W poszukiwaniu australijskiego bigosu
03.09.2010
, aktualizacja: 07.09.2010 12:17
Co wam mówi hasło "typowa kuchnia australijska"? Mnie dotąd nie kojarzyło się z niczym. Mogłam jedynie snuć domysły na temat różnych wersji "steka z kangura" i tyle. Jak się miało okazać, był to dowód na bardzo ubogą wyobraźnię.
Przed wyjazdem do Australii przeczytałam w przewodniku National Geographic, że "jeszcze czterdzieści lat temu termin "kuchnia australijska" pod względem ukrytej w niej sprzeczności konkurował z wyrażeniem "święta wojna". Ówczesna australijska strawa to wegańskie kanapki, pełne chrząstek mięso w cieście oraz byle jaki, zapychający żołądek obiad złożony z kawałków baraniny, trzech wodnistych jarzyn i pucharu lodów na deser. Pizze traktowano jako potrawę etniczną". Po przyjeździe do Sydney, szybko stało się jasne, że tamte czasy dawno minęły, a jedzenie i gotowanie to australijski sport narodowy. No może w drugiej kolejności, po krykiecie.
Tutaj żyje się po to, żeby jeść. A jeść można codziennie, co innego. Bo każdy z imigrantów przywiózł tutaj swoją wizję kuchni: swój sposób gotowania, przyrządzania, łączenia składników i podawania potraw. Na ulicach dominują knajpki azjatyckie (tajskie, japońskie, koreańskie), jest trochę włoskich, greckich, sporo libańskich i mnóstwo kawiarni, które poza przepyszną kawą serwują zdrowe, coraz częściej organiczne śniadania (typowe menu to: musli z jogurtem i owocami, ekologiczne jajka sadzone i grzanki z chleba z pełnego przemiału z serem kozim). W sklepach króluje lokalna żywność: świeże warzywa i owoce (w tym zioła i owoce prosto z buszu), kozie i owcze sery, mięso (też z kangura i z emu), no i oczywiście Australijskie wina, zaliczane do najlepszych na świecie.
Australijską kuchnię wyróżnia niezwykła odwaga w eksperymentowaniu. Tutaj, w niekonwencjonalny sposób miesza się egzotyczne wpływy, style gotowania, półprodukty, przyprawy, a efekt jest często zaskakujący (np. japońska pizza, która wygląda jak maki zrobione z ciasta z sosem pomidorowym i warzywami albo pierożki nadziewane owocami morza).
Ta współczesna, oryginalna interpretacja, która charakteryzuje kuchnię australijską ma swoją dźwięczną nazwę: "ModOz". Skrót, który pochodzi od "Modern Australian Cuisine" (Nowoczesna kuchnia australijska). Flagowa restauracja serwująca ModOz w Sydney nazywa się The Rockpool i znajduje się w zabytkowej części miasta The Rocks. (Na stronie www.therockpool.com.au możecie podejrzeć, co szef kuchni poleca).
To kraj, który może się pochwalić nie jednym "Jamie Olivierem". Rekordy popularności w telewizji australijskiej bije program MasterChef- czyli taka kulinarna wersja Tańca z Gwiazdami, w którym amatorzy stają w szranki nad patelnią, rywalizując o 100 tysięcy dolarów i własną książkę kucharską, a ocenia ich jury, złożone z kucharzy-celebrytów. Dla zwycięzcy to prawdziwa trampolina do sławy. Twarz 38-letniej Julie Goodwin, zwyciężczyni pierwszej edycji, podczas naszego pobytu w Sydney, była wszędzie-na przystankach autobusowych, wagonach metra, billboardach w mieście. Goodwin ma swój program TV, kolejną książkę na koncie i kontrakty reklamowe z producentami żywności. (tutaj możecie obejrzeć jak przyrządza kurczaka w sosie musztardowo-miodowym http://www.youtube.com/watch?v=iUyZJ6115yI)
Półki w kioskach uginają się pod czasopismami o gotowaniu: Delicious, Your Kitchen, Good Taste. Najstarsze pismo dla kobiet "The Australian Weekly" poświęca ok.60 stron tematom kulinarnym. I chociaż można by tutaj spokojnie przeżyć nie posiadając nawet kuchenki w domu, to prędzej czy później, nawet ci najbardziej oporni zakasują rękawy, żeby wyczarować jakąś swoją, oryginalną wersję choćby makaronu z krewetkami w sosie wasabi.
Tylko jak w tym tyglu smaków znaleźć potrawę narodową? Stek z kangura owszem pojawia się w menu, ale nie jest to zwykle danie, które serwuje się gościom z zagranicy. Prędzej owoce morza i ryby, zwłaszcza w Sydney, które słynie z wyjątkowych ostryg.
Wszyscy, których pytam o typowe danie narodowe, rozkładają ręce.
- Zupa tajska?- podrzuca ze śmiechem pan kioskarz. - A może "prosciuto z emu?" sugeruje kelner we (włoskiej) restauracji.
Ale takich oryginalnych potraw jest tutaj całe mnóstwo i o żadnej nie można powiedzieć z całą pewnością, że jest potrawą narodową.
No więc, jeśli nie "bigos" to może chociaż "ptasie mleczko"...
-A co kupuje się znajomym za granicą na prezent?- podpytuję znajomych.
- Ciasteczka ANZAC!- odpowiadają bez wahania.
Sprawdzam w sklepie z suwenirami. Rzeczywiście, są. Duże blaszane pudełka, obok maskotek-kangurów, bumerangów i kapeluszy. Na wieczku archwialna fotografia australijskich żołnierzy z czasów wojny koreańskiej (ANZAC to skrót od Australian and New Zealand Corps (Korpus wojskowy Australii i Nowej Zelandii), a w środku...zwykłe owsiane ciasteczka. Jedna z historii na temat ich powstania (bo są różne wersje) mówi, że pierwsze ciasteczka ANZAC piekły żony żołnierzy wysłanych na front do Europy, w czasie pierwszej wojny światowej. Przepis był prosty, a ciastka miały mieć długi okres ważności i przetrwać podróż za Ocean.
Możecie zrobić je też sami:
Składniki: szklanka mąki, szklanka płatków owsianych, szklanka wiórków kokosowych, szklanka brązowego cukru, pół kostki masła, dwie łyżki syropu klonowego albo miodu, 1 łyżeczka sody, 2 łyżki gorącej wody.
Połącz mąkę, płatki, wiórki i cukier w miseczce. W garnku, na małym ogniu roztop masło i syrop klonowy. Połącz wszystkie składniki. Rozpuść sodę w wodzie i dodaj do reszty. Wymieszaj. Nabieraj łyżeczką masę wielkości orzecha włoskiego i nakładaj na natłuszczony papier do pieczenia. Piecz w piekarniku przez 20 minut, w temperaturze 180 stopni. Ostudź. Przełóż do szczelnie zamkniętego pudełka.
Więcej przepisów na australijskie łakocie na stronie www.taste.com.au
Tutaj żyje się po to, żeby jeść. A jeść można codziennie, co innego. Bo każdy z imigrantów przywiózł tutaj swoją wizję kuchni: swój sposób gotowania, przyrządzania, łączenia składników i podawania potraw. Na ulicach dominują knajpki azjatyckie (tajskie, japońskie, koreańskie), jest trochę włoskich, greckich, sporo libańskich i mnóstwo kawiarni, które poza przepyszną kawą serwują zdrowe, coraz częściej organiczne śniadania (typowe menu to: musli z jogurtem i owocami, ekologiczne jajka sadzone i grzanki z chleba z pełnego przemiału z serem kozim). W sklepach króluje lokalna żywność: świeże warzywa i owoce (w tym zioła i owoce prosto z buszu), kozie i owcze sery, mięso (też z kangura i z emu), no i oczywiście Australijskie wina, zaliczane do najlepszych na świecie.
Australijską kuchnię wyróżnia niezwykła odwaga w eksperymentowaniu. Tutaj, w niekonwencjonalny sposób miesza się egzotyczne wpływy, style gotowania, półprodukty, przyprawy, a efekt jest często zaskakujący (np. japońska pizza, która wygląda jak maki zrobione z ciasta z sosem pomidorowym i warzywami albo pierożki nadziewane owocami morza).
Ta współczesna, oryginalna interpretacja, która charakteryzuje kuchnię australijską ma swoją dźwięczną nazwę: "ModOz". Skrót, który pochodzi od "Modern Australian Cuisine" (Nowoczesna kuchnia australijska). Flagowa restauracja serwująca ModOz w Sydney nazywa się The Rockpool i znajduje się w zabytkowej części miasta The Rocks. (Na stronie www.therockpool.com.au możecie podejrzeć, co szef kuchni poleca).
To kraj, który może się pochwalić nie jednym "Jamie Olivierem". Rekordy popularności w telewizji australijskiej bije program MasterChef- czyli taka kulinarna wersja Tańca z Gwiazdami, w którym amatorzy stają w szranki nad patelnią, rywalizując o 100 tysięcy dolarów i własną książkę kucharską, a ocenia ich jury, złożone z kucharzy-celebrytów. Dla zwycięzcy to prawdziwa trampolina do sławy. Twarz 38-letniej Julie Goodwin, zwyciężczyni pierwszej edycji, podczas naszego pobytu w Sydney, była wszędzie-na przystankach autobusowych, wagonach metra, billboardach w mieście. Goodwin ma swój program TV, kolejną książkę na koncie i kontrakty reklamowe z producentami żywności. (tutaj możecie obejrzeć jak przyrządza kurczaka w sosie musztardowo-miodowym http://www.youtube.com/watch?v=iUyZJ6115yI)
Półki w kioskach uginają się pod czasopismami o gotowaniu: Delicious, Your Kitchen, Good Taste. Najstarsze pismo dla kobiet "The Australian Weekly" poświęca ok.60 stron tematom kulinarnym. I chociaż można by tutaj spokojnie przeżyć nie posiadając nawet kuchenki w domu, to prędzej czy później, nawet ci najbardziej oporni zakasują rękawy, żeby wyczarować jakąś swoją, oryginalną wersję choćby makaronu z krewetkami w sosie wasabi.
Tylko jak w tym tyglu smaków znaleźć potrawę narodową? Stek z kangura owszem pojawia się w menu, ale nie jest to zwykle danie, które serwuje się gościom z zagranicy. Prędzej owoce morza i ryby, zwłaszcza w Sydney, które słynie z wyjątkowych ostryg.
Wszyscy, których pytam o typowe danie narodowe, rozkładają ręce.
- Zupa tajska?- podrzuca ze śmiechem pan kioskarz. - A może "prosciuto z emu?" sugeruje kelner we (włoskiej) restauracji.
Ale takich oryginalnych potraw jest tutaj całe mnóstwo i o żadnej nie można powiedzieć z całą pewnością, że jest potrawą narodową.
No więc, jeśli nie "bigos" to może chociaż "ptasie mleczko"...
-A co kupuje się znajomym za granicą na prezent?- podpytuję znajomych.
- Ciasteczka ANZAC!- odpowiadają bez wahania.
Sprawdzam w sklepie z suwenirami. Rzeczywiście, są. Duże blaszane pudełka, obok maskotek-kangurów, bumerangów i kapeluszy. Na wieczku archwialna fotografia australijskich żołnierzy z czasów wojny koreańskiej (ANZAC to skrót od Australian and New Zealand Corps (Korpus wojskowy Australii i Nowej Zelandii), a w środku...zwykłe owsiane ciasteczka. Jedna z historii na temat ich powstania (bo są różne wersje) mówi, że pierwsze ciasteczka ANZAC piekły żony żołnierzy wysłanych na front do Europy, w czasie pierwszej wojny światowej. Przepis był prosty, a ciastka miały mieć długi okres ważności i przetrwać podróż za Ocean.
Możecie zrobić je też sami:
Składniki: szklanka mąki, szklanka płatków owsianych, szklanka wiórków kokosowych, szklanka brązowego cukru, pół kostki masła, dwie łyżki syropu klonowego albo miodu, 1 łyżeczka sody, 2 łyżki gorącej wody.
Połącz mąkę, płatki, wiórki i cukier w miseczce. W garnku, na małym ogniu roztop masło i syrop klonowy. Połącz wszystkie składniki. Rozpuść sodę w wodzie i dodaj do reszty. Wymieszaj. Nabieraj łyżeczką masę wielkości orzecha włoskiego i nakładaj na natłuszczony papier do pieczenia. Piecz w piekarniku przez 20 minut, w temperaturze 180 stopni. Ostudź. Przełóż do szczelnie zamkniętego pudełka.
Więcej przepisów na australijskie łakocie na stronie www.taste.com.au
-
W poszukiwaniu australijskiego bigosu
surfbabe.eu
26.09.10, 00:54
nie ma czegoś takiego jak kuchnia australijska!!! będąc tam trzeba wybierać pomiędzy kuchnią azjatycką - głównie japońską-sushi wszędzie, ale i tajską, włoską, czasami arabską...australia »







więcej zdjęć