AGA KOZAK: Tatuaż?

Henryka Krzywonos: A mam. Na małym palcu lewej dłoni.

Kiedy miałam z siedem-osiem lat, mój brat z kolegami wyciągnęli długopis - wtedy nowość. Odwrócili wkład, maczali w nim igłę i kłuli mnie w palce. „Zobaczysz, jak będzie pięknie!” - mówili. Wykłuli mi „love” - na każdym palcu po jednej literce. Po angielsku, bo wtedy wszystko, co amerykańskie, było modne, a to słówko nie wymagało specjalnej znajomości języka.

Tatuś, jak to zobaczył, wziął pumeks i zszorował mi te świeże tatuaże. Efekt jest taki, że pierwszego „L” prawie nie widać, drugie „O” i trzecie „V” mogę przykryć pierścionkami. No ale to „E” na małym palcu nie dało się pumeksowi, a przecież tam pierścionka nie założę.

Aż do kosmetyki wszedł tatuaż permanentny i córka mi zafundowała takie brwi. Popatrzyłam na efekt i mówię do tej kosmetyczki: „A tu, na palcu, też by się coś dało?” - Tak, ale trzeba mieć wzór. Wzięłam kartkę, długopis i od ręki narysowałam kwiatek z kaszubskiego haftu. Mieszkałam wtedy na Kaszubach, Kaszubów bardzo poważałam, miałam wśród nich przyjaciół.

Kaszubi mają piękny charakter: jak kogoś kochają, to pójdą za nim w ogień. Natomiast jeśli nie akceptują, to nie akceptują. I dbają o swoje dziedzictwo. Jak ich nie podziwiać? Ten kwiatek to taki hołd dla nich.

A ponieważ teraz tatuaż jest bardzo modny, to ja po tylu latach nagle też stałam się modna…

Wałęsa?

- Jak się spotykam z ludźmi, to zawsze im mówię: „Słuchajcie, tej rewolucji nie zrobił Wałęsa, Gwiazda, Walentynowicz, Borowczak czy ktokolwiek inny, to zrobiła Polska”. Bo nie tylko Gdańsk stał, cała Polska stała. Ci, którzy byli na zewnątrz bramy Stoczni. Bez tych ludzi nic byśmy nie zrobili.

Ale, jak wiadomo, w każdej rewolucji jest jeden przywódca. A tu tym przywódcą jest Wałęsa, kropka. Mogą do mnie mówić 580 razy, że on jest „Bolek”, a ja będę mówić, że to nie ma znaczenia. Każdy, kto wie, jak było za komuny, wie, że jakby do niego do domu przyszli i powiedzieli: „Podpisz albo up…lę łepek twojemu dziecku” - toby rękoma i nogami podpisał wszystko.

Danusia Wałęsowa kiedyś napisała, że jak Leszek wracał z aresztowań, to wstępował wypełnić kupon totka i zawsze udawało mu się wygrać, przychodził do domu z pieniędzmi. Byłam na nią zła, bo ludzie zaczęli od razu się do tego przyczepiać, myśleli, że te pieniądze dostawał od służb.

A potem załapałam, o co chodziło. W wolnych związkach i później w „Solidarności” było tak, że jak komuś trzeba było pomóc, to braliśmy czapeczkę i każdy coś wrzucał. Więc kiedy Wałęsa wychodził, dostawał w czapeczkę pieniążki. Ale żonie mówił: „Wygrałem w totolotka”, żeby wiedziała o wszystkim jak najmniej. Rozumiem go, jak wyszłam za mojego męża, to mu od razu powiedziałam: „Im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie”.

Bohaterstwo i legenda.

- Jaka legenda, do cholery jasnej? Legendą to będę po śmierci. Ja żyję i mam wrażenie, że nic wielkiego nie zrobiłam. Miałam te swoje pięć minut i się w nie wczepiłam, jak mogłam. Tak samo jak wczepiło się wielu innych ludzi, bo wszyscy wiedzieliśmy, że jeżeli przegramy, to mogą nas wywieźć na Sybir albo wsadzić na 25 lat czy może dłużej. A jeszcze wtedy była kara śmierci. Więc większość się bała. A teraz? Okazuje się, że co drugi jest bohaterem.

Kiedyś w pociągu pan siedzący przy mnie opowiadał, jak to on był na tej Stoczni. Siedziałam przykryta płaszczykiem, w końcu się odkryłam i pytam: „To gdzie dokładnie pan był?”. Spojrzał i wyszedł z przedziału. Po cholerę kłamiemy? Zróbmy coś, co nam przyniesie tę satysfakcję, i tyle. Nie trzeba od razu wielkich czynów, wystarczy pójść do starszej sąsiadki, której trzeba pomóc.

Wspólnota.

- Moje niegdysiejsze mieszkanie w Gdańsku-Brzeźnie jest dla mnie ideałem wspólnoty.

Kiedyś na Pomorzu wychodził „Wieczór Wybrzeża”, o którym Czerwone Gitary śpiewały piosenki, a wtedy - młodym trudno w to uwierzyć - za gazetami, poza „Trybuną Ludu”, stało się długo w kolejce. I każdy z nas, sąsiadów, miał dyżur, żeby kupić wszystkim „Wieczór”. Albo schody: nie myliśmy swojego kawałka, tylko całe - każdy miał swój dyżur. Popołudniami siadaliśmy, graliśmy w karty, śmialiśmy się, piliśmy razem kawę. Jak zabrakło mi cukru, to zapierniczałam do pani Jadzi Berka i pożyczałam. Odnosiłam ten cukier, to ona mówiła: „Co się wygłupiasz?”. Pośmiałyśmy się, wypiłyśmy kawę.

A dzisiaj, kto słyszał, żeby ktoś poszedł pożyczyć soli? Czy ludzie się w domach znają? Ale ja uparcie mówię ludziom z okolicy „dzień dobry”. Wszystkim, bez względu na opcję. Mnie nie przeszkadza, że sąsiad jest w PiS: kłaniam się, dzień dobry, co słychać. To jest naprawdę ważne.

Przyjaźń.

- Nie spotykamy się codziennie, bo to się nie da. Ale gdyby było potrzeba, to ja za przyjaciółmi w ogień pójdę. Bo na tym to polega, że się przyjaźnimy, nie tylko wtedy, kiedy jest dobrze.

Kiedy nas okradli, zadzwoniłam do Janusza, świadka na naszym ślubie: Janusz, mieszkanie rozwalone, okna wywalone, segmenty połamane, nie wiem, co robić. Po pięciu minutach był. I to jest przyjaźń, chociaż nie biegamy do siebie na kawę co pięć minut.

Jeśli kogoś widzę, to albo go od razu lubię i akceptuję, albo nie. Ale to nie znaczy, że za rok, za dwa, za trzy się nie zaprzyjaźnimy. Takie coś też przeżyłam. Nie mogłam na kogoś patrzeć, a on na mnie, dzisiaj serdecznie się spotykamy w urodziny, imieniny, święta.

Zastanawiam się: jak nie kochamy ludzi, to czy w ogóle kochamy siebie?

Dobro.

- Opowiem o człowieku, którego właściwie nie znam. U nas jest taka pizzeria, dwie placówki, na Oruni i na Zaspie. Ja z mężem chodzę do tej na Orunię.

Przy pierwszej wizycie zauważyliśmy taką scenkę: drzwi się uchylają, wpada dziecko, łapie bułeczkę z lady i myk, już go nie ma. Myślimy: „Pewnie dziecko właściciela”. Ale za chwilę wpada inne, łapie bułeczkę i leci! I za chwilę następne. Więc pytam kelnera: „Proszę pana, a te bułeczki to tak każdy może?”. „A bo tu obok jest szkoła i kiedyś szef w niej ogłosił, że każde dziecko może wpaść po bułeczki, które pieczemy. Bo jak dziecko jest głodne, to trzeba je nakarmić”.

O takich rzeczach trzeba wkoło opowiadać, żebyśmy się takiego dobra uczyli. Ja wszystkie swoje dzieci nauczyłam dzielenia się. Robiłam dwie kanapki do szkoły i mówiłam: „Jedną zjedz, a drugą daj komuś, kto nie ma. Ale tak, żeby nie poczuł się źle. Powiedz, że już nie możesz, a do domu zabrać nie chcesz, bo się będę pieklić”.

Działanie.

- Jak wjeżdżałam wtedy na Stocznię, byłam młodą dziewczyną, zieloną, bez poglądów politycznych. I robiłam takie coś jak dziewczyna, która idzie na pierwszą randkę: zrywa kwiatek i obrywa płatki: „kocha, nie kocha, kocha, nie kocha…”. Ja, jadąc tym tramwajem, myślałam: „Stanąć, nie stanąć, stanąć, nie stanąć, stanąć, nie stanąć?”. No i stanęłam.

Ja to w ogóle mam taki charakter, że nie potrafię się wstrzymać, jak coś mnie porusza, to wypalę. Jak lata temu zadzwoniła prezydentowa Kwaśniewska, to wyskoczyłam bez namysłu: „Ale ja na pani męża nie głosowałam”. A ona: „Proszę pani, dzieci na polityce się nie znają”. Głupio mi się zrobiło, poczułam do niej taką sympatię, dziś się przyjaźnimy, mnóstwo rzeczy zrobiłyśmy razem.

Przyzwoitość.

- Do Kaczyńskiego mam największą pretensję za to, co zrobił z tych miesięcznic. Nie dość, że się zamykało całe Krakowskie Przedmieście, to jeszcze ci biedni policjanci tam musieli być… Wstydziłam się za tych policjantów, choć wiedziałam, że taki rozkaz. Ale ten, co szarpał kobietę w siódmym miesiącu ciąży, to miał niesamowite szczęście, że mnie wtedy nie było w Warszawie, bobym mu chyba po prostu obiła mordę.

I tak mi przykro, jak patrzę na Jarosława, bo ja się przyjaźniłam z Lechem. To był fantastyczny facet. Miał cudowną żonę, która tak pięknie była za kobietami.

Świętość.

- Kobieta. No przepraszam bardzo, kto rodzi dzieci? Kobieta. Kto je wychowuje? No nadal bardziej kobieta niż mężczyzna. A jednocześnie w domu nam się wpaja, że to wypada, tamto nie wypada, uważaj, co robisz, bo zajdziesz w ciążę i będziesz miała kłopot. Ty, dziewczyno! Chłopaka odpowiedzialności się nie uczy. Najwyżej alimenty zapłaci.

Ja cały czas moim córkom powtarzałam: „Pamiętaj, musisz być niezależna, odkładać jakieś pieniądze. Bo jeślibyś była w tragedii, to zawsze masz swój pieniądz i możesz odejść, bo państwo ci nie pomoże”.

Gdybyśmy szanowali kobiety tak, jak na to zasługują, nigdy nie byłoby damskich bokserów i mielibyśmy lepszy kraj. Przykład: facet leje swoją żonę i co? I nic! A w Anglii jest tak: znajomą w Londynie zaczął bić partner. Zadzwoniła po policję. Przyjechali, kazali mu się ubrać, zabrać rzeczy i pójść z nimi. On już nie miał prawa wrócić do domu, w którym mieszkała jego partnerka. Mało tego, każdą kobietę, z którą się zwiąże, będzie miał obowiązek poinformować, że ma Niebieską Kartę. Jeśli ta następna zgłosi, że uderzył, to pójdzie siedzieć. A jeśli uderzy, a ona powie, że nie wiedziała o Niebieskiej Karcie, odsiadka będzie dłuższa.

I to jest prawo, które strzeże rodziny. Bo przecież ktoś, kto bije kobiety, może także bić dzieci. Znam dziesięcioletniego chłopca, który chciał zasłonić mamę, więc tata go złapał i wrzucił w kąt pokoju jak piłkę. Złamanie podstawy czaszki i wstrząs mózgu.

Miłość.

- 32 lata zaraz będzie, jak jesteśmy po ślubie. Ja nigdy nie chcę mu tego powiedzieć bezpośrednio, ale nie wyobrażam sobie życia bez niego. Możemy usiąść i godzinami ze sobą rozmawiać. A to o to chodzi. Krzysztof nie jest moim pierwszym mężem. Poprzedni to był dobry człowiek, ale kochał bardziej swoją rodzinę niż mnie. I mój Krzysiek, kiedy trzeba było koło tego pierwszego męża chodzić, pomagać, za mnie nieraz szedł.

My się oczywiście też kłócimy, jak normalni ludzie, ale... Nie wiem, czy to do uwierzenia, ale mamy jedno wspólne konto, jedną pocztę elektroniczną, konta facebookowe - wszystko mamy wspólne. Stwierdziliśmy, że musimy życie przeżyć tak, żeby nikt przez nas później nie płakał. Tak moja babcia mówiła, mądra kobieta, była zecerką: „Pamiętaj, żeby nikt przez ciebie nie płakał”.

Kiedy żeśmy się pobierali, z każdej strony słyszałam: „Rok, półtora i już was nie będzie! Taka różnica wieku!”. 32. rok mija, a ja to czuję się tak, jakbym była z nim od roku. On nadal przynosi kwiatki do domu, ciastko, pamięta o moich urodzinach, imieninach, o rocznicy, o wszystkim.

Ludzie mówią, że teraz tak dobrze wyglądam, bo mam kochanka. Ja się śmieję, że mam. Kochanka, narzeczonego, przyjaciela i męża - cztery w jednym, jak szampon albo odżywka do paznokci!

Druga młodość.

- Tak, przeżywam drugą młodość. Ale na czym ona polega? Na tym, że wcześniej wszystko było dla dzieci. Ja nigdy nie byłam u kosmetyczki, nie farbowałam włosów, nie kupowałam sobie nowego ciucha, bo szkoda. Teraz, kiedy dzieci wyfrunęły, zaczęłam dbać o siebie. Czasem pozwolę sobie na lepszy krem. Wydatki są, pewnie, wystarczy, że kupisz każdemu z wnuków po czekoladce, i to już czuć w portfelu. Ale ja nareszcie robię cokolwiek dla siebie.

Choć za dziećmi strasznie tęsknię. Nie ma w domu tego hałasu i ruchu.

Zasady.

- Ja jestem chyba wariatką, bo uważam, że jeśli jestem w tym naszym Sejmie jako przedstawicielka mojego okręgu - czyli od Gdyni po Słupsk - to mam obowiązek pojechać do ludzi, porozmawiać. Nie muszą na mnie głosować, ale ja powinnam z nimi gadać.

Kobiety.

- Muszą rozmawiać z innymi kobietami. Tego mnie nauczył I Kongres Kobiet. Że jak zostaną „wypuszczone samopas” – jak to mówią mężczyźni – zaraz zaczynają działać. Mówię wam! Wychodźcie z domu, to wam się w końcu żaróweczka zapali: „Kurde, to ja siedzę jak tłumok, a przecież mogę wyjść do ludzi, przekonać się, jak rozwiązać problemy, mieć znaczenie, coś zmienić!”. I do koleżanek takich kobiet, co nie wychodzą, apeluję: „Wyciągnąć ją! Chodź ze mną na kawę!”.

Wyciągałam kobiety z domów, żeby poszły do pracy. Pytałam, co umieją robić, bo były przekonane, że nic. I co? Dwie poszły do pracy, dobrze zarabiają. A koleżanki im zazdroszczą, zamiast wziąć przykład.

 To się zmieni, jeśli będziemy w szkołach od początku dziewczynkom pokazywać, że ty nie jesteś gorsza od Jacusia, bo jako Agatka masz prawo dostać to samo co Jacuś. A Jacuś musi cię szanować, choćby się mu nie podobało, co robisz.

Dzieci.

- Trzeba szanować od małego. To jest mały człowiek. Mówimy czasem: o, ten dzieciak jest taki rozwinięty! Ale dlaczego jest? Dlatego że ktoś z nim rozmawia, tłumaczy, pokazuje świat, daje przykład.

Mówiłam do moich dzieci: „Słuchajcie, jak babcia do mnie mówiła: »A bo jak ja byłam młoda…«, odpalałam: »Babciu, była wojna, a teraz wojny nie ma, inaczej żyjemy«. Ja was nie chcę tak traktować. Ale to muszę wam opowiedzieć, że w komunie były kartki na buty, tylko tych butów nie było, nawet jeśli miałeś kartki, i czasem całe rodzeństwo w jednych butach chodziło”.

Takie historie trzeba przekazywać, żeby dzieci rozumiały tę różnicę, miały świadomość, jaki przywilej mają, żyjąc w takich czasach i takim miejscu. Ale też trzeba dawać im swobodę. Dzieci się nienawidzą, godzą, kochają, przestają się kochać, kłócą tak jak my. A my lubimy, kiedy ktoś się nam wtrąca?

„Solidarność”.

- Przez lata wymazywano kobiety „Solidarności” albo mówiono, że tylko kanapki w Stoczni robiły. Oczywiście, że robiły, bo to też było potrzebne! Na początku przecież nie było co jeść. Piekarze przywozili nam chleb, masarze wędliny. Ale te kanapki robił ten, kto akurat wpadł - i kobiety, i mężczyźni. Parzyliśmy sobie nawzajem kawę.

Mnie zatrzęsło, jak usłyszałam, że na Stoczni „panie poszły do domu, bo miały dzieci”. Panie nie poszły do domu! Wystarczy posłuchać „Piosenki dla córki”. Panie zostały. Dziećmi zajmowali się dziadkowie, sąsiedzi, a matki były na Stoczni.

Szkoda, że Wajdy już nie ma, bobym go namówiła, żeby zrobił film o tym, co się tam działo, taki prawdziwy. A było śmiesznie! Bo kto zastanawia się, że tam trzeba się było jakoś umyć, na czymś przenocować, a warunki były, jakie były, i żeśmy jedli, kąpali się, robiliśmy różne rzeczy razem.

Wolność.

- Faktem jest, że Lech Wałęsa był przywódcą sierpniowego strajku, ale faktem jest też to, że to kobiety ten strajk zatrzymały w trzecim dniu jego trwania.

Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy schodzę z tego wózka akumulatorowego, spocona, wkurzona, bo przecież musiałam krzyczeć, żeby ludzie usłyszeli, jak się nazywam, skąd jestem, że tramwajem czołgów nie zdobędziemy.

Wtedy zobaczyłam faceta, który na mnie szedł. Wałęsa! Od razu wiedziałam, że to przywódca tego strajku. Nie wiem skąd, nigdy przecież nie widziałam go na oczy, Borusewicza też nie. Podszedł, spytał: „Co tu się dzieje?”, a ja mu wszystko wykrzyczałam, że wygniotą nas jak pluskwy.

Wałęsa zapytał Borusewicza: „Bogdan, co robimy?”. A Bogdan: „No co robimy? Strajkujemy!”. I wtedy Wałęsa powiedział: „W takim razie zróbmy strajk solidarnościowy”.

Tak to się zaczęło. A dzisiaj są tacy, którzy zmieniają jednego Lecha na drugiego.

Książka.

- Mąż się brał do tej książki już wcześniej. Wyrzucił, co napisał, ale ja zrobiłam kopię i schowałam. Ta pierwsza wersja, wyrzucona, była zupełnie inna niż ta, która się dopiero co ukazała. Było z czego się pośmiać i popłakać. Stwierdziłam, że ma dobre pióro, ale w końcu przestałam go namawiać, bo zawsze a to sanki z dziećmi, a to lekcje, a to coś.

Aż nadszedł odpowiedni czas i Krzysiek napisał „Moją żonę tramwajarkę”. Ja nie chciałam z tym mieć nic wspólnego, bo wiedziałam, że jak ja będę decydować, co tam ma być, to ze trzy czwarte wyrzucę. Więc mu powiedziałam: „Facet, chcesz, to pisz”. Potem się opanowywałam, żeby się nie wtrącić. A jak skończył, długo nie chciałam jej czytać. Aż przeczytałam jednym tchem, w parę godzin. Ale w sumie mogłabym nie czytać w ogóle. Bo przecież to sama prawda i nasze życie.

***

Henryka Krzywonos-Strycharska - ur. w 1953 r., uczestniczka i organizatorka gdańskich strajków w 1980 r., sygnatariuszka Porozumień Sierpniowych. Jej słowa „Ten tramwaj dalej nie pojedzie”, wypowiedziane 15 sierpnia 1980 r., rozpoczęły strajk komunikacji w Gdańsku. Przez wiele lat prowadziła rodzinny dom dziecka, założyła fundację pomagającą rodzinom w potrzebie. Na Kongresie Kobiet w 2009 r. otrzymała tytuł Polki Dwudziestolecia. Właśnie ukazała się książka „Moja żona tramwajarka” - opowieść Krzysztofa Strycharskiego o żonie.

Henryka Krzywonos będzie bohaterką spotkania „Kobiety wiedzą, co robią”, które odbędzie się 6 kwietnia w Warszawie. Z nią oraz z Martyną Wojciechowską i Joanną Scheuring-Wielgus porozmawiamy o kobiecej sile, odwadze i determinacji w realizowaniu celów. Zapytamy też o samodzielne macierzyństwo, podpowiemy i pokażemy, że każda i każdy z nas może zrobić coś dla planety - wystarczy, że będzie „less waste”.

Ale żeby walczyć, działać, pomagać, wychowywać, pracować, trzeba mieć siłę i dobrze czuć się samej z sobą. Dlatego nauczycielka jogi Basia Tworek wyjaśni, jak dobry związek z własnym ciałem wzmacnia duszę i umysł. 

„Kobiety wiedzą, co robią” to cykl spotkań „Wysokich Obcasów”: o kobiecym sposobie dbania o siebie, innych ludzi i o cały świat. Forum stworzone po to, by wymieniać się energią i pomysłami.

Relacja z wydarzenia będzie dostępna na serwisie wysokieobcasy.pl

Książka o Henryce Krzywonos dostępna jest w formie e-booka i audiobooka w Publio.pl >>