Prof. Lida Grychtołówna to jedna z najbardziej znanych na świecie polskich pianistek. Urodziła się w Rybniku, studiowała na katowickiej Akademii Muzycznej, a potem wyfrunęła w świat. Ma w dorobku prestiżowe nagrody, koncerty w najważniejszych salach i z najlepszymi orkiestrami na świecie, przez wiele lat zasiadała w jury Konkursu Chopinowskiego. W zeszłym roku świętowała swoje 90. urodziny, ale nie zwalnia tempa. Jej koncertowy kalendarz nadal jest wypełniony. Swoją obecnością uświetni odsłonięcie przedstawiającego ją muralu, który powstaje w Rybniku.

Iwona Sobczyk: Nazwałaby się pani Ślązaczką?

Prof. Lidia Grychtołówna: Tak. Jestem Ślązaczką, ale też Polką i Europejką. Nie ma chyba potrzeby zawężać tego do jednej tylko kategorii. Jestem dumna z tego, że wywodzę się ze Śląska, i kocham miasto Rybnik, w którym się urodziłam. Ono mnie chyba też, bo często jestem tam zapraszana na koncerty, a w zeszłym roku zostałam jego honorową obywatelką. Moja mamusia mieszkała w Rybniku do końca życia. Ja po ślubie wyprowadziłam się do Warszawy, ale starałam się zawsze jak najczęściej odwiedzać ją i inne bliskie mi osoby, które zostały na Śląsku. Teraz mam tam nowych przyjaciół, z innej już generacji. Zawsze z przyjemnością tam jeżdżę. Jesteśmy już umówieni na jesień, na wspólne świętowanie 20-lecia Towarzystwa Muzycznego im. Braci Szafranków. Zagram koncert Schumanna z orkiestrą Filharmonii Rybnickiej, bardzo zresztą dobrą.

Pani mama Antonina przyjechała do Rybnika ze Lwowa. Jej ojciec miał spory majątek, nazywano go baronem. Rybnik musiał jej się wydać dość prowincjonalny w porównaniu ze Lwowem...

Przyjechała tu za mężem, miłość nie zna granic! Mama rzeczywiście pochodziła z domu na wysokim poziomie, dziadek był zamożnym człowiekiem. Potem jednak majątek stracił, zrujnowała go I wojna światowa, a katastrofy dopełniła wojna ukraińska. Całe wielkie gospodarstwo przepadło. Na Śląsk najpierw przeniósł się brat babci, a potem panienki, czyli mama i jej trzy siostry. Zaczęły jeździć do wujka na wakacje i w pewnym momencie najstarsza z nich, czyli moja ciocia Mila, poznała tu swojego przyszłego męża. Mamusia przyjeżdżała więc odwiedzać siostrę. Śląsk był już wtedy polski, ale obowiązywały jeszcze paszporty. Za którymś razem mamusia paszport zgubiła i skierowano ją po pomoc do Karola Grychtoła, który pracował w rybnickim starostwie. Podobno gdy wyszła, powiedział: „Ta albo żadna!”. Niedawno minęło 95 lat od daty ich ślubu.

Pani mama marzyła o tym, żeby zostać pianistką.

Myślę, że bardzo tego chciała, ale to było zajęcie nie do pomyślenia dla panienki z dobrego domu. Zawód z tingel-tanglu. Chyba tylko jedna Clara Wieck była wtedy uznaną pianistką. Swojego marzenia mamusia zrealizować zatem nie mogła, ale przez całe życie miała kontakt z instrumentem i dobrze grała.

Regularne lekcje rozpoczęła pani jako sześciolatka, dwa razy w tygodniu jeździła z rodzicami z Rybnika do Katowic do prof. Wandy Chmielowskiej. To musiało być dość męczące dla tak małego dziecka. Przeżyła pani kiedykolwiek moment buntu wobec fortepianu?

Przeciwnie, fortepian od początku był dla mnie najważniejszy. Natomiast mamusi zawsze bardzo zależało, żebym jako jedynaczka miała kontakt z dziećmi. Zapraszała więc dzieci sąsiadów na kakao z pianką, ale zazwyczaj kończyło się to tak, że zostawiałam im lalki – a miałam ich chyba ze 40 – i szłam grać.

W swojej autobiografii pisze pani, że była wychowywana w umiarkowanej dyscyplinie. Nietypowo jak na tamte czasy.

Z ojcem mogłam robić, co chciałam. Gdy jeździliśmy do prof. Wandy Chmielowskiej do Katowic, zawsze udawało mi się go namówić na jakieś dodatkowe atrakcje – a to kawiarnia, a to taki czy inny sklep. Po powrocie tylko wzdychał: „Ładnie mi dzisiaj portfel wypłukała!”. Mama natomiast trzymała większą dyscyplinę, za co jestem jej ogromnie wdzięczna. Pilnowała, żebym nie stała się jedynaczką przeświadczoną, że wszystko jej wolno. Nauczyła mnie rzeczy ważnych i zasadniczych. Nigdy w życiu się nie spóźniłam. To dzięki niej.

Pamięta pani swój pierwszy koncert?

Oczywiście! Pamiętam nawet samochód, który mnie wiózł, kanciastą taksówkę – taką, jakie jeździły w latach 30. Miałam białą sukienkę z koronkami. Byłam zachwycona, gdy zobaczyłam, że przyszło tyle ludzi. Szalenie mi się to podobało. Usiadłam do fortepianu i grałam, potem publiczność zaczęła bić brawo. Postawili mnie na taborecie, żeby wszyscy mogli mnie zobaczyć. Miałam cztery lata i osiem miesięcy.

Przepiękna była sala, w której się to odbywało – Biała Sala Hotelu Polskiego w Rybniku. Przestronna, jasna, z kryształowymi żyrandolami. Moi rodzice chodzili tam na bale.

Bale?

Tak, podobno w roku mojego urodzenia byli tam na balach 28 razy. Oni się bawili, a mną zajmowała się moja kuzynka Irenka, starsza ode mnie o 14 lat, córka cioci Mili. To była najbliższa mi osoba w całym moim życiu, rodzonej siostry bardziej bym nie mogła kochać. Ją również aż do jej śmierci odwiedzałam w Rybniku. Była wdową po fantastycznym człowieku, lekarzu, który gdyby nie umarł w młodym wieku, zapewne miałby wielkie osiągnięcia. Nigdy więcej za mąż nie wyszła, bo uznała, że drugiego takiego człowieka nie znajdzie. Przyjeżdżała też do mnie do Niemiec. Bardzo byłam szczęśliwa, że mogę spełnić trochę jej marzeń.

Miała pani kilkoro mentorów. W tym pierwszym, śląskim okresie swojego życia dwoje – prócz prof. Wandy Chmielowskiej z katowickiego Śląskiego Konserwatorium Muzycznego, a potem Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej, również Karola Szafranka, który wspólnie z bratem Antonim prowadził w Rybniku szkołę muzyczną. Co mu pani zawdzięcza?

Do Karola Szafranka trafiłam jeszcze w czasie okupacji, potem przez jakiś czas szkoliłam się u niego także po wojnie. Bardzo dużo mnie nauczył, bo doceniał moje możliwości i dawał mi do grania trudne utwory. Chciał, żebym mierzyła się z trudnościami, a że miałam jakiś wrodzony instynkt do klawiatury, to mi się to udawało. W wieku 15 – 16 lat grałam więc już utwory, które pianiści normalne wykonują na estradzie.

W pewnym momencie była chyba pani między nimi trochę rozdarta. Skończyło się to wykreśleniem pani z listy studentów katowickiej akademii.

Gdy wybuchła wojna prof. Chmielowska wyjechała z mężem do Warszawy. Moja rodzina też przez jakiś czas tułała się po rozmaitych miejscach. Ojciec jako bliski współpracownik Korfantego musiał się ukrywać przed gestapo, my z mamą ostatecznie wróciłyśmy w okolice Rybnika i wtedy właśnie rozpoczęłam lekcje u Karola Szafranka. Po wojnie prof. Chmielowska wróciła na katowicką uczelnię, gdzie wkrótce zostałam przyjęta. Ona z kolei uważała, że gram za trudne rzeczy i trochę cofnęła mnie w repertuarze, co mnie się oczywiście nie za bardzo podobało. Tymczasem u Antoniego Szafranka, który był skrzypkiem, uczył się wtedy 6-letni Adaś Górski, który został uznany za fenomen. Szafrankowie zorganizowali mu koncert w Filharmonii Śląskiej, ale chcieli podeprzeć ten pomysł jakimś bardziej już sprawdzonym nazwiskiem. Zaprosili mnie, postanowiłam wziąć urlop dziekański z uczelni i zagrać. Pech chciał, że na koncert przyszła też prof. Chmielowska. Poinformowała rektora, jak spędzam urlop, i zostałam wykreślona dyscyplinarnie z listy studentów. Znów zaczęłam uczyć się u Karola Szafranka, ale pod wpływem mamy, dla której było oczywiste, że muszę skończyć studia, chyba po roku wróciłam na uczelnię. Prof. Chmielowska mi wybaczyła.

Jak się wtedy studiowało w Katowicach?

Katowicka szkoła uchodziła za bardzo dobrą jeszcze przed wojną, a po wojnie związało się z nią wiele bardzo utalentowanych osób. Witold Szalonek studiował u prof. Chmielowskiej mniej więcej w tym samym czasie co ja. Andrzej Jasiński czy Wojciech Kilar byli nieco młodsi. Stanisław Skrowaczewski, wtedy kierujący Filharmonią Śląską, i Jan Krenz, związany w tym okresie z Wielką Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia – nieco starsi. Byliśmy taką paczką, trzymaliśmy się i balowaliśmy razem. Bardzo miłe czasy.

Norbert Prudel, prezes Towarzystwa im. Braci Szafranów prowadzącego Filharmonię Rybnicką, który sam jest pianistą po katowickiej akademii, w młodości uczył się również u pani. Mówił mi, że jedna z najcenniejszych pianistycznych rad, jakie od pani usłyszał, to: „Nie wydziwiaj”.

Oczywiście! Kompozytor wszystko zapisał, mamy jego intencje wypisane czarno na białym. Problem polega na tym, że wielu pianistom się wydaje, że sami mają lepszy pomysł i robią z utworu karykaturę. Są ludzie, którzy lubią wsadzać kij w mrowisko.

Praca nad utworem kiedyś się kończy?

Praca nad utworem ma swoje ustalone etapy. Prof. Chmielowska powiedziała mi kiedyś: „Jeśli długi utwór będzie ci się wydawał krótszy, wtedy jest gotowy do wykonania”. To nie oznacza, że w późniejszym okresie nic się już nie zmienia. Sama odkrywam nowe rzeczy w utworach, które gram od wielu lat. Pamiętajmy, że zmieniają się też pianistyczne mody. Za czasów mojej młodości obowiązywało tzw. grzeczne granie – nie za szybkie, nie za emocjonalne. Dzisiaj gra się dużo szybciej. Człowiek podświadomie ulega takim modom – sama gram niektóre utwory szybciej niż dawniej. Choć nie tak szybko, jak młode pokolenie „elektroluksów”, którzy są dumni z prędkości, jakie rozwijają.

W zeszłym roku z okazji swojego 90-lecia po raz pierwszy grała pani w nowej sali NOSPR. Jakie wrażenia?

Wspaniałe! Z katowicką orkiestrą dawniej grałam bardzo dużo, prawie co roku. To znakomita orkiestra, a sala, jaką dysponują, jest epokowa. To chyba teraz dwie najpiękniejsze nowe sale koncertowe w Europie – katowicki NOSPR i hamburska Elbphilharmonie. Akustyka jest perfekcyjna. Marzę to tym, żeby zagrać tam chociaż jeszcze raz.

KOBIETY NA MURALE

W Rybniku powstał mural, którego bohaterka jest wybitna pianistka Lidia GrychtołównaW Rybniku powstał mural, którego bohaterka jest wybitna pianistka Lidia Grychtołówna DOMINIK GAJDA

Prof. Lidia Grychtołówna jest kolejną kobietą, która – w ramach akcji Wysokich Obcasów „Kobiety wiedzą, co robią” – zostanie uwieczniona na muralu. Wizerunek wybitnej pianistki pokrył ścianę budynku przy ul. Hallera 11 w Rybniku. Uroczyste odsłonięcie muralu, wraz z możliwością spotkania z prof. Grychtołówną, zaplanowano 25 kwietnia na godz. 10.