Kilka miesięcy temu straciłam główne źródło utrzymania. Po dziewięciu latach
pracy. Po prostu rzuciła mnie ta
praca - wstrętna, niewdzięczna, do tego widać po niej jej wiek, od dawna nikt jej nie lubi, i tak chciałam odejść, no i ja jej jeszcze pokażę!
Znacie te emocje, bo zwolnienie i zerwanie to kumple z tego samego klubu emocjonalnego.
Najpierw starasz się o pracę, strojąc się jak na pierwszą randkę, starannie dobierając akcesoria do cech charakteru opisanych w CV. Kokietujesz pewnością siebie i doświadczeniem, przekonujesz do siebie wiedzą, humorem i gotowością na wszystko. Subtelnie wspominasz o innych kandydatach na twojego stałego partnera w zatrudnieniu. Twoje wysiłki opłacają się. Perspektywiczny pracodawca zaczyna się prężyć, ty się rumienisz i wahasz, jemu rośnie temperatura i już cię kusi laptopem,
samochodem, premiami na koniec roku. Ty jednak czujesz, że to może mezalians, w końcu twoi
rodzice byli humanistami, a jego firma-matka robi w windach w dalekim kraju. No, ale ostatecznie podsuwa ci ofertę nie do odrzucenia - zakłada złotą obrączkę pensji ze świadczeniami, i wprowadzasz się do niego na 40+ godzin miesięcznie.
Potem jest różnie, jak to w życiu. Oswajacie się ze sobą stopniowo, wchodzisz w jego świat i poznajesz jego ludzi. Dajesz z siebie sto procent, by urosnąć w jego oczach, a on czasem docenia, ale często nie. Jak większość kobiet swoje sukcesy przypisujesz całemu zespołowi, nigdy swoim wysiłkom i pomysłom. Tak już jesteśmy wychowane. Podczas wykładu dla światowej platformy pomysłów godnych rozpowszechniania (TED - Ideas worth spreading) wiceszefowa Facebooka Sheryl Sandberg tłumaczy, że jest to jedna z przyczyn, przez które jest tak mało kobiet wśród liderów biznesowych i politycznych. Z czasem więc twój wieloletni już partner w zatrudnieniu zaczyna oglądać się za młodszymi specjalistkami. Twój bizapil powszednieje, twoje oddanie i zasługi stają się oczywiste, wręcz niewidzialne. Tymczasem ty czujesz się u niego tak zadomowiona, że trochę się zapuszczasz, nie dopieszczasz szefa występami z seksownymi tabelkami wzrostu, tak jak robiłaś to dawniej. W końcu odkąd zaczęłaś u niego pracować, dorobiłaś się
dzieci i nie jesteś już gotowa na wszystko. Do tej sytuacji wtrąca się zarząd domagający się większych zysków i pada na ciebie, by wraz z twoim opuszczeniem firmy obniżyć jej koszty. Pani już dziękujemy.
Zmierzam z tym porównaniem do tego, że pozbieranie się po utracie pracy wymaga przejścia przez dokładnie taki sam proces żałoby i odbudowy jak po rozstaniu z facetem. Sama byłam tym zaskoczona, ale właściwie to jest logiczne. W naszym nowoczesnym systemie gospodarczo-politycznym praca powiązana z kredytem jest perpetuum mobile napędzającym ogólny rozwój ekonomiczno-społeczny kraju. Utrata pracy natychmiast marginalizuje, podobnie jak bycie singlem w morzu poślubionych par. Jesteś trybikiem, który się nie kręci, więc zaczynasz w panice poszukiwać powrotu do systemu - czy to w postaci nowego chłopaka, czy nowego miejsca pracy. Wyciągasz tę wyjściową kieckę sprzed dziewięciu lat, robisz włosy na inny kolor i biegasz po klubach bądź konkurencyjnych wydawnictwach, szukając czegokolwiek. Zaciąganie do łóżka przypadkowych kolesi jest bez sensu - dawno to wiesz. Rzucanie się na pierwszą lepszą pracę po utracie poprzedniej jest dokładnie tak samo złe. Trzeba przeczekać te emocje i się ogarnąć. Eksperci zalecają, by po związku pobyć trochę samemu i odkryć, czego się tak naprawdę chce.
Czas i doświadczenie, w tym zawodowe, zmieniają nas. Ta dziewczyna opisana w CV dziewięć lat temu już ma inne cele i zdolności. Dawne akcesoria i stara kiecka już nie pasują. Desperacja w spojrzeniu działa na pracodawców i potencjalnych partnerów z powabem kompostu spożywczego. Zalecam wyciszenie paniki winem, przyjaciółmi i papieroskiem, dopóki gorycz nie wyleje się do końca. Choć to trudne, kiedy kredyt wyje nocami pod drzwiami, często można odkryć, że da się żyć za mniej, korzystając z pomocy bliskich i własnej inwencji. Zyskujemy wtedy dla siebie bardzo rzadki skarb - czas bez pracy. Nazywam to ''nieograniczoną dyspozycyjnością''.
Wypoczęta, niepospieszana osoba nagle znów zaczyna czuć ciekawość, przypominać sobie o tym, że lubiła kiedyś biegać, wyszywać kwiatki na serwetkach lub że od dawna odkłada renowację domu na wsi. I nagle z tego odprężenia i powrotu do życia człowieka dyspozycyjnego wykluwa się klarowny pomysł na następny etap życia, który pasuje do tego, kim teraz jesteśmy. Być może to będzie chudsze życie, wyłącznie z pensji męża, a być może - całkiem nowa branża bądź własny interes. Nieważne, co to będzie - liczy się to, że odpuszczając sobie facetów i szefów, zmienimy się z ofiar wstrętnego byłego w twórców swojego nowego życia. To zmiana końca w początek, który - jak każda forma młodości - działa na potencjalnych partnerów jak ''Wejście Smoka'' na miłośników Bruce'a Lee.