http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Nowosielski się prostuje

Małgorzata Czyńska
2009-10-15, ostatnia aktualizacja 2009-10-08 19:03

W salonie: prace Agnieszki Kieliszczyk, stolik z lat 60. pomalowany przez artystów z grupy Twożywo; porcelanowy kubek ze znakiem Czerwonego Krzyża to tzw. czeski żart, czyli dzieło grupy Qubus
W salonie: prace Agnieszki Kieliszczyk, stolik z lat 60. pomalowany przez artystów z grupy Twożywo; porcelanowy kubek ze znakiem Czerwonego Krzyża to tzw. czeski żart, czyli dzieło grupy Qubus
Fot. Michał Mutor

Za tydzień czy miesiąc to mieszkanie będzie zupełnie inne. Coś zostanie przewieszone, przestawione, coś schowane do szafy. Na przekór modzie na wnętrza 'pod linijkę'

Miks przedmiotów z różnych epok, m.in. krzesło z lat 30. zaprojektowane ponoć dla króla duńskiego, praca Jerzego Nowosielskiego, porcelanowa figurka hokeisty z Ćmielowa i czerwony emaliowany dzbanek z 1907 r. z Olkusza
Fot. Michał Mutor
Miks przedmiotów z różnych epok, m.in. krzesło z lat 30. zaprojektowane ponoć dla króla duńskiego, praca Jerzego Nowosielskiego, porcelanowa figurka hokeisty z Ćmielowa i czerwony emaliowany dzbanek z 1907 r. z Olkusza
Łukasz i Józia na tle zbiorów - obrazu Agnieszki Kieliszczyk i fotografii Jana Tarasina.
Fot. Michał Mutor
Łukasz i Józia na tle zbiorów - obrazu Agnieszki Kieliszczyk i fotografii Jana Tarasina.
ZOBACZ TAKŻE
Józia jest znajdą przygarniętą kilka miesięcy temu przez przyjaciół Łukasza - potem trafiła do niego. Rasowa mieszanka pół amstaffa, pół nie wiadomo czego. Łagodna, ale z charakterem. Dobrze znana wśród bywalców Magazynu Praga - galerii ze wzornictwem założonej przez jej pana. - Jak zostaje w domu, to ludzie pytają, gdzie Józia. Jedna klientka powiedziała mi kiedyś, że jak w sklepie jest pies, to przyjemniej robi się zakupy - opowiada Łukasz.



W Magazynie Praga Łukasz sprzedaje to, co jemu samemu się podoba: projekty młodych polskich projektantów, najnowszy światowy design i przedmioty vintage. Jak już się wyżyje na kilkuset metrach kwadratowych, przearanżuje całą ekspozycję, to i tak starcza mu sił na swoje mieszkanie: przewiesza, przestawia, coś chowa do szafy, odwraca do ściany. Na przekór modzie na wnętrza urządzone 'pod linijkę'. Przyznaje, że długo żył bez świadomości, że coś takiego jak współczesny design w ogóle istnieje i ma wartość. - Wartość to miały dla mnie antyki - dodaje. Co innego mógł myśleć historyk sztuki z dyplomem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kilkanaście lat temu w Krakowie termin 'design' nie funkcjonował. Mówiło się trochę o rzemiośle artystycznym, o renesansowej solniczce Celliniego i secesyjnym szkle.



Po studiach Łukasz przez osiem lat pracował w galerii Andrzeja Starmacha, zajmował się sztuką nowoczesną, organizował wystawy i w końcu sam zaczął kolekcjonować współczesnych artystów. 'Pejzaż pompejański' Jerzy Nowosielski namalował dla niego w prezencie. Tekturę zwiniętą w rulon przyniósł w jednorazowej siatce. Potem trzeba było obraz prostować - leżał na podłodze przyciśnięty albumami. 'Nowosielski się prostuje' - odpowiadał Łukasz znajomym na pytanie, co leży na środku pokoju. Akurat teraz obraz stoi odwrócony do ściany. Za to wiszą cerkwie Nowosielskiego, które Łukasz dostał od artysty w roku 1998, przed swoim wyjazdem do Nowego Jorku. Inny prezent od malarza, nie dość, że jest zawsze pod ręką, to w dodatku mieści się w dłoni. - Jak Nowosielski wyjeżdżał w góry, zawsze zbierał otoczaki - opowiada Łukasz - i potem na tych kamieniach malował ikony. W domu miał wielki kosz wypełniony nimi. Nigdy ich nie sprzedawał, tylko rozdawał znajomym.



Na Manhattanie, niedaleko domu, gdzie mieszkałem, była galeria z meblami z lat 50., 60., 70. - wspomina Łukasz swoją amerykańską iluminację. - Kiedy przechodziłem obok i przez witrynę widziałem te piękne meble, czułem, że to jest moja estetyka. Kiedyś tam wszedłem, spojrzałem na metki z cenami i doznałem szoku. Nie miałem pojęcia, że vintage jest modny, że stara lampa może kosztować 800 dol., a fotel czy sofa nawet parę tysięcy. Nie pomyślałem, że te rzeczy są za drogie, ale że gdybym miał pieniądze, tobym je kupował. Potem poznałem ludzi, którzy mieli wydawnictwo architektoniczne. Zajmowali dom sprzed 1910 roku w zabytkowej części Chelsea. Na parterze była pracownia, na dwóch piętrach mieszkanie. Odwiedzając ich, zacząłem odkrywać, jak współczesny design i przedmioty vintage mogą tworzyć piękne wnętrze. W muzeum MoMa w dziale designu zobaczyłem, że starocia, które widziałem u znajomych, na których siedziałem, przy których jadłem obiad, stały na ekspozycji jako ikony wzornictwa XX wieku. Właściciele domu mieli kolekcję sztuki i designu wartą duże pieniądze, ale podłoga w ich domu była stara, a łazienkę wyłożyli zwykłymi białymi kafelkami jak z Opoczna. Po co ładować pieniądze w krany czy wanny, których przy przeprowadzce ze sobą nie zabierzemy? Z Nowego Jorku wrócił już jako pasjonat designu. Przywiózł ze sobą porcelanową głowę świni. Leżała na wyprzedaży garażowej na Brooklynie, kosztowała 2 dol. i prosiła się o lot do Polski.



Mieszkanie Łukasza jest w bloku z lat 60., ale w starej, eleganckiej dzielnicy Warszawy - na Powiślu. 39 metrów i dużo światła. Kiedy Łukasz trafił tu dwa lata temu, od razu poczuł dobre fluidy. Po nowojorskiej lekcji urządzania wnętrz zachwycił go stary parkiet ułożony w klasyczną jodełkę. - Ważne jest wyjście od klimatu miejsca. Lubię mieszaninę stylów, czasów, przedmiotów. Nie mebluję według konkretnego planu. Dla mnie urządzanie mieszkania oznacza powolne narastanie rzeczy - tłumaczy. Niby twierdzi, że do przedmiotów podchodzi bez sentymentów i że jak coś się zniszczy czy potłucze, to wyrzuci bez żalu, ale o rzeczach potrafi mówić jak o bliskich ludziach. Kiedyś ze znajomym znaleźli w internecie dwa fotele z lat 60. Obaj chcieli je kupić. W końcu każdy kupił po jednym. Zawsze z podróży przywozi gadżety - do domu, do galerii. Czerwone składane krzesła pochodzą z Monachium, fotel z siedziskiem z krowiej skóry - ze Szwecji. Podobno ten model zaprojektowano w latach 30. dla duńskiego króla na wyprawę do Afryki. Miał takie trzy - dwa kupiła para Francuzów z Saskiej Kępy, jeden Łukasz zachował dla siebie.



Przedmioty wędrują też z Pragi na Powiśle. Zegar Kłoda autorstwa GoGo Design najpierw był w galerii. - Na szczęście nikt go nie kupił - mówi zadowolony właściciel. Zegar nie chodzi, bo skończyły się baterie. Na sześciu cyferblatach wskazówki stanęły na różnych godzinach. Łukasz ciągle zapomina kupić baterie, a zresztą długa kłoda drewna wygląda jak rzeźba, idealnie wpasowała się na ścianę nad komodą. Porcelanowej wiewiórce czeskich projektantów z Qubusa obtłukł się ogon i już się nie nadawała do sprzedaży. Dołączyła do domowej menażerii. Najnowszy nabytek to niebieski pies, ignorowany przez Józię. - Ostatnio zamówiłem do Magazynu niebieski taboret z duńskiej firmy Muuto. Wygląda jak topornie wyciosany z drewna i już myślę, że jeżeli nikt go nie kupi, to zabieram go do domu, a jak ktoś jednak kupi, to sprowadzę sobie drugi.



Źródło: Wysokie Obcasy
Brak komentarzy

W numerze z 31 lipca