„Ta zima we Janowie była fest srogo. Chycił taki mróz, że miecze świetlne niy chciały sie oświycić, Chewbacca (tyn bebok kudłaty i do tego ryszawy) zapodł w syn zimowy i pedzioł, co mo ta cołko haja we kosmosie kajsik głymboko; a gizdy z Imperium błagały Lorda we Czornym Mantlu, coby posłoł ich choby na Hoth, bele niy kole Nikiszowca!”.

To opis, którym Grzegorz Chudy, akwarelista z Nikiszowca, opatrzył jedną ze swoich prac. Widać na niej dwie ciężkie maszyny kroczące na tle kopalni Wieczorek, nad którą unosi się Gwiazda Śmierci. Seria akwareli, w której Chudy umieścił w śląskim pejzażu motywy z „Gwiezdnych wojen”, jest jedną z najbardziej lubianych przez miłośników jego twórczości.

Chudy chętnie łączy motywy popkulturowe ze śląskimi widokami. Na jego akwarelach Angry Birds z popularnej gry komputerowej latają nad pozostałościami huty Uthemanna w Szopienicach, a Beatlesi przekraczają jezdnię w Nikiszowcu niczym Abbey Road. Większość akwareli ma opis po śląsku.

– Godka uzupełnia obraz, sprawia, że staje się on bardziej autentyczny. Ta sama treść przekazana po polsku i godką niesie inne emocje. Porusza głębiej – mówi Chudy.

O magii godki przekonał się w dzieciństwie, odwiedzając prababcię. – W domu z rodzicami mówiłem, u prababki żech godoł. W domu przed pójściem spać modliłem się, u prababki rzykałech. Pewnego ranka, nazajutrz po takim rzykaniu, koło łóżka znalazłem klocki Lego. Uznałem to za dowód na metafizyczną moc godki, bo kiedy modliłem się po polsku, to klocki się nie pojawiały – wspomina ze śmiechem.

Magią, którą zapamiętał z dzieciństwa, postanowił się podzielić z katowickimi przedszkolakami.

Kilka lat temu wspólnie z ówczesną dyrektorką Domu Kultury w Giszowcu wymyślili cykl zajęć „Bajtle godajom”. Ponieważ zanim zaczął żyć z malarstwa, uczył w V LO w Katowicach języka polskiego, świetnie odnalazł się w roli nauczyciela godki, który odwiedza przedszkola i wyjaśnia, czym są kołoczek albo tyta. – Dzieci bardzo się ekscytują. Wołają: „A mój tata też mówi: izba!”, „A mój dziadek też opowiada, że pracuje na grubie!” – opowiada artysta.

Zauważył, że godki chętnie uczą się też dzieci z rodzin, które sprowadziły się na Śląsk, ale nie mają tu korzeni: – Rodzice opowiadają mi potem, że syn czy córka nie chcą już rano wkładać spodni, tylko galoty, a na śniadanie wolą klapsznitę od kanapki.

Żodyn ni wiy, iże jeżech psym

Kiedy Chudy sam był dzieckiem, posługiwał się równolegle dwoma językami. – Na placu z kolegami czy na wakacjach z harcerzami z hufca Rybnik się godało. Ktoś, kto nie poradził godać, miał słabe szanse na przetrwanie. Jednego kolegę, który nie godał, wysłaliśmy po kibel sztromu – wiadro prądu. Wrócił z wiaderkiem, ale piasku. Później przekonywał, że to sztrom w granulkach – wspomina Chudy.

Przez nauczycieli godanie nie było mile widziane. – Nie piętnowali nikogo z tego powodu, ale konsekwentnie zwracali uwagę. Może chodziło o to, by dwujęzyczne dzieci umiały odróżnić, gdzie biegnie granica między obiema mowami? – zastanawia się Chudy.

Adrian Górecki, założyciel śląskiego biura językowego PoNaszymu.pl, uważa, że właśnie taka była intencja nauczycieli, którzy także w jego szkole w Rudzie Śląskiej naciskali na uczniów, żeby godkę zostawiać w domu. – Dla mnie godka była czymś tak naturalnym, że trudno było mi uwierzyć, iż pewnych słów nie można używać w wypracowaniu z polskiego. Gdy miałem siedem, osiem lat, sprzeczałem się z polonistką o słowo „zmierzły”, którego ona w napisanej przeze mnie pracy nie chciała zaakceptować – wspomina.

Chudy bardzo świadomych użytkowników godki, którzy wręcz obnosili się z jej znajomością, poznał podczas studiów polonistycznych. Górecki zainteresował się godką na poważnie, przygotowując prezentację maturalną. – Wybrałem temat śląskiej mowy jako tworzywa literackiego. Zacząłem szukać materiałów. W końcu postanowiłem promować godkę – opowiada.

Najpierw stworzył facebookowy fanpage „Ślonski suchar na dzisiej”, na którym zaczął publikować memy po śląsku.

Chyba każdy internauta zna najsłynniejszy z nich, z kundelkiem, który siedząc przy komputerze, mówi: „We internecie żodyn ni wiy, iże jeżech psym. Żodyn”. Potem śląskie hasła Górecki zaczął umieszczać na koszulkach, ale prawdziwa praca zaczęła się w Towarzystwie Kultywowania i Promowania Śląskiej Mowy „Pro Loquela Silesiana”. Ma ono na koncie m.in. wydanie „Górnoślonskiego ślabikorza”, pierwszego śląskojęzycznego elementarza dla podstawówek.

Jednym z dużych komercyjnym projektów, nad którym Górecki wówczas pracował, było przetłumaczenie systemu dla smartfona Samsung. Potem postanowił założyć PoNaszymu.pl, jedyne na świecie biuro tłumaczeń, które specjalizuje się w śląskiej godce. Okazało się, że zapotrzebowanie na takie usługi jest ogromne. Potencjał mówienia do śląskich klientów w najbliższym ich sercu języku doceniły Coca-Cola i Tchibo oraz katowickie centra handlowe, na których zamówienie Górecki tłumaczył materiały promocyjne.

– Wykorzystanie godki w kampaniach reklamowych porusza emocje i przykuwa uwagę. Godka jest „szerowalna”. Ludzie chętnie robią sobie zdjęcia na tle billboardów ze śląskimi hasłami, wrzucają fotki na Facebooka. Wykorzystanie godki generuje darmowy ruch w mediach społecznościowych – wyjaśnia Górecki.

Ślązacy to nie separatyści

Według Narodowego Spisu Powszechnego z 2011 r. etnolektem śląskim posługuje się 529 tys. osób, w dodatku zamieszkujących prężnie rozwijający się region, więc roli godki nie można nie doceniać.

Sukcesem okazało się kolejne przedsięwzięcie biura PoNaszymu.pl – pierwszy na świecie internetowy wideokurs śląskiej godki. Jego uczestnicy w trzy tygodnie mogą się nauczyć ponad 2 tys. najpopularniejszych słów i zwrotów. Poznają również śląską gramatykę i pisownię, a także historię Śląska, tradycję i obyczaje w regionie, a nawet przekleństwa i tzw. false friends – zwroty, które mimo że brzmią tak samo jak w języku polskim, po śląsku znaczą coś zupełnie innego.

Przez nieco ponad pół roku od uruchomienia kurs ukończyło prawie 200 osób, kolejnych 50 się uczy. – Większość naszych kursantów to Ślązacy, którzy nie nauczyli się godać w domu. Sporo jest też osób, które wyjechały za granicę i nie chcą utracić kontaktu z ojczystą mową, pragną przekazać ją dzieciom – mówi Górecki.

Większość uczestników pobiera certyfikat poświadczający ukończenie kursu. Górecki: – Wiem, że sporo osób wpisuje to do CV. Dla pracodawcy może to być dowód, że kandydat interesuje się czymś wyjątkowym, ale też, że ma nietypową umiejętność, która może się przydać w pracy. Ja sam oprócz promocji godki zawodowo zajmuję się działalnością na rzecz pacjentów z chorobami przewlekłymi.

Często korzystam z godki, aby ubarwić swoje prezentacje i przykuć uwagę słuchaczy.

Jednym ze współpracowników Góreckiego w PoNaszymu.pl jest Grzegorz Kulik, rodem z Bytomia. Do pracy na rzecz godki zaczął dojrzewać, gdy poza Śląskiem został zaatakowany za samo bycie ze Śląska. – Powiedziano mi, że mamy się wynosić do Niemiec, że chcemy rozbicia dzielnicowego i że powinno się nas wystrzelać – mówi Kulik.

Prowadzi m.in. wideoblog „Chwila z godkom”, jest też autorem śląskiej wersji „Euro Truck Simulator 2”, pierwszej gry komputerowej po śląsku, i tłumaczenia na śląski filmu „Gwiezdne wojny: nowa nadzieja”. Niedawno zasłynął jako autor śląskich przekładów powieści „Drach” Twardocha, „Małego Princa” („Małego Księcia”) Saint-Exupéry’ego i „Godnij Pieśni” („Opowieści wigilijnej”) Dickensa: – Chciałem dać ludziom możliwość kontaktu ze sztuką wyższą po śląsku. Tego nam brak, bo przez ostatnie 70-100 lat śląski erodował. Przyzwyczailiśmy się, że jeśli mamy do czynienia z wykorzystaniem śląskiego we współczesnej twórczości, to jest to zwykle kabaret albo rubaszna rozrywka. Tymczasem po śląsku można mówić i pisać elegancko.

Godka jest modna. Koszulki, memy, piosenki na Fejsie.Godka jest modna. Koszulki, memy, piosenki na Fejsie. 

Moja babiczka pochodzi z Pawłowic

Kulik zapewnia, że pracując nad przekładem „Godnij Pieśni”, „Małego Princa” czy „Dracha”, nie miał żadnych trudności, jeśli chodzi o stronę językową: – Cała potrzebna terminologia istnieje. Na przykład „filozofia” po śląsku to „filozofijo”. W języku ludów Amazonii, które funkcjonują w oderwaniu od reszty cywilizacji, odpowiednika tego słowa może nie być. Ale śląski istniał od zawsze w centrum Europy.

Trudniej było ze stroną artystyczną. Śląski przez dziesięciolecia nie był mową elit, spopularyzowały się głównie mniej eleganckie sformułowania. – W efekcie niektórzy czytelnicy przetłumaczonych przeze mnie książek zarzucali mi, że nie powinienem pisać „noga”, lecz „szłapa” lub „szwaja”. Oczywiście, że są to słowa bliskoznaczne, ale o innym ładunku emocjonalnym. To tak jak angielskie „face” i „snout” czy polska „twarz” i „gęba” – wyjaśnia Kulik.

Postanowił stworzyć elektroniczny translator polsko-śląski. Wprowadził do bazy 941 tekstów literackich i publicystycznych napisanych od 1574 r. do dziś.

Występuje w nich 1 mln 102 tys. 837 słów. Początkowo baza miała posłużyć do usprawnienia metody statystycznej translatora, ale – mówi Kulik – projekt wymknął się spod kontroli. Translator stał się projektem pobocznym, a głównym – korpus języka śląskiego, który wzorem np. narodowego korpusu języka polskiego jest zbiorem tekstów służących badaniom lingwistycznym. – Musimy przywrócić naszej mowie należne jej miejsce w literaturze czy nauce – wyjaśnia.

Podobny cel przyświeca Dominice Kierpiec-Kontny, znanej pod pseudonimem Śląsko Bajarka. 29-latka z Żor jest wiolonczelistką, absolwentką Akademii Muzycznej w Katowicach. Występowała na płytach m.in. Justyny Steczkowskiej. Jest laureatką wielu nagród jako instrumentalistka i wokalistka, a na co dzień występuje w Żorskim Teatrze Muzycznym. – Moja babiczka jest z Pawłowic. Tam używa się już właściwie gwary cieszyńskiej, melodyjnej, z wyraźnymi wpływami czeskimi. Zawsze bardzo mi się podobała, podobnie jak krótkie, dosadne hasełka rzucane przez babcię i pasjonujące historie, którymi sypie jak z rękawa. Już jako dziecko byłam nimi tak zafascynowana, że zaczęłam je spisywać – opowiada Kierpiec-Kontny.

Duńczycy mają hygge, my śląskość

W czasie studiów nawiązała współpracę z wiolonczelistą Adamem Olesiem. Wspólnie opracowali jazzowe aranżacje śląskich pieśni zebranych przez Adolfa Dygacza. Tak powstała płyta „Hurdu hurdu”. Ludowe inspiracje w połączeniu z muzyką jazzową i akustyczną wykorzystała także w swoim zespole Sąstąd. – Pewnego dnia pomyślałam, że chciałabym być jak babcia: zachwycać dzieci opowieściami o Śląsku i edukować je muzycznie na wysokim poziomie. Tak zostałam Śląską Bajarką – opowiada.

Dla tych, którzy poradzą godać, wyjaśnia to tymi słowy: „Downo downo tymu fest żech się znyrwowała na to, że ten nasz pikny Śląsk cołki czos się kojarzy z krupniokami, wodzionkom i szpetnym powietrzem”. Dlatego postanowiła połączyć swoje pasje: wiolonczelową, plastyczną i teatralną. Z tego „miszungu” powstała audycja muzyczna skierowana do przedszkolaków i uczniów młodszych klas podstawówek. Mniej więcej 40-minutowy występ wypełniają pieśni regionalne i zadania inspirujące dzieci do skojarzeń z gwarą śląską i lokalnymi tradycjami, wzmacniające ich poczucie tożsamości. – Razem śpiewamy, bawimy się, robimy z bajtlami larmo. Godka jest nośnikiem uczuć i naszej tożsamości. Jestem energiczną śląską babą, która jest jak godka: emocjonalna, dosadna. Jeśli nie będziemy pielęgnować godki, umrze część naszego charakteru – mówi.

Jej zdaniem renesansowi śląskości sprzyja moda na nurty eko sławiące bycie blisko natury i rodziny, spędzanie czasu w domowej oazie szczęśliwości. Stąd np. popularność duńskiego hygge. Kierpiec-Kontny: – Mam nadzieję, że uda mi się przekazać młodym ludziom, że nasza historia nie jest czymś odległym, co możemy zamknąć w muzeum, ale że jest dziedzictwem, które możemy kontynuować i fedrować w tej bogatej kopalni, i wydobywać z niej to, co dla nas dziś najcenniejsze.

Podobnie widzi to Monika Kudełko, twórczyni pracowni projektowej QDizajn. Personifikacją śląskiego ducha jest dla niej Śląsko Muter, postać, którą stworzyła, wzorując się na swojej mamie, ale przede wszystkim na babci. Muter to tęga jejmość, zwykle z chmurną miną, ubrana w błękitną podomkę w groszki i uzbrojona w wałek do ciasta. Jest bohaterką tworzonych przez Kudełko memów. „Weź łobiyraczka i łostrugej kartofle. Hned kluski trza bydzie kulać” – rozkazuje Muter. „Te, na kero ty mosz, że ty jeszcze w betach leżysz?” – strofuje leżącego w łóżku męża. „Ni być taki do przodku, bo cie ze zadku braknie” – pacyfikuje wszelkie próby buntu.

– Na Śląsku więzy rodzinne są bardzo ważne, a głową rodziny jest kobieta. Muter czy oma, która w zopasce warzy łobiod, wszystkich zawsze przypilnuje i zawsze się doczepi. Postać stworzyłam trochę dla szpasu, czyli dla żartu, ale ludzie stąd pokochali ją, bo jest ciepła i chyba każdy na Śląsku miał lub ma taką muter czy omę – mówi Kudełko.

Jej zdaniem relacje rodzinne na Śląsku są inne, głębsze niż w pozostałych częściach Polski. – W Warszawie żyje się szybko, ludzie często nie mają czasu regularnie spotykać się z najbliższymi. Na Śląsku też mamy mnóstwo pracy, ale niedzielne wyjście do babci na roladę z kluskami i modrą kapustą to rytuał – mówi.

W gipsdeka klupie z dołu opa krykom

Pewnie właśnie z zamiłowania do manifestowania swojej śląskości wzięła się popularność koszulek projektowanych pod szyldem QDizajn. Ciekawe grafiki w parze ze śląskimi napisami robią furorę: „Richtich gryfno frelka”, „Keep calm i godej po ślonsku”, „Bodnij mie w rzić”.

– Pierwsze grafiki zaczęłam robić i publikować na Facebooku sama dla siebie – opowiada Kudełko – bo jako absolwentce projektowania graficznego w ten sposób najłatwiej było mi zabrać głos w dyskusji na temat śląskości. Strasznie denerwowało mnie, że znajomi spoza Śląska uważają, że u nas są tylko kopalnie, hałdy i węgiel, a ludzie, którzy godają, to tumoki niepotrafiące mówić po polsku. Ja skończyłam dwa kierunki studiów, po polsku mówić umiem, ale gdy słyszę śląską mowę, momentalnie przełącza mi się cypelek w głowie i zaczynam godać: z sąsiadkami, ze sprzedawczynią w osiedlowym sklepie. Nigdy nie proszę tam o bułkę, zawsze o żymłę.

Kudełko z rodzicami nie godała. Nauczyła się tego na placu i na klopsztandze, czyli na podwórku i na trzepaku. Choć w podstawówce nauczyciele ją poprawiali, to w technikum profesorowie sami godali z uczniami. Kiedy studiowała w Wyższej Szkole Technicznej w Katowicach i w Wyższej Szkole Informatyczno-Medycznej w Chorzowie, rówieśnicy, którzy godać nie poradzili, prosili często, by powiedziała coś po śląsku. Ale niektórzy znajomi podchodzili do tego wrogo, dlatego część pracy magisterskiej poświęciła stereotypom dotyczącym Górnego Śląska, a w części stworzyła „Ślonsko Grajfkę”, czyli „Eurobusiness” po śląsku. Zamiast nieruchomości w Neapolu, Sewilli czy Wiedniu gracz kupuje Muzeum Śląskie w Katowicach lub kopalnię Guido w Zabrzu i stawia familoki w Nikiszowcu czy Zandce.

Jednak prawdziwą furorę zrobił cykl zaprojektowanych przez nią plakatów filmowych. Kudełko przeniosła akcję kinowych hitów na Śląsk i przełożyła ich tytuły na godkę. Zamiast „Facetów w czerni” mamy zatem „Chopów w czarnych ańcugach”, a na plakacie zamiast Willa Smitha i Tommy’ego Lee Jonesa widzimy górniczy mundur. Zamiast „King Konga” jest „Sroga afa” i małpa wdrapująca się na katowicki wieżowiec Altus. Kudełko: – Plakaty i koszulki zamawiają u mnie nie tylko ludzie stąd. Ostatnio napisała do mnie dziewczyna, która przeprowadziła się na Śląsk znad morza i tak zakochała się w naszej kulturze, że postanowiła zamanifestować to, nosząc T-shirt ze śląskim napisem.

Podobne doświadczenia ma Magdalena Janoszka z zespołu Frele, który dwa lata temu zadebiutował na YouTubie piosenką „Achim”, śląskim coverem „Hello” Adele. „Mom dla Ciebie rolada, kluski, modro kapusta, robiony makaron przez maszinka, mom bajzel na blacie, od rana warziłach, Achim puć” – śpiewały czystą ślążczyzną i anielskimi głosami trzy absolwentki AM w Katowicach.

Rok później trio wystąpiło na sylwestrowym koncercie przed Spodkiem, transmitowanym przez Polsat, z coverem „Despacito” Luisa Fonsi. „Dejta cicho, już nie róbta larma dzisiej z tom muzykom, bo w gipsdeka klupie z dołu opa krykom, a za ścianmo nyno Brajnek z Dżeskikom”. – Na nasze koncerty przychodzą nie tylko Ślązacy. Ostatnio przyjechała grupa dziewczyn z Łodzi. Specjalnie wynajęły busik, bo miały ochotę na szalony babski wypad i chciały się pobawić przy naszej muzyce. Śląsko godka budzi coraz częściej pozytywne skojarzenia. Jednoczy, zachęca do zabawy – mówi Janoszka.

Jej zdaniem wpływ na to ma również fakt, że zmienił się oficjalny stosunek do godki: – Za czasów naszych dziadków za używanie godki w szkole można było dostać linijką po łapach. Teraz w szkołach są lekcje edukacji regionalnej. Dlatego współczesna młodzież godki się nie wstydzi, lecz jest z niej dumna.

Grzegorz Chudy: – Cieszę się z mody na godkę, ale też z tego, że dla coraz większej grupy osób podążanie za modą to tylko pierwszy krok do prawdziwej przygody ze śląskością. Najpierw zakładasz koszulkę ze śląskim hasłem, uśmiechasz się, słysząc piosenkę Frel. Niektórzy przy tym zostają, ale inni chcą więcej. Sięgają po śląską wersję „Dracha” czy „Małego Princa”. Do pewnych rzeczy trzeba po prostu dojrzeć.

***

Kobiety wiedzą, co robią

Grażyna Wolszczak będzie jedną z bohaterek naszego spotkania w Rybniku. Będziemy rozmawiać m.in. o tym, jak smog niszczy zdrowie nasze i naszych dzieci, naszą urodę i jak się przed nim bronić. Będzie też z nami Marta Fox, pisarka, autorka bajki „Smog nas zje”, Katarzyna Musioł, pediatra, onkolog, hematolog, oraz Judyta Mojżesz z Rybnickiej Rady Kobiet.

Przyjrzymy się też kobiecemu zarządzaniu. Co takiego jest w Ślązaczkach, że świetnie sprawdzają się w biznesie? Czego potrzebują, żeby się wzmocnić, a co je hamuje? Podczas rybnickiej konferencji można będzie wziąć udział w bezpłatnych warsztatach: niektóre pobudzą do działania, inne zrelaksują lub wskażą nowe ścieżki. Będzie m.in. o nalewkach, o tym, jak zadbać o siebie, i o jodze.

„Kobiety wiedzą, co robią” to cykl spotkań „Wysokich Obcasów”: o kobiecym sposobie dbania o siebie, innych ludzi i o cały świat. Forum stworzone po to, by wymieniać się energią i pomysłami.

Zapraszamy w sobotę 23 marca do Powiatowej i Miejskiej Biblioteki w Rybniku. Początek o godz. 10.

Wstęp jest wolny.

Wyborcza to Wy, piszcie: listy@wyborcza.pl