Zapisz się na newsletter "Seks na Wysokich Obcasach" i czytaj o wszystkim, co chcesz wiedzieć o seksie, a boisz się zapytać 

Katarzyna Pawłowska: Prawie każdy z moich znajomych zna kogoś, kto żyje w podwójnym związku: półtora roku, siedem, a nawet 15 lat. Czasem przez całe życie.

Katarzyna Miller: Ale nikt nie przyznaje, że sam też jest w takiej sytuacji.

Podwójne życie częściej prowadzą mieszkańcy wielkich miast. Na wsi trudniej coś takiego ukryć. Chociaż znam opowieść o 20-letnim romansie na tyłach wiejskiej mleczarni, który udało się zachować w tajemnicy.

W mieście jest łatwiej. Biega się od pracy do pracy, tu etat, tam zlecenie, tu spotkanie, tam zajęcia sportowe. No i oczywiście delegacje. Ile jest związków, w których jedna strona regularnie jeździ w podróż służbową, żeby odwiedzić drugą żonę czy partnerkę oraz dzieci?

Czy podwójne życie zakłada, że mamy drugą rodzinę w innym mieście? Czy wystarczy, że para spotyka się raz na jakiś czas i uprawia seks, a oprócz tego każde jest w innym związku?

Podwójne życie polega na regularności. Obdarzamy silnym uczuciem i poczuciem ważności dwie osoby naraz.

To możliwe?

Zdarza się, i to wcale nie tak rzadko. Sama kiedyś byłam jednocześnie z dwoma facetami i nie mogłam wybrać. Marzyłam wtedy – i wiem od wielu pacjentów, że wcale nie byłam wyjątkiem – żeby połączyć ich w jedno i że to byłby dopiero wtedy udany typ.

Czyli takie podwójne życie to efekt tęsknoty za ideałem?

Być może. Ale można też powiedzieć odwrotnie: one wynikają z nieumiejętności zgodzenia się na to, że życie nie jest idealne. Człowiek dojrzały to wie. Rozumie, że są piękne chwile, fantastyczne momenty, czasem nawet cudowne całe okresy, ale przez cały czas tak być nie może. Podwójnym życiem próbujemy podtrzymać w sobie iluzję, że ideały są możliwe do spełnienia.

I dlatego oszukujemy najbliższych? Codziennie, przez wiele lat?

Co mnie zadziwia w takim podwójnym życiu, to ile człowiek energii musi na nie zużyć. Ale jest też tak, że to w podwójnym życiu go właśnie rajcuje.

Podwójne życie to kłamstwo?

Wysiłek włożony w pokonanie wyrzutów sumienia. Rajcujące jest też poczucie, że jest się bohaterem romansu, jak w książce czy w filmie. Że trzeba się ukrywać, pilnować, pamiętać, żeby nie pomylić faktów ani imion. Niektórzy twierdzą, że najlepiej mówić do każdej „skarbie” albo „kochanie”, nie po imieniu, bo można się pomylić.

Ja akurat w ten sposób nigdy nie żyłam, ale wcale nie jestem pewna, czyby mnie to nie kręciło.

Po pierwsze, inni nic nie wiedzą. A co by było, gdyby się dowiedzieli? Albo żeby ta strona relacji, która nie wie, się dowiedziała?

Po drugie, chcą mnie aż dwie kobiety albo dwóch facetów. I to ja wybieram. Wtedy nie złości nas tak, że ten pierwszy jest strasznie porządnicki, bo ten drugi może nie jest. I można sobie myśleć: no dobrze, ty krzyczysz, że źle stawiam kapcie, ale tamten nie krzyczy. Z kolei tamta nie lubi gotować, a u drugiej dostanę swoje ukochane kotlety mielone.

Ma się dostęp do różnych możliwości, do wybierania, do dysponowania większą pulą.

Tak tu rozmawiamy, jakby podwójne życie zdarzało się tak samo często kobietom i mężczyznom. Ale to nie jest prawda?

Częściej się zdarza mężczyznom. Kobiety, szczególnie gdy mają dzieci, jednak bardziej identyfikują się ze swoim domem.

Pewien mężczyzna dowiedział się od ukochanej żony po dwóch latach małżeństwa, że ona już nie chce z nim sypiać. W końcu znalazł jedną, która była mężatką i w sprawach seksu nie układało jej się z mężem najlepiej. Za to było jej bardzo dobrze w kwestiach materialnych, podobnie jak naszemu bohaterowi z żoną – obie pary były majętne.

Ta pierwsza, która nie chciała seksu, była świetną gospodynią, w takim tradycyjnym sensie: dobrze gotowała, pięknie urządzała wnętrza, dbała o męża. Druga też miała fajny dom, lubiła go, miała z mężem dziecko.

Nikt nie chciał nic z tego stracić. Dlatego wynajęli mieszkanie na mieście i dość często w nim w dwójkę żyli. Akurat oboje mieli wolne zawody, czyli w domu mówili: wyjeżdżam, idę na fitness, wychodzę, robię coś dodatkowego. Można tak żyć przez wiele, wiele lat.

embed

Jak to możliwe, żeby się nie zorientować, że coś ważnego dzieje się z osobą, z którą jesteśmy tak blisko?

Czasem wygodniej nie zauważać. To wcale nie musi być świadome, po prostu wypieramy to, co widzimy i co powinno nas niepokoić. Znane są w seksuologii i psychologii przypadki, że mężczyzna ma bardzo atrakcyjną żonę i choć wie, że ona jednocześnie spotyka się z kimś innym, woli ją mieć, niż jej nie mieć.

Z drugiej strony kobiety często są tak zadowolone, że mają małżeństwo, dom, że są paniami domu – że facet tak bardzo już nie jest dla nich ważny. A jak gdzieś się trochę poszlaja, to trudno, mężczyźni tacy są. Ale ona sobie tego jasno nie powie, bo po co? Po co ma sobie psuć humor?

A czy są jakieś granice podwójnego życia?

Są kobiety, które świadomie godzą się na trójkąty czy na branie udziału w wymianach małżeńskich. Dla świętego spokoju albo ze strachu, że on ją zostawi. Zdarza się też, że same mają na to ochotę, ale to nie jest częste.

Naprawdę tak bardzo nie umiemy budować dobrych związków, w których nie ma strachu, niepewności? Jest za to chęć bycia z drugą osobą, dzielenia z nią różnych dobrych rzeczy, a jednocześnie pozostawiania jej własnej przestrzeni?

Przede wszystkim wiele związków jest tylko po to, żeby wszystko dobrze wyglądało dla otoczenia. Wielu ludzi wcale nie ma ochoty być blisko z kimś, nie bardzo umieją. Mamy deficyty w umiejętności nawiązywania relacji intymnych. Nikt nam nie pokazał, jak to robić. Ile pani zna naprawdę dobrych małżeństw, takich, które pani uważa za głębokie, ciepłe związki?

Kilka znam…

O, słyszy pani swój ton? „Kilka”… A jakby tak pani policzyła, więcej niż pięć się nie znajdzie, prawda? Wszystkich o to pytam i nikomu nie wyszło więcej niż pięć. Nawet na sali 900-osobowej! Podobnie wychodzi, gdy pytam, kto ma szczęśliwą mamę i szczęśliwego tatę, od których mogli się czegoś nauczyć.

Od dzieciństwa jesteśmy uczeni głównie tego, żeby jakoś się przez to życie przepleść, jakoś je znieść, a nie żeby się rozwijać. I nagle czujemy, że podwójność daje nam więcej, niż mieliśmy dotąd, jakieś poczucie bogactwa, spełnienia. Jednocześnie z drugiej strony męczy nas strach, lęk, że się wyda, poczucie, że się jest nie w porządku, bo jednak ludzie tego społecznie nie akceptują.

Zdarzają się pary, które się umawiają na związek otwarty: każde z nas robi, co chce.

Ale to zwykle jest zgoda na romanse z doskoku, a nie na stałe drugie życie czy drugą rodzinę.

Dlaczego?

Romanse z doskoku są na chwilę. A jeśli ktoś dla drugiej osoby jest ważny na zawsze, to budzi wielką zazdrość. Bo to ja mam być najważniejszy, najważniejsza! A nie jestem.

Nie umiemy i nie chcemy dzielić się miłością. A może po prostu to jest niemożliwe?

Opowiem o przykładzie kobiety dojrzałej, opisałam go w książce „Królowe życia”. Pewna pani żyła we wspaniałym małżeństwie przez wiele, wiele lat, cudowne. Byli z mężem w sobie zakochani, bardzo dobrze ze sobą żyli, świetnie się dogadywali na wszystkich poziomach. Aż w wieku 50 lat mąż zakochał się w innej. I powiedział o tym żonie z rozpaczą, bo nie chciał jej zranić ani jej zostawić. A ona mu odpowiedziała: „Idź do niej, na pewno jest wspaniała, skoro ty ją wybrałeś”.

Brzmi jak baśń tysiąca i jednej nocy.

Tak, takie podejście jest niezwykle rzadkie. On poszedł do tej drugiej. Ale w tym czasie pierwsza wpadła w totalną depresję. Nie ruszała się z łóżka, nie jadła i zaczęła niknąć w oczach. On strasznie się tym przejął i powiedział tamtej, że musi wrócić do żony. Opiekował się nią, żona stanęła na nogi. A jak stanęła, popatrzyła na niego i mówi: „Słuchaj, jesteś kochany, ale się męczysz. Widzę, że tęsknisz za tamtą, jedź do niej”. I on pojechał. A tamta mu mówi: „Jak ty się tak przejmujesz, jak kochasz tę swoją pierwszą żonę, to jedź do niej”. I tak się chłop poprzerzucał parę razy, aż w końcu ustalili w trójkę, że dwa tygodnie jest u jednej, dwa tygodnie u drugiej. Tylko żadna z kobiet nie chciała, żeby on im opowiadał, co robi z tą drugą.

Podwójne życie jako ekonomia współdzielenia w działaniu…

Coś w tym jest. Urządzili sobie rodzaj takiego małego haremu, tyle tylko że osobno. Stać ich było na to, żeby bez chamstwa, obrażania się, bez robienia sobie krzywdy ułożyć się tak, by coś z tego mieli wszyscy. I to jest podwójne życie, ale za całkowitą zgodą wszystkich stron. Takich przykładów to ze świecą szukać.

Ludzie w kwestiach wyłączności na drugą osobę nie chcą ustąpić ani się dogadywać. To jest za trudne.

My się w ogóle rzadko dogadujemy. Dorośli ludzie nie uczą dzieci uczciwej rozmowy na trudne tematy, ani nauczyciele, ani rodzice. Potem idziemy w życie jak niemoty. Potrafimy pisać naukowe dysertacje, artykuły, książki, wiersze, ale dogadywać się – nie za bardzo. Komunikacja to najtrudniejsza rzecz między ludźmi. A przecież od niej najwięcej zależy.

Może boimy się skonfrontować z czymś, co nas boli.

Przede wszystkim nie potrafimy zaakceptować tego, że nie jesteśmy doskonali i wcale nie musimy być. Bo i po co?

Ale to już się zaczyna od małego.

Dzieci się nie kocha po prostu, je się kocha za coś, niestety. I potem ludzie nie rozumieją, że mogą dostać miłość i akceptację, nawet jeśli nie są doskonali. I nie potrafią innych obdarzać takimi uczuciami – bezwarunkowymi. Ale tak bardzo pragną tych uczuć, że wykradają je życiu potajemnie, jak dzieci konfitury ze spiżarni.

Wiele z nas czuje w głębi ducha, że miłość, akceptacja i przyjemności tak naprawdę nam się nie należą.

Nie, dla nas tylko znój, robota! Spotyka się facet z piekła i facet z nieba. I ten z nieba pyta: „Jak tam w twoim piekle?”. On mówi: „Wiesz, mam już dosyć, tylko chlanie, ćpanie, seks, po prostu ja już nie chcę, nie mogę. A jak u ciebie, w tym niebie?”. „Oj, stary, robota, robota, robota”. „Dlaczego?” „Wiesz, ludzi mało”.

Wracając do dzieci – jak na nie wpływa to, że rodzice prowadzą podwójne życie?

Dzieci muszą znosić to, co im starsi zafundują. Jeżeli ktoś jest zadowolony ze swojego podwójnego życia, to może być fajniejszym mężem i tatusiem niż ten, który ma jedną rodzinę i poczucie, że jest udręczony, umęczony i wszystkiego ma dosyć.

Podwójne życie jest na własne życzenie, do tego nikt nikogo nie zmusza.

Czasem się jednak zdarza, że życie zmusza. Na przykład w drugim związku rodzi się dziecko.

No tak, wtedy czasem to się robi podwójna męka. Ale jeżeli on panuje nad tą sytuacją, robi to wszystko, bo chce, to może mu być dużo łatwiej. Bo ma to wspomniane poczucie omnipotencji. Jego dzieciom też może być z tym lepiej.

A jak się dowiedzą?

Będzie ciężko.

Ale jak dzieci się dowiadują, że ten pan nie był moim tatusiem albo ta pani nie była moją mamusią, albo że są adoptowane, też jest im ciężko. Dzieci czują się oszukane.

Jedyne rozwiązanie jest takie, że dorośli się dogadają. Ale, jak już mówiłam, tak łatwo się nie dogadujemy. Robimy aferę, bawimy się w gorący kartofel: czyja wina większa. Obrażamy drugą osobę i zmuszamy do różnych decyzji, zamiast usiąść i się zastanowić, co możemy i umiemy z tym zrobić.

A jak nie można nic zrobić?

Zawsze coś z tym można zrobić.

Często się mówi, że męskość teraz jest w kryzysie. Czy to ma wpływ na przyrost tych podwójnie żyjących?

Nie wiem. Faceci są teraz na nas obrażeni. Kobiety poszły po równouprawnienie zawodowo-finansowe i społeczne. Jeśli chodzi o sferę intymności i praw seksualnych, jest im trudniej. A faceci to wyczuli i odkuwają się właśnie na tym terenie.

Nie wiem, czy pani pamięta antyczną komedię Arystofanesa „Lizystrata”. To sztuka o tym, jak kobiety z Aten, Sparty i innych greckich polis – niezadowolone z nieobecności swoich mężów zajętych wojną – postanowiły wziąć sprawy w swoje ręce. Powiedziały panom: „Nie będziemy uprawiać z wami seksu, jak pójdziecie na tę wojnę”. I oni nie poszli.

Mam wrażenie, że teraz panowie nam właśnie coś takiego robią: nie będziemy was traktować jak te bogdanki, co to je zdobywaliśmy, bo jesteście bezczelne i się wszędzie wpychacie.

Bądźcie sobie tam same, bez nas. Zobaczymy, jak długo wytrzymacie. A my jesteśmy obrażeni i nie bardzo też wiemy, jak się mamy zachowywać przy takich facetkach, co to żądają takich samych płac, bo co to jest, mężczyzna jest lepszy i ma być lepszy!

I jak to się skończy?

Zobaczymy. Ja pracuję na rzecz tego, żeby kobiety się nie dały. To znaczy nie chodzi o to, by walczyć z mężczyznami, ale by przestać uważać się za służki i służebnice. A przy tym chodzi też o to, żeby się wzajemnie lubić i rozumieć. Przecież lepiej, gdy ludziom jest serdecznie, ciepło, normalnie, bez napinania, z wzajemną akceptacją. A jednocześnie jest to jedna z najtrudniejszych rzeczy – wytrwać w tym, dawać to sobie, brać to, uważać, że tobie się też należy, tak jak mnie.

Do ułożenia sobie tego jakoś obydwie płci się nie garną.

Kiedy decydujemy się zakończyć podwójne życie?

Gdy się coś zepsuje, na przykład druga osoba się w kimś zakocha. Albo dzieci dorosną i kobieta stwierdzi, że już właściwie nie potrzebuje tego faceta. Albo się okaże, że on już nie zarabia i nie ma jak pilnować tej drugiej rodziny. Ale najczęściej podwójne życie kończy się, gdy się wyda.

Kto częściej naciska na uregulowanie sytuacji? Żony czy kochanki?

Jeśli kobieta jest typem kochanki – pisałam o tym wielokrotnie i podkreślam to zawsze – to ma inne podejście do życia niż żona. Kochance zależy na tym, żeby jej było dobrze. I dopóki jej coś nie przeszkadza, to niech tak sobie będzie. Kochanka ma też inny punkt widzenia, bardziej pragmatyczny, zdroworozsądkowy. Taki typ kobiety częściej uważa, że uczucia przemijają. I jeszcze – że po to, by było dobrze, czasem warto na parę rzeczy się zgodzić, parę rzeczy przemilczeć i wtedy dostanie się to, czego się chce. A jak się nie udaje dostać, to nie ma co się szarpać.

Typ żony tak nie myśli. One często się szarpią same ze sobą, szarpią ciągle o coś męża, drążą w nim poczucie winy, żeby w końcu coś im dał, zrobił albo jakoś się zachował. Kochanka tego nie robi – jak się nie uda z nim, poproszę kogoś innego albo sama wezmę. Zrobi to, co jej odpowiada.

Wojciech Eichelberger ostatnio w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” powiedział, że romans nie jest zdradą. Dopiero dłuższy związek, właśnie takie „podwójne życie”, to zdrada. Wiele moich znajomych i część czytelniczek bardzo się na te słowa oburzyło. A co pani na to?

Przede wszystkim wie pani, co piszę o zdradzie: ani jej nie popieram, ani jej nie potępiam, ponieważ po prostu się zdarza, i tyle. I będzie się zdarzała, dopóki życie będzie życiem. Może być czymś cudownym, może być czymś okropnym, może człowieka uratować przed czymś, może go pognębić i wykończyć. Nie mamy na nic gwarancji w życiu. Nie mamy gwarancji na wierność kogoś, kto naprawdę nas kocha, bo po prostu może przestać nas kochać albo może nas kochać i jednocześnie pokochać kogoś innego, tak jak w tej opowieści o dwóch kobietach i mężczyźnie. On je obie naprawdę kochał.

Ale czy naprawdę warto tak sobie zmieniać życie w tym wieku?

Być może nie chciał do końca żyć w taki sam sposób. To ta słynna druga młodość mężczyzn albo kryzys wieku średniego.

Kobiety też w pewnym momencie myślą sobie: i co, to już wszystko? Ja czegoś jeszcze w życiu chcę! To może dotyczyć seksu, miłości, bliskości. Można zacząć nową pracę. Można mieć nowe dziecko. Można zabrać się do malowania, flamenco, podróżowania po świecie. W pewnym czasie pojawia się w niektórych ludziach bardzo silna potrzeba, żeby się dalej ruszać, rozwijać, a nie tylko uznać, że teraz powoli będę się czołgać w stronę cmentarza. I to jest fajne.

Jest jednak hierarchia wartości w naszej kulturze. I uczciwość jest tam wysoko.

Oczywiście, że jest. Jeżeli masz taką hierarchię wartości, jaką cenisz, kochasz i ją w sobie szanujesz, to się jej trzymaj, twoja sprawa. Ale żądać, żeby wszyscy mieli twoją hierarchię wartości i się jej trzymali, to jest, za przeproszeniem, faszyzm.

Tu nie chodzi o wszystkich, tylko o tę drugą osobę.

To się trzeba dogadać. Tylko wartości tak naprawdę łączą ludzi. Jest wiele badań ten temat: wartości nas wiążą z innymi, więc jeśli wyznajemy te same wartości, to się ich trzymamy, a jeśli nie, to z jakiegoś innego powodu jesteśmy z kimś, kto ma inne wartości niż ja. Z jakiego? Uczciwie się zapytajmy.

Jeżeli tej pani się nie podoba, co robi mąż, to po co z nim jest?

Bo trzeba mieć męża. Fakt, że łatwiej żyć we dwójkę niż w pojedynkę w różnym sensie: finansowym, bytowym, no i chłop się przydaje do zreperowania czegoś.

Nie każdy mężczyzna to potrafi.

No właśnie, coraz mniej potrafi. A jeszcze rzadziej im się chce.

Tak czy inaczej, dobre życie nie oznacza zdrady ani podwójnego życia. Daj Boże ludziom, żeby się umieli dobrać i żyli szczęśliwie, pogodnie, wzajemnie darząc się sympatią, życzliwością i zachwytem.

I zaufaniem.

Pewnym zaufaniem. Co to w ogóle jest zaufanie? O co chodzi?

Dla wielu ludzi to jest kluczowe. Na pewno dla kobiet, które znam.

Socjobiolodzy powiedzą, że to dlatego, iż ona musi mieć spokój dla swojego gniazda.

Ale myślą tak nawet wtedy, gdy bocianiątka podrosną i już sobie same radzą.

To może taka kobieta myśli, że sobie nie poradzi? Ona w ogóle o sobie źle myśli. Cały szkopuł w tym, że kobiety są u nas tak traktowane i wychowywane, że pomimo iż zawsze robią najważniejszą i najtrudniejszą robotę, one są kierowniczkami, ale prezesami są mężczyźni. A kto pracuje, prezesi czy kierowniczki?

No wiadomo.

I to jeszcze za małe pieniądze, prawda? Po prostu ciągle jest tak, że baba jest do roboty i do dzieci. Oczywiście, kobiety robią dużo błędów, nie dopuszczają facetów do tych dzieci tak, jak by trzeba było, i zrażają ich bardzo. Ale przynajmniej w taki sposób gdzieś rządzą.

To wszystko jednak się zmienia.

Powolutku, ale zawsze. Jest już cała rzesza kobiet świadomych. Niestety, one też nie za bardzo wiedzą, co zrobić z facetami. Bardziej się koncentrują na tym, żeby nie dać odebrać sobie tego, co zdobyły, bo faceci by bardzo chętnie wrócili do starego, w sekundę.

Dlaczego nie wiedzą, co zrobić z tymi facetami?

Nie rozumieją mężczyzn, nie znają ich. Mają wyobrażenia, marzenia, fantazje i iluzje.

I chciałyby, żeby mężczyźni byli tacy, jak one sobie wyobrażają?

Przede wszystkim tacy, jak one sobie wymarzyły. Ale marzą nierealnie, bo nie mają żadnych wzorów. Jaki miałyśmy dom rodzinny? Kochali się? Głaskali? Całowali? Chodzili ze sobą za rączkę? Czy mężczyzna w domu był opoką, czy raczej chłopcem, którego trzeba kontrolować?

Często się o to spieramy z koleżankami. Kwestia, czy traktować faceta jak dziecko, czy jak dorosłego, wychodzi na przykład przy pytaniu, czy można mu sprawdzić komórkę, kiedy się go o coś podejrzewa. Co pani o tym myśli?

Ja nie sprawdzam komórki mojego faceta, a jak on łapie moją, to mu ją wyrywam z ręki, chociaż nie ma tam niczego do ukrycia.

Nie zagląda pani, bo to nieuczciwe?

Nie zaglądam, bo mnie to w ogóle nie obchodzi. I uważam, że ma mnie nie obchodzić, to nie moja sprawa. Mówię spokojnie, bez żadnego zdenerwowania: jak facet będzie chciał mnie zdradzić, to zrobi to o 6.30 rano, idąc po bułki. Podobnie kobieta. Jeżeli człowiekowi czegoś się naprawdę zachciewa, to to zrobi. Chyba że się będzie straszliwie męczył – są tacy, co mają wbity głęboko lęk przed czymś tam. Jeżeli się ma swoją jasną hierarchię wartości, to człowiek powie sobie tak albo nie, i koniec. Natomiast jeżeli ma nieprzystającą do własnych potrzeb hierarchię wartości, to jest kiepsko.

Tu najważniejsza jest jedna rzecz – odrzucenie. Jeżeli nie jestem odrzucona, czuję to. I naprawdę wtedy jest nieważne, czy mój facet zdradził mnie z jedną, dwiema czy trzema paniami, bo jeżeli on mnie nie odrzuca, to ja mam od niego to, co najważniejsze. Po co się zajmować tym, co on robi, gdy ja nie patrzę? Może będzie czytał książki, a może będzie chodził na spacery?

Ale jeśli czuję, że coś jest nie tak, to mam odpuścić, zostawić wolność, nie sprawdzać?

Można zapytać. Powiedzieć: „Kochanie, powiedzmy sobie, czego nam brakuje od siebie, co byśmy mogli albo powinni trochę zreaktywować”. Ale gdzie tam! Trzeba by wtedy powiedzieć „my”, a nie „ty”. Przyznać, że ja też coś robię nie tak. A to dla wielu za trudne.

Pani zakłada, że to tak łatwo usiąść i pogadać o najtrudniejszych rzeczach…

Ja zakładam, że każdy człowiek ma wszelkie umiejętności i możliwości, żeby prowadzić dobre życie. Tylko ciągle sami się tego pozbawiamy. Wychowali mnie rodzice, którzy siebie nie lubią, to ja też siebie nie lubię i potem moje dzieci ode mnie dostają to samo. Nauczyciele, wychowawcy, rządzący – wszyscy są w tym ciągu.

Niektórym się udaje z tego wyrwać – mają fajną ciotkę czy babcię, gdzieś tam pojadą sobie na fajne studia, spotkają świetnych ludzi. Ale jeżeli się z tego korowodu nie wyrwało i tak z pokolenia na pokolenie przechodzi to złe podejście do siebie samego, to musimy sobie radzić inaczej. Musimy sobie gdzieś to wyrównać, od kogoś coś dostać.

Bardzo bym chciała, żeby na świecie nie byli potrzebni terapeuci.

Chce pani powiedzieć, że gdyby ludzie lubili i cenili siebie sami, to nie byłoby zdrad i podwójnych żyć?

Oczywiście. A może byłyby, tylko nikogo by to nie martwiło, nie bolało ani nie dziwiło.

Niech pani zobaczy, są mormoni, są amisze, są inne społeczności, w których wielożeństwo jest normalne. A w matriarchacie to by były też i kobiety, które by miały siedmiu facetów na przykład. Tu by był sobie matriarchat, tam by był sobie patriarchat, co by to komu przeszkadzało?

Ale żyjemy w tym, co mamy…

No właśnie. I jakoś trzeba tu sobie znaleźć sposób na to, żeby się w miarę dobrze czuć, na ile się da. Ja jestem epikurejką: póki żyję, mam wpływ na to, jak żyję, przynajmniej w wielu kwestiach. A tymi, na które wpływu nie mam, nie będę się denerwować. Jak mawiają mądrzy: z koniem się kopać? Koń nie jest po to.

Katarzyna Miller – psycholożka, psychoterapeutka, filozofka. Autorka i współautorka wielu bestsellerowych poradników, m.in. „Królowe życia i król”, „Chcę być kochana tak, jak chcę”, „Seksownik”, „Kup kochance męża kwiaty”, „Nie bój się życia”, „Bajki rozebrane”, „Instrukcja obsługi faceta”, „Instrukcja obsługi kobiety”

KATARZYNA MILLER będzie gościć na spotkaniu „KOBIETY WIEDZĄ, CO ROBIĄ” zorganizowanym przez redakcję „Wysokich Obcasów” w Lublinie 7 września. Będą też z nami m.in.: prof. Grażyna Ginalska, dziennikarka Karolina Korwin-Piotrowska, wiceprezydentka Lublina Monika Lipińska i fotografka Lidia Popiel. Dziennikarki „Wysokich Obcasów” opowiedzą o najbardziej fascynujących bohaterkach swoich tekstów, będzie też można obejrzeć świetny film „Słodki koniec dnia” Jacka Borcucha z Krystyną Jandą w roli głównej.

Spotykamy się w Centrum Kultury przy ul. Peowiaków 12. Zapraszamy o 9.45!

***

Zapisz się na newsletter "Wysokich Obcasów" i czytaj teksty z sobotnich wydań magazynu już w piątki