Pani podobno najlepiej czuje się w drodze?

Dużo podróżuję. Uczę w Nowym Jorku, kręcę filmy na dalekim zachodzie, wciąż jeżdżę tam i z powrotem. Zawsze samochodem, do niedawna z psem, teraz sama. To moje ucieczki od wszystkiego: od miasta, od e-maila, wiadomości pikających w komputerze i komórce, metoda na znalezienie spokoju, między miejscami, gdzie nie ma się zobowiązań. Ale również sposób poznawania Ameryki innej niż na ulicach Nowego Jorku.

Jej krajobraz pokazuje pani od pierwszego filmu "River of Grass" o niespełnionej życiowo matce spod Miami. Jak ten pejzaż się zmienił przez ostatnie 20 lat?

Wszystko staje się mniej swojskie, regionalne i bliskie. W młodości uwielbiałam słuchać lokalnych stacji radiowych. Teraz jedna rozgłośnia należąca do wielkiej korporacji prowadzi człowieka przez całe Stany. Kiedyś zatrzymywałam się w knajpkach z miejscowym jedzeniem albo spałam w motelach prowadzonych od lat przez jedno małżeństwo. Dzisiaj wszędzie powstają te same korporacyjne, sieciowe kawiarnie i hotele. Ludziom się podoba ten oswojony świat, w którym wszystko wygląda podobnie. No i od dekad nie widziałam dzikich koni. Pewnie gdzieś są. Ale już nie przy drogach jak kiedyś.
Pozostało 89% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.