Ogłaszam koniec prasy kobiecej
10.08.2010
, aktualizacja: 27.08.2010 15:13
Mia Freedman - australijska dziennikarka, felietonistka, blogerka. Na swojej stronie www.mamamia.com.au pisze szczerze o sobie, komentuje aktualne wydarzenia polityczne i społeczne, porusza problemy, które dotyczą kobiet. Walczy z nierealistycznym wizerunkiem kobiet rozpowszechnianym przez media
Co roku rząd przeprowadza sondę na temat najbardziej palących problemów i co roku na pierwszym miejscu jest 'stosunek do własnego ciała'. Młodzi ludzie czują presję bycia idealnym, atrakcyjnym. Winą za to obarcza się media - rozmowa z australijską dziennikarką Mią Freedman
ZOBACZ TAKŻE
- Modelki: biedne i za młode (26-09-11, 11:14)
- Pani Gangrena (02-08-11, 01:00)
- Media? Trendy proszę (19-04-11, 11:33)
- Jak chciałam być tresowana (24-03-11, 01:00)
- Top modelina (06-12-10, 02:00)
- Bieda w krainie kangurów (24-09-10, 16:47)
- Mam dopiero 30 lat (14-09-10, 01:00)
- W poszukiwaniu australijskiego bigosu (03-09-10, 12:26)
GALERIA ZDJĘĆ
- Klapki na zimę - Moda uliczna w Sydney (06-09-10, 18:10)
- Oceanarium (03-09-10, 13:10)
- Sport na ulicach Sydney (02-09-10, 13:10)
- Australia (02-09-10, 13:10)
- Reporterka na tropie (02-09-10, 13:10)
- Być mamą w Sydney (02-09-10, 13:10)
Co mówią ludzie za granicą na temat Australijek?
Najczęściej nic, bo niewiele wiedzą na nasz temat. Jesteśmy tajemnicą dla reszty świata. Już więcej wiedzą o australijskich mężczyznach - że to typowi macho, bardzo seksowni, ale też seksistowscy.
I to prawda?
Skłamałabym, mówiąc, że ten problem w ogóle nie istnieje. Nie wiem, na ile to dotyczy australijskich mężczyzn, a na ile jest to zjawisko powszechne. Ale seksizm ujawnia się tutaj szczególnie w środowiskach, w których mężczyźni do tej pory stanowili większość, a teraz kobiety zaczynają mieć swój duży udział, np. w polityce. Mamy coraz więcej kobiet w rządzie. Gubernator Australii, od niedawna też premier, premier stanu Nowej Południowej Walii, burmistrz Sydney - to wszystko są kobiety. I wobec nich stosuje się inne standardy niż wobec mężczyzn. Te, które osiągają wysokie pozycje, od razu muszą przejść publiczną metamorfozę, żeby atrakcyjnie się prezentować. Spece od PR zmieniają im fryzury, odchudzają, wymieniają garderobę - mężczyźni nie podlegają tym prawom. Kobiety rozlicza się też z ich ról społecznych - czy aby na pewno są wystarczająco kobiece?
Przykład?
Obecna premier Julia Gillard była wielokrotnie atakowana przez opozycję za to, że żyje w wolnym związku, nie ma dzieci, nie gotuje i mówi to, co myśli. Nazwano ją nawet kiedyś 'jałową', w sensie 'bezpłodną'. Nikt by się tak nie zachował w stosunku do mężczyzny. Polityk, który te słowa wygłosił, szybko ją przeprosił. Te słowa jednak padły. Niby więc jesteśmy tolerancyjnym społeczeństwem, otwartym na mniejszości seksualne, na seks w ogóle, ale takie kwiatki się trafiają.
Czy widzisz jakieś różnice między Australijkami a Europejkami czy Amerykankami?
Zdecydowanie. Te różnice były najbardziej odczuwalne podczas mojej pracy w 'Cosmo'. Będąc pismem na licencji, mieliśmy dostęp do całej zawartości amerykańskiego wydania, ale prawie w ogóle nie mogliśmy z niego skorzystać, bo było zbyt konserwatywne, staroświeckie i często - w naszym pojęciu - antykobiece. Australijska wersja zawsze była wyjątkowa na tle innych wydań na świecie i odzwierciedlała naszą narodową specyfikę.
Na czym polegała ta wyjątkowość?
Byłyśmy najbardziej wyzwolone seksualnie, najbardziej postępowe. Często spotykałam się z zarzutem, który padał z ust pozostałych naczelnych, że jesteśmy zbyt bezczelne. Kilkakrotnie dostawałam od moich amerykańskich szefów upomnienie, np. wtedy, gdy na okładkę daliśmy zdjęcie Kelly Osbourne albo opublikowaliśmy zabawny tekst o penisie Brada Pitta.
W naszej edycji nie było artykułów pt. 'Jak sprawić jemu przyjemność', 'Jak go podniecić', 'Jak złapać faceta'. Owszem, Australijki chciały to wiedzieć, ale były też zainteresowane tym, jak sobie sprawić przyjemność, jak stać się niezależną, jak się sobie podobać. Charakteryzował nas duży dystans do większości tematów i poczucie humoru. Amerykanie są bardzo bezpośredni i dosłowni, a my, używając kolokwialnego wyrażenia, lubimy robić sobie jaja z innych i z samych siebie. Dlatego m.in. kochamy tych celebrytów, którzy przyznają się do swoich słabości, są ludzcy - robią zakupy w dresie i zaliczają publiczne wpadki. Nic tak nas nie drażni jak fałsz.
Czyli raczej Russell Crowe niż Nicole Kidman?
Nicole Kidman to świetny obiekt do żartów. Kobiety jej tutaj nie lubią, bo uparcie zaprzecza, żeby kiedykolwiek robiła sobie coś z twarzą. A wystarczy na nią spojrzeć. Ale czy cenimy Russella Crowe'a? Nie wiem. Na pewno troszczymy się o Kylie Minogue - mamy dla niej dużo ciepłych uczuć w związku z tym wszystkim, co przeszła. Cate Blanchett to ikona. Szczególnie w Sydney. Razem z mężem prowadzą najlepszy teatr w mieście, jeśli nie w całej Australii - The Sydney Theatre Company. To kobieta z krwi i kości, gwiazda i nie gwiazda jednocześnie. Jest zwyczajna, nie udaje nikogo. Takich celebrytów lubimy najbardziej.
Wspomniałaś o niezależności Australijek. Wczoraj rozmawiałam z 30-latką, która powiedziała mi, że na zakładanie rodziny to stanowczo za wcześnie. To było dla mnie dosyć zaskakujące. Małżeństwo, dzieci - to są wartości tutaj? Czy przede wszystkim niezależność?
Małżeństwo niespecjalnie ma jakąś wartość, szczególnie dla kobiet niezależnych finansowo. Jest wiele par, które żyją na kocią łapę. I wiele dzieci, które rodzą się w nieformalnych związkach. Na pewno nie jest to społecznie piętnowane. Australijki bardzo cenią sobie swoją niezależność, to fakt, ale jest też druga strona tego medalu, która ostatnio zaczęła urastać do rangi gigantycznego problemu. Kobiety coraz później decydują się na dzieci. Wiele z nich jest już po czterdziestce. Wydaje im się, że jak są w dobrej formie, dbają o siebie, chodzą na siłownię i wyglądają młodo, to czas nie ma wpływu na ich płodność. A wiadomo, że tak nie jest. Więc kiedy okazuje się, że zajście w ciążę po 35. roku życia nie jest takie proste, są w szoku. Takich kobiet jest w tej chwili bardzo dużo. Muszą korzystać z inwazyjnych terapii hormonalnych, in vitro, z banków spermy. Albo po prostu pogodzić się z tym, że na dzieci jest już za późno, choć wydawało im się, że mają mnóstwo czasu. Ja sama mam dużo koleżanek w takiej sytuacji i nawet jeśli mogą zajść w ciążę, to nie mają z kim.
Czy wiesz, że Australia zajęła drugie miejsce (po Norwegii) na liście krajów wytypowanych przez organizację Save the Children, w których najlepiej chowa się dzieci?
Naprawdę? To zaskakujące! Bardzo jestem ciekawa, jakie kryteria brali pod uwagę. Może klimat, bo chyba nie kwestię urlopu macierzyńskiego?
To też.
Nie wierzę! Ustawa dotycząca płatnego urlopu macierzyńskiego została uchwalona dopiero dzisiaj! [wywiad przeprowadziłam 18 czerwca - A.J.] Teraz rodzic, który zdecyduje się na opiekę nad dzieckiem, ma dostać 18 tygodni urlopu płatnego na poziomie minimalnej pensji. Ale do tej pory nie dostawał nic.
Jak to?
Najczęściej nic, bo niewiele wiedzą na nasz temat. Jesteśmy tajemnicą dla reszty świata. Już więcej wiedzą o australijskich mężczyznach - że to typowi macho, bardzo seksowni, ale też seksistowscy.
I to prawda?
Skłamałabym, mówiąc, że ten problem w ogóle nie istnieje. Nie wiem, na ile to dotyczy australijskich mężczyzn, a na ile jest to zjawisko powszechne. Ale seksizm ujawnia się tutaj szczególnie w środowiskach, w których mężczyźni do tej pory stanowili większość, a teraz kobiety zaczynają mieć swój duży udział, np. w polityce. Mamy coraz więcej kobiet w rządzie. Gubernator Australii, od niedawna też premier, premier stanu Nowej Południowej Walii, burmistrz Sydney - to wszystko są kobiety. I wobec nich stosuje się inne standardy niż wobec mężczyzn. Te, które osiągają wysokie pozycje, od razu muszą przejść publiczną metamorfozę, żeby atrakcyjnie się prezentować. Spece od PR zmieniają im fryzury, odchudzają, wymieniają garderobę - mężczyźni nie podlegają tym prawom. Kobiety rozlicza się też z ich ról społecznych - czy aby na pewno są wystarczająco kobiece?
Przykład?
Obecna premier Julia Gillard była wielokrotnie atakowana przez opozycję za to, że żyje w wolnym związku, nie ma dzieci, nie gotuje i mówi to, co myśli. Nazwano ją nawet kiedyś 'jałową', w sensie 'bezpłodną'. Nikt by się tak nie zachował w stosunku do mężczyzny. Polityk, który te słowa wygłosił, szybko ją przeprosił. Te słowa jednak padły. Niby więc jesteśmy tolerancyjnym społeczeństwem, otwartym na mniejszości seksualne, na seks w ogóle, ale takie kwiatki się trafiają.
Czy widzisz jakieś różnice między Australijkami a Europejkami czy Amerykankami?
Zdecydowanie. Te różnice były najbardziej odczuwalne podczas mojej pracy w 'Cosmo'. Będąc pismem na licencji, mieliśmy dostęp do całej zawartości amerykańskiego wydania, ale prawie w ogóle nie mogliśmy z niego skorzystać, bo było zbyt konserwatywne, staroświeckie i często - w naszym pojęciu - antykobiece. Australijska wersja zawsze była wyjątkowa na tle innych wydań na świecie i odzwierciedlała naszą narodową specyfikę.
Na czym polegała ta wyjątkowość?
Byłyśmy najbardziej wyzwolone seksualnie, najbardziej postępowe. Często spotykałam się z zarzutem, który padał z ust pozostałych naczelnych, że jesteśmy zbyt bezczelne. Kilkakrotnie dostawałam od moich amerykańskich szefów upomnienie, np. wtedy, gdy na okładkę daliśmy zdjęcie Kelly Osbourne albo opublikowaliśmy zabawny tekst o penisie Brada Pitta.
W naszej edycji nie było artykułów pt. 'Jak sprawić jemu przyjemność', 'Jak go podniecić', 'Jak złapać faceta'. Owszem, Australijki chciały to wiedzieć, ale były też zainteresowane tym, jak sobie sprawić przyjemność, jak stać się niezależną, jak się sobie podobać. Charakteryzował nas duży dystans do większości tematów i poczucie humoru. Amerykanie są bardzo bezpośredni i dosłowni, a my, używając kolokwialnego wyrażenia, lubimy robić sobie jaja z innych i z samych siebie. Dlatego m.in. kochamy tych celebrytów, którzy przyznają się do swoich słabości, są ludzcy - robią zakupy w dresie i zaliczają publiczne wpadki. Nic tak nas nie drażni jak fałsz.
Czyli raczej Russell Crowe niż Nicole Kidman?
Nicole Kidman to świetny obiekt do żartów. Kobiety jej tutaj nie lubią, bo uparcie zaprzecza, żeby kiedykolwiek robiła sobie coś z twarzą. A wystarczy na nią spojrzeć. Ale czy cenimy Russella Crowe'a? Nie wiem. Na pewno troszczymy się o Kylie Minogue - mamy dla niej dużo ciepłych uczuć w związku z tym wszystkim, co przeszła. Cate Blanchett to ikona. Szczególnie w Sydney. Razem z mężem prowadzą najlepszy teatr w mieście, jeśli nie w całej Australii - The Sydney Theatre Company. To kobieta z krwi i kości, gwiazda i nie gwiazda jednocześnie. Jest zwyczajna, nie udaje nikogo. Takich celebrytów lubimy najbardziej.
Wspomniałaś o niezależności Australijek. Wczoraj rozmawiałam z 30-latką, która powiedziała mi, że na zakładanie rodziny to stanowczo za wcześnie. To było dla mnie dosyć zaskakujące. Małżeństwo, dzieci - to są wartości tutaj? Czy przede wszystkim niezależność?
Małżeństwo niespecjalnie ma jakąś wartość, szczególnie dla kobiet niezależnych finansowo. Jest wiele par, które żyją na kocią łapę. I wiele dzieci, które rodzą się w nieformalnych związkach. Na pewno nie jest to społecznie piętnowane. Australijki bardzo cenią sobie swoją niezależność, to fakt, ale jest też druga strona tego medalu, która ostatnio zaczęła urastać do rangi gigantycznego problemu. Kobiety coraz później decydują się na dzieci. Wiele z nich jest już po czterdziestce. Wydaje im się, że jak są w dobrej formie, dbają o siebie, chodzą na siłownię i wyglądają młodo, to czas nie ma wpływu na ich płodność. A wiadomo, że tak nie jest. Więc kiedy okazuje się, że zajście w ciążę po 35. roku życia nie jest takie proste, są w szoku. Takich kobiet jest w tej chwili bardzo dużo. Muszą korzystać z inwazyjnych terapii hormonalnych, in vitro, z banków spermy. Albo po prostu pogodzić się z tym, że na dzieci jest już za późno, choć wydawało im się, że mają mnóstwo czasu. Ja sama mam dużo koleżanek w takiej sytuacji i nawet jeśli mogą zajść w ciążę, to nie mają z kim.
Czy wiesz, że Australia zajęła drugie miejsce (po Norwegii) na liście krajów wytypowanych przez organizację Save the Children, w których najlepiej chowa się dzieci?
Naprawdę? To zaskakujące! Bardzo jestem ciekawa, jakie kryteria brali pod uwagę. Może klimat, bo chyba nie kwestię urlopu macierzyńskiego?
To też.
Nie wierzę! Ustawa dotycząca płatnego urlopu macierzyńskiego została uchwalona dopiero dzisiaj! [wywiad przeprowadziłam 18 czerwca - A.J.] Teraz rodzic, który zdecyduje się na opiekę nad dzieckiem, ma dostać 18 tygodni urlopu płatnego na poziomie minimalnej pensji. Ale do tej pory nie dostawał nic.
Jak to?




