Siedzę w poczekalni na paryskim lotnisku De Gaulle’a. Mijają mnie wesołe, mocno umalowane Hiszpanki, dostojne, ale głośne Włoszki o lśniących włosach, od razu poznaję Polki z delikatnym, ale starannym makijażem (zbyt starannym jak na francuskie standardy). No i Francuzki. Nonszalanckie, z lekko potarganymi włosami, w niedbałym stroju, na granicy abnegacji. Oczywiście bez makijażu, albo z takim, jaki wyśledzi jedynie sprawne oko. Co takiego jest we Francuzkach, że kobiety na całym świecie chcą je naśladować?

Francuskie sińce pod oczami

– Francuzki nie dbają o urodę – śmieje się Justyna, która od kilkunastu lat pracuje w Paryżu jako kosmetyczka i masażystka. Aż przysiadam z wrażenia. To o czym ja teraz napiszę?

– Sporo klientek przyznaje się, że nie używa kremu. Kochają wszystko, co naturalne, w spa robi się głównie masaże, zabiegi na twarz to rzadkość. – wylicza Justyna – Moje francuskie koleżanki to głównie masażystki. Prawie żadna się nie maluje, paznokcie też mają au naturel. Jak odprowadzam dzieci do szkoły to widzę francuskie matki, które nawet sińców pod oczami korektorem nie zasłaniają. Co innego nasze polskie dziewczyny: zawsze podmalowane, zadbane – mówi Justyna.

No dobrze: cerę trzeba nawilżać, ale makijaż? Ja też nie maluję się na co dzień prawie wcale, a lekkie sińce pod oczami mogą być interesujące. To znaczy, że nie dbam o urodę?

Mniej znaczy trudniej

Po rozmowie z Justyną przypominam sobie pierwszą rzecz, o jakiej pomyślałam biorąc się za ten tekst. Scena z filmu o Coco Chanel z Audrey Tatou: młodziutka Coco doradza znanej aktorce pozbycie się piór i ozdób z sukni. “Ale bez nich będę wyglądać biednie!“ – “To dobre na karnawał” – odpiera Coco. Chanel udało się wprowadzić w modzie maksymę, która przyświeca każdej szanującej się Francuzce również we wszystkich pozostałych sferach życia: mniej znaczy więcej. Ale paradoksalnie, żeby pozwolić sobie na to “mniej” trzeba się o wiele więcej napracować.

– Nie uważam, że Francuzki o siebie nie dbają – mówi mi Anna Mandes-Tarasov, pisarka i autorka bloga www.parismoskwa.com, która od sześciu lat mieszka w Paryżu – Robią to w inny sposób niż my i dlatego wydaje nam się, że o siebie nie dbają. Dla nas synonimem kiczu są wymalowane Rosjanki, a niestety przeciętna Francuzka nie odróżnia Polki od Rosjanki. Dla nich to, co my robimy jest “na pokaz”, sztuczne i w złym guście – tłumaczy.

Myślę o Charlotte Gainsbourg, córce Serge’a Gainsbourga i Jane Birkin, słynnej francuskiej piosenkarce i aktorce. Prawie bez makijażu, w potarganych włosach, z lekko czerwonymi ustami: wygląda tak, jakby dopiero co wstała z łóżka, w którym uprawiała z kimś seks. No właśnie.

– Charlotte Gainsbourg według naszych standardów nie jest kobieca. Zwykle nieumalowana, często w męskim ubraniu, robi wrażenie jakby o siebie nie dbała. Jednak taka nonszalancja daje jej ten niezwykły urok i seksapil – przekonuje Anna Mandes-Tarasov – W takim stanie wyglądać pięknie jest paradoksalnie trudniej. Wyobraź sobie: nic nie doklejają, nic nie domalowują, nic nie powiększają, a i tak cały świat uważa, że we Francji są najpiękniejsze kobiety na świecie. Natomiast jeśli przyjrzeć im się dokładniej, to dopiero widać jak bardzo dbają o skórę, włosy i figurę. Naturalne piękno wymaga troski i często kosmetyków z najwyższej półki – tłumaczy.

Potrójne mycie

Oczyszczanie, nawilżanie i odżywianie, czyli świętą trójcę pielęgnacji, którą dermatolożki kładą Polkom do głowy przy okazji każdego udzielanego wywiadu, Francuzki wysysają niemal z mlekiem matki. Moja francuska kuzynka Solange myje skórę olejkiem, jak wiele jej koleżanek. W połączeniu z wodą tworzy on emulsję, która świetnie czyści skórę z makijażu. To właśnie staranne oczyszczanie jest kluczem do lśniącej cery Francuzek.

– Nigdy nie kładę się spać zanim nie zmyję twarzy! – mówi mi Coraline Ball, autorka popularnego bloga www.coralineb.com (44 tysiące obserwatorów na Instagramie) – Do jej mycia używam delikatnego mydła – mówi Coraline. – Rano przemywam twarz płynem micelarnym – wylicza.

Francuzki często mieszają dwa preparaty, np. piankę do mycia z mleczkiem, aby uzyskać kosmetyk o kremowej konsystencji, który nie wysuszy skóry. Po jej umyciu – zawsze delikatnymi ruchami, nigdy przez energiczne pocieranie – przecierają jeszcze twarz płynem micelarnym albo mleczkiem aby usunąć ewentualne resztki makijażu i brudu, z którymi nie poradził sobie preparat do mycia. Płyn micelarny musi się znaleźć na półce każdej Francuzki: został wymyślony właśnie we Francji jako alternatywa dla twardej paryskiej kranówki.

Takie drugie mycie twarzy to wcale nie przesada: tylko tak możemy całkowicie odblokować pory skóry i przygotować je na dalszą pielęgnację. Francuzki na koniec rytuału przecierają jeszcze twarz tonikiem albo zraszają ją wodą termalną. Rytuału, bo mieszkanki kraju nad Sekwaną traktują codzienną pielęgnację cery jak obowiązek, ale przyjemny. Inwestują w urodę latami, zamiast sięgać po szybkie rozwiązania w momencie kiedy już pojawią się zmarszczki. Hołdują zasadzie “lepsze jest wrogiem dobrego” i jeśli już znajdą produkt, który im odpowiada to się go trzymają.

Diabeł w ampułkach

Nie wiem, jakie klientki ma Justyna, ale żadna Francuzka jaką znam nie wychodzi z domu bez kremu nawilżającego. To absolutna podstawa, ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. A konkretnie w małych szklanych ampułkach, w których do tej pory we Francji sprzedaje się większość preparatów typu serum. Nakładamy je jeszcze przed kremem nawilżającym. Zawiera odżywiające i odmładzające składniki takie jak witamina C czy retinoidy w dawkach, jakich nigdy nie znajdziemy w kremie. Serum najlepiej kupić w aptece, skupiając się na zawartości, a nie zawsze na znanej marce, choć w niektóre warto zainwestować.

Brak drogeryjnych sieciówek na każdym rogu – tego na początku brakowało mi we Francji, aż w końcu nauczyłam się, że kosmetyki kupuje się w parapharmacie, czyli połączeniu apteki z drogerią. Francuzki uwielbiają kosmetyki z apteki, pozbawione parabenów, silikonów, SLS. Zwracają uwagę na skład i mają bzika na punkcie produktów typu BIO.

Pochwała indywidualności

– Nigdy nie wychodzę z domu bez balsamu do ust – mówi Coraline. – Nie używam szminki, bo mam cienkie wargi i nie wyglądałoby to dobrze. Używam za to kolorowych balsamów i zawsze nawilżam usta wazeliną, jest najlepsza! No i kosztuje mniej niż jeden euro – przekonuje.

Coraline nie maluje ust, bo wie, że jej atutem jest co innego. Bo Francuzki nie malują się po to, żeby coś zakryć. Ideologia, która stoi za słynną francuską nonszalancją to w stu procentach zaprzeczenie amerykańskiego dążenia do ideału i wycinania żeber czy powiększania pup. Pochwała odmienności, niezgoda na “męskie” standardy  w świecie damskiej urody – to wszystko Francuzkom przychodzi z nadzwyczajną lekkością. Mieszkanki kraju nad Sekwaną uwielbiają swoje “mankamenty”.  A jeśli nawet już coś chcą zasłonić to robią to tak, żeby nikt nie zauważył. Nic sobie nie robią z tego, że coś trzeba, albo dlatego, że wszystkie tak robią. Tutaj kłania się francuska liberte, czyli wolność, która nie jest przysłowiowa, a przekonuję się o tym będąc w związku z Francuzem i w odpowiedzi na pytanie “ale dlaczego” słysząc kilkanaście razy dziennie: “bo robi to, co chce”.

Gdzie błyszczeć

Własnie dlatego, aby przypadkiem nie zatrzeć swojej indywidualności, Francuzki nie konturują twarzy tylko ją rozświetlają. Konturowanie za bardzo ingeruje w jej rysy. Było tutaj passe zanim stało się passe oficjalnie czyli w zeszłym sezonie. Francuzki stawiają na rozświetlanie, ale nie takie w wieczorowym wydaniu: chodzi raczej o lekki alabastrowy blask, możliwy do osiągnięcia tylko na zadbanej, dobrze nawilżonej skórze, z minimalną ilością makijażu. Najlepiej za pomocą rozświetlacza w kremie albo innego o jak najmniejszych drobinkach.

Francuzki rzadko używają podkładu, a jeśli już, to nakładają go jak korektor: w “newralgiczne” miejsca wokół oczu, nosa i na brodę. Potem tylko odrobina różu lub bronzera, muśnięcie rzęs maskarą – albo i nie – i można wychodzić.

Szminka zamiast papierosa

Na większe wyjścia Francuzki stawiają albo na oko albo na usta. Z reguły na to ostatnie. Pierwszym kosmetykiem jaki zauważyłam u mojej francuskiej teściowej był czerwony błyszczyk. Leżał pod lustrem w przedpokoju, jakby gotowy do użycia na ostatnią chwilę przed wyjściem. I rzeczywiście, kiedy spotykamy się na kolacji, Christine prawie zawsze ma umalowane na czerwono usta. Resztę twarzy zostawia prawie nietkniętą makijażem. Wie, że mocne oko plus mocne usta to za dużo i łatwo otrzeć się o wulgarność.

Jeanne Damas, jedna z najpopularniejszych francuskich “it girls” (milion obserwatorów na Instagramie) i założycielka odzieżowej marki Rouje na jednym ze zdjęć na swoim profilu pozuje z czerwoną szminką trzymając ją w ręku niczym papierosa. Jeanne jest kwintesencją paryskiego stylu: szczupła, z półdługimi, lekko potarganymi włosami no i oczywiście umalowanymi na czerwono ustami. Malinową szminkę nakłada palcami i rozciera ją na wargach, żeby wyglądały, jakby je ktoś przed chwilą całował. W ten sposób osiąga efekt niewymuszonej elegancji. Bo we Francji największym faux pas jest za bardzo się starać. Więc Francuzki nie dbają o urodę, a w każdym razie udają, że nie dbają.