. W wieku sześciu miesięcy wyemigrowałem z rodzicami do Kolumbii i tam mieszkałem do siódmego roku życia. Byłem małym białym blondynkiem w okolicy, w której przeważali ciemnoskórzy. Zawsze grałem Jezuska w jasełkach itp. Więc przez pierwszych siedem lat spotykałem się rzeczywiście ze znacznym naddatkiem uwagi. A potem rodzice się rozwiedli i ja z mamą wylądowałem w San Francisco. Byłem więc małym blondynkiem, który mówi w trzech językach i już całkiem dobrze zapieprza na pianinku. Wunderkindem. To oczywiście na mnie wpłynęło i teraz muszę z tym walczyć.

Dlaczego?

Bo jeśli dostajesz na kredyt tak dużo uwagi i zachwytu, to potem musisz spłacić dług i naprawdę na nie zasłużyć. Mam świadomość tego, że jestem beneficjentem edukacji przeprowadzonej w najlepszy możliwy sposób. Wprawdzie nie było tak jak na filmach: zamykanie pod klucz i ćwicz osiem godzin dziennie, ale prawie (śmiech). Mój ojciec, klarnecista, odkąd skończyłem trzy lata, zaganiał mnie do różnego rodzaju ćwiczeń muzycznych. A jednak nie buntowałem się, bo wszystko było idealnie wyważone i nie odczuwałem żadnego przymusu. To była raczej zabawa, jak np. zgadywanie, jaki dźwięk wydaje przejeżdżający tramwaj, jak brzmią klaksony samochodów itd. Rozwijałem w sobie wrażliwość muzyczną, sam nie będąc tego świadomy.

Zawsze mnie zastanawiało w kontekście tych wszystkich karier, które wymagają potężnego wysiłku już od najmłodszych lat, np. pianistów, ale też baletnic itd. - bez względu na to, jak potoczyły się ich losy - że to życie wybiera ci jednak ktoś inny, rodzice, i przecież nie zawsze jest tak, że będąc nastolatkiem, możesz uczciwie powiedzieć im: dziękuję.

Nie było takiego momentu. Nigdy nie czułem, że to się odbywa przeciwko mnie. Zawsze mi to pasowało i zawsze było fajnie. Jeszcze przed liceum, gdy miałem 13, 14 lat, w newralgicznym momencie mojego dojrzewania zacząłem grać koncerty i zarabiać pieniądze, o czym mogli tylko pomarzyć moi rówieśnicy. Mogłem na przykład zaprosić całą klasę do McDonalda i czułem, że jestem częścią grupy, mimo że słucham Mozarta, a nie Metalliki. Co swoją drogą jest zastanawiające. W każdym razie nie miałem przeciwko czemu się buntować. Byłem raczej zadowolony.

W swojej twórczości, zwłaszcza ostatnio, skupiasz się na wyzyskiwaniu potencjału, jaki tkwi w błędzie, w usterce. Czy te próby biorą się stąd, że sama precyzja w jakiś sposób cię nuży?

Faktycznie, na ostatniej płycie elementami kompozycji świadomie uczyniłem błędy wykonawcze. To nie było łatwe. Muzyk, kiedy się pomyli, następny dźwięk gra głośniej, żeby to zatuszować, i ten mechanizm trzeba było bardzo subtelnie odtworzyć. Może jest to jakaś forma buntu, szukania jakości w miejscach, gdzie pozornie jej nie ma. Chociaż tak naprawdę budowanie na niedoskonałości nie jest w żaden sposób nowe. Ponad sto lat temu impresjoniści nie zamalowywali do końca płócien. Pewnie jest w tym też element indywidualny - byłem kształcony na?perfekcjonistę, uczono mnie, żebym był czysty i wypolerowany, więc jest dla mnie wyzwaniem odnaleźć coś w brudzie i w krzywym

Nie tylko na poziomie tworzenia, wykonywania muzyki, ale również jej nagrywania?

Tak, chcę na przykład nagrać ''Sztukę fugi'' Bacha za pomocą dyktafonu kasetowego. Będzie to bezprecedensowa technika w świecie muzyki klasycznej, gdzie wszystkie nagrania zawsze starają się brzmieć jak koncert na żywo. W tym wypadku szum taśmy i naturalna kompresja dyktafonu stwarzają taką matową szybę, zza której fortepian staje się zupełnie innym instrumentem. Nie delektujemy się już wypolerowanym salonowcem, piękną barwą ''króla instrumentów'', tylko słuchamy jakby szerszym kadrem - takim, w którym łatwiej skupić się na strukturze całego utworu. A w ''Sztuce fugi'' właśnie o strukturę chodzi. Więc dzięki dyktafonowi apelujemy, paradoksalnie, bardziej do głowy niż do zmysłów.

''Sztukę fugi'' zagrałeś na festiwalu Nostalgia w grudniu. W rękopisie nie jest sprecyzowane, na jaki instrument utwór ten został napisany. Na czym zagrałeś?

Na fortepianie mojej babci, który po niej odziedziczyłem. To jest bardzo piękny, stary instrument. W tym fortepianie jest zawarta cała historia. Dziadkowie oddzielnie wyemigrowali do Buenos Aires, tam się poznali, wrócili do Warszawy tuż po wojnie, w 1946 roku, gdy nie było tu dosłownie nic. I pierwsze, co dziadek zrobił, to za dwie tony ryżu przywiezione z Argentyny kupił babci pianistce fortepian Steinway najwyższej klasy oraz mieszkanie. Więc to jest instrument mający swoją historię miłosną, niemalże filmową. Mój ojciec uczył się na nim grać, ja też się na nim uczyłem.

Gdy się słucha twoich płyt, również tej ostatniej, można odnieść wrażenie, że masz rozdwojenie jaźni. Wprowadzasz słuchacza w świat swojej muzyki i pozwalasz mu się poczuć bezpiecznie, pozwalasz, by rozsiadł się w twoim warsztacie jak w wygodnym fotelu, po czym nagle pojawia się taki mały Che i wszystko to sukcesywnie zaczyna rozwalać młoteczkiem od spodu.

No nie wiem, czy rozdwojenie jaźni. To twoje wrażenie. Ale rzeczywiście od zawsze interesuje mnie łamanie jakiegoś porządku i czasami może to sprawiać wrażenie rollercoastera. Nie chciałbym za dużo mówić teraz o swojej muzyce. Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy w ogóle takie intymne mówienie w wywiadach ma sens. Boję się za bardzo to wszystko objaśniać. Nie chcę się stać zaawansowanym ''tłumaczycielem'', orędownikiem własnej sprawy.

No to porozmawiajmy o prywatnych planach.

Na razie mieszkamy pół na pół w Warszawie i Buenos Aires, skąd pochodzi moja żona Candelaria. Na zimy emigrujemy i mamy tym samym dwa sezony letnie w jednym roku kalendarzowym. Candi jednak coraz bardziej się rozkręca w Polsce i pobyty w Argentynie stają się coraz krótsze. Tutaj gramy razem w zespole ParisTetris, Candi nagrywa też własną płytę z polskimi muzykami i generalnie można powiedzieć, że stała się już oficjalnym członkiem warszawskiej sceny muzycznej.

Regularnie jednak fantazjujemy o zmianie miejsca zamieszkania. Większość naszych znajomych po studiach [prestiżowy Berklee College of Music w Bostonie] wyjechało do Los Angeles albo do Nowego Jorku, to był naturalny wybór, a my z Candi wróciliśmy do Polski...

Masz poczucie straconej szansy? Myślisz: ''Co by było, gdyby...''?

Może nie aż straconej szansy, ale zastanawiamy się z Candi, czy jednak nie spróbować Nowego Jorku. To jest bardzo żyzne miasto. W naszej branży jest tam niesamowita kondensacja zdarzeń, strasznie dużo się dzieje.

Nie jest trochę tak, że musiałbyś tam zaczynać wszystko od początku?

Nie do końca, znam tam bardzo wiele osób, nie musiałbym startować od zera. Poza tym zaczynanie od zera nie jest wcale takie złe... No nie wiem, rozważamy w każdym razie taką opcję.

O Warszawie mówi się teraz, że fantastyczne jest w niej to, że jest to miejsce w fazie stawania się, że mnóstwo rzeczy jest tutaj jeszcze do zrobienia. Dlatego tak fajnie w tym uczestniczyć albo chociaż się temu z boku przyglądać.

Dokładnie tak. Dla mnie przełomowym momentem było poznanie Grzegorza Lewandowskiego, który prowadzi klubokawiarnię Chłodna 25. Dzięki niemu trafiłem na całą bandę muzyków współtworzących wytwórnię muzyczną Lado ABC. To było w 2006 roku. Lado to specyficzne środowisko. Bardzo zróżnicowane. Nie ma podziałów stylistycznych, granic, każdy robi to, co chce. Muzyk sam decyduje, jak ma brzmieć i wyglądać jego płyta. Nie ma producentów i wszelkiej maści wymogów odgórnych. Jest pełna niezależność. I też na poziomie artystycznym jest to bardzo inspirująca grupa przyjaciół. W różnych konfiguracjach tworzymy wcale niekrótką listę zespołów: ParisTetris, Mitch & Mitch, Profesjonalizm, WOR, Szaza, LXMP, Levity, Cukunft itd.

Przyznam jednak, że czasami pojawia się we mnie pragnienie, żeby dostać kopa w łeb ze strony zupełnie niespodziewanej. Wspaniale jest uczestniczyć w tym wspólnym rozwoju, takim rodzinnym budowaniu czegoś, ale czasem brakuje jakiegoś zewnętrznego bodźca. Nie wiem, czy to jest do znalezienia, czy sam muszę w sobie to odszukać.

Dopuszczasz możliwość współpracy z dyletantem? Z kimś, za kim nie stoi kompletnie żadne muzyczne doświadczenie?

Tak. W ramach całej tej fascynacji błędem, pomyłką i wszystkim, co brudne, uwielbiam słuchać, jak na pianinie grają ludzie, którzy nie potrafią grać. Moim marzeniem jest zebrać znajomych, którzy nie są pianistami, i wydać płytę, na której każdy zagrałby jakiś utwór. Mam kolegów, którzy nie znają się w ogóle na muzyce, ale nie boją się tym bawić. Podchodzą do klawiatury i traktują ją jak jakiś zbiór przycisków, wybierają takie kombinacje, jakich nie wybrałby żaden pianista. I robią to z oddaniem. To jest temat do zbadania.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się