'Szczęście ty moje' to wstrząsający obraz Rosji. Pokazuje pan kraj wypalony, wyjałowiony, wycieńczony przez historię. Nie należę do twórców, którzy z naręczem sygnetów i złotych
zegarków jeżdżą po festiwalach i opowiadają o rozdętej rosyjskiej duszy. Nie robię filmów o wielkim, imperialnym kraju. Interesują mnie wyłącznie ludzie, których spotykam. To ich historie składają się na moją opowieść o życiu na terenach między Petersburgiem a Wołgą. A przy okazji o XX i XXI wieku, o zapomnianych przez świat czasach i przestrzeni.
Czy to jest również opowieść o panu? Oczywiście, to mój sprzeciw, moja prywatna walka z zezwierzęceniem człowieka. Ze wszystkim, co mnie drażni, odrzuca, niepokoi.
Czemu nie zrealizował pan kolejnego dokumentu, tylko tym razem zamknął rosyjskie losy w fabule? Nieetyczne byłoby pokazanie autentycznego człowieka po to, aby ostrzec przed jego nienawiścią i brzydotą. Zdaję sobie sprawę, że 'Szczęście ty moje' jest filmem drastycznym. Ale Rosjanie czują w nim prawdę. Znają podobne historie, brutalne sceny morderstw ich nie dziwią. I to mnie najbardziej przeraża w moim kraju.
Ale przecież istnieje inna twarz Rosji - choćby wielka, bogata Moskwa. Nie realizowałem filmu na zlecenie informacji turystycznej. Bogaci ludzie mnie nie interesują, bo rzadko niosą w sobie tajemnice i nie borykają się z rzeczywistością. Nie ma w nich niczego, co artyści musieliby ratować przed wyginięciem. Wolę poszukiwać resztek zdewastowanej rosyjskiej tradycji. Dwieście lat temu to wieś wyznaczała rytm życia i kulturę Rosji. Dopiero lata komunizmu to zniszczyły. Odebrały ludziom poczucie naturalności otaczającego ich świata, pozbawiły wszystkiego, w co wierzyli. Zamieniły kraj w cmentarzysko religii i wartości. A siła inercji tego procesu trwa do dzisiaj. Nawet jeśli owiniemy Rosję w kolorową wstążkę, wnętrze pozostanie takie samo.
Mentalność ludzi nie nadąża za zmieniającą się rzeczywistością? To fałszywy podział. Mentalność tworzy rzeczywistość. Nowa architektura ani pełne półki nie obudzą w ludziach niczego nowego.
Artyści z postkomunistycznych krajów, jak von Donnersmarck, Rosa, Hřebejk czy Porumboiu, starają się w swoich filmach rozliczyć z przeszłością, aby można było pójść dalej. Pan pokazuje Rosję tak, jakby nic się w niej nie zmieniło. Nie lubię tworzyć iluzji. Udawanie, że z dystansu oceniamy zamknięty rozdział historii, jest bzdurą. Prawdziwa zmiana wymaga dziesiątek lat i wielkiego wysiłku. Nie wierzę, że euforia dwóch dekad pozornej wolności utrzyma się długo. W końcu przestaniemy tworzyć nowe instytucje i dostrzeżemy granice, które tkwią w nas. Nie jest łatwo zapomnieć o historii, która nas kształtowała.
Czuje się pan przez nią naznaczony? Oczywiście. Stworzył mnie Związek Radziecki. Część mojej rodziny to Kozacy, część pochodziła z zachodniej Ukrainy i Lwowa. Mieszkałem na terenie Białorusi, w Kijowie, w Moskwie. Nigdy nie miałem problemów z komunikacją z ludźmi. Słowianie rozumieją się szybko, podobnie myślą o świecie. Ale na ulicach czuło się podziały i nieustanne napięcie. Wychodziły one w drobnych gestach. Nieśliśmy w sobie strach przed sobą nawzajem.
Zapamiętał pan dzieciństwo jako czas lęku? Nie brakowało dobrych chwil. Moi rodzice byli inżynierami, konstruowali samoloty w Kijowie. Starali się stworzyć spokojny dom. Ale szybko zrozumiałem, że w tym świecie nie dało się normalnie żyć. Miałem sześć lat. Syn jednego z wychowawców w przedszkolu zgubił zabawkę. Dyrektor ustawił wszystkie dzieci w rzędzie, kazał rozebrać się do bielizny i stać, dopóki ktoś nie przyzna się do kradzieży. Opiekunowie grozili, że wezwą policjantów z psami. Do dziś pamiętam strach, że to właśnie do mnie podejdzie pies, a ja nie będę umiał udowodnić swojej niewinności. Okazało się, że chłopak zostawił zabawkę w domu. Nikt nam nie powiedział 'przepraszam'. Na znak protestu z sześcioma kolegami uciekliśmy na wagary.
W dorosłym życiu miał pan podobne odruchy buntu? Przez całą młodość towarzyszyła mi świadomość, że nie można tak żyć. Czułem dyskomfort, drzazgę, która tkwiła w nas wszystkich. Najbardziej bolało mnie to, że nikt się ze mną nie liczył. Stale czekałem na moment, aż ktoś zacznie mnie traktować jak osobę, partnera do rozmowy. Ale po tamtym wydarzeniu w przedszkolu już nigdy nie sprzeciwiałem się głośno systemowi. Rodzice mówili, że nie trzeba wykrzykiwać rzeczy, o których wszyscy wiedzą. I żyliśmy w tej schizofrenii. Myśląc swoje, ale kompletnie nie wierząc w jakąkolwiek zmianę.
Krzysztof Zanussi mówi, że fizyka stała się dla niego alternatywą dla przesiąkniętego przez politykę świata. Pańskie studia matematyczne też były próbą ucieczki? Nie. Po prostu nie chciałem znaleźć się jako żołnierz w Afganistanie. Większość moich kolegów ze szkoły średniej tak skończyła. Dla mnie - syna dwojga inżynierów -
matematyka była łatwą drogą. Nie myślałem wtedy poważnie o sobie ani o swojej przyszłości. Ale nie żałuję.
Uniwersytet różnił się od poprzednich szkół. Panowała tam intelektualna atmosfera, otaczali mnie indywidualiści pełni szacunku dla innych. Matematyka bardzo mi pomogła. Nauczyła poruszania się po abstrakcyjnych przestrzeniach i wiary w żelazną logikę. W kinie Zanussiego zresztą też czuć wyjątkową precyzję. Nauki ścisłe służą sztuce.