Łukasz Pilip: Zaczęło się od WF-u.

Maciej Lepiato: Byłem w trzeciej gimnazjum. Nauczyciel zorganizował klasowe zawody w skoku wzwyż. Nikt z nas, uczniów, nie uprawiał wcześniej tej dyscypliny. Mieliśmy typowo szkolne warunki: dwa materace, zamiast poprzeczki – guma, której jeden koniec trzymał wuefista, a drugi przyczepiliśmy do drabinek. Skakaliśmy nożycami. Nie kładliśmy się w powietrzu, tylko przerzucaliśmy nogi. Najlepszy z kolegów walnął metr czterdzieści. Dla mnie mało. Skoczyłem metr pięćdziesiąt, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt. I nagle dzwonek! Przerwaliśmy zajęcia.

Wieczorem usiadłem do komputera. Wysmarowałem e-maila do każdego lubuskiego klubu lekkiej atletyki. Zaznaczyłem, że skoczyłem sto siedemdziesiąt centymetrów. Że chciałbym trenować. Pytałem, czy dostałbym internat.

Odpisał ktoś?

Nie. Zero wiadomości. Przełom był dopiero dwa lata później, w liceum. Znowu lekcja wychowania fizycznego. Nauczyciel zauważył, że ładuję piłkę do kosza. Po zajęciach opowiedział mi o sekcji lekkoatletycznej niedaleko szkoły. Pobiegłem tam. Na wejściu trener zapytał mnie o wiek. „Prawie osiemnaście? Jak na początek kariery, to stary jesteś. Ale trenować ci nie zabronię. Skakałeś już coś? Metr siedemdziesiąt? Przyjdź jutro i udowodnij”. Następnego dnia założył mi poprzeczkę właśnie na tej wysokości. Rozbiegłem się, skoczyłem nożycami, zostało jeszcze sporo zapasu. Trener zrobił wielkie oczy: „Nożyce? Tak wysoko? Oj, chłopie, będziesz trenował”. Na tym samym treningu nauczyłem się flopa, czyli prawidłowego technicznie skoku, który widzi pan w telewizji. Skakałem wysoko, ale słabo technicznie. Wyglądałem jak worek ziemniaków przerzucony nad poprzeczką.

Trener wiedział, że jest pan niepełnosprawny?

A gdzie tam. Uważał, że skoro przyszedł taki Lepiato na trening, skakał tyle co inni, to niech z nimi konkuruje.

Myślałem podobnie. Końsko-szpotawą lewą stopę uważałem za coś naturalnego. Od dziecka biegałem z unieruchomionym stawem skokowym, utykałem, miałem nogę krótszą o cztery, pięć centymetrów i chudziutki mięsień łydki. Gdy stawałem na palcach prawej stopy, lewa zwisała. Ale wciąż pozwalała skakać! Tłumaczyłem sobie to tak: są ludzie niscy, wysocy, szczupli i przy ciele. A ja mam dziwną nogę. Nie ukrywałem jej długimi spodniami. W dodatku podczas każdego WF-u wyróżniałem się sprawnością fizyczną.

Wie pan, dlaczego tak głupio o sobie myślałem? Stereotypy. Dla mnie niepełnosprawni jeździli na wózku, chodzili z białą laską, nie mieli ręki.

Ale zmienił to 2006 rok.

Byłem już zaprawionym zawodnikiem wśród pełnosprawnych. Skakałem dwieście pięć centymetrów. Dawało to dziesiątą pozycję w województwie, a w Polsce okolice pięćdziesiątki. Znałem swoje miejsce w szeregu, nie odpuszczałem. Po każdych zawodach, nawet jeśli odpadałem jako pierwszy, nie zwijałem plecaka. Zostawałem, podpatrywałem innych, notowałem. Nawet podchodziłem do konkurentów, pytałem o technikę.

I właśnie w 2006 roku dostałem telefon. Dzwonił facet, który przedstawił się jako trener kadry osób niepełnosprawnych. Mówił, że słyszał o mnie i mojej stopie, że spełniałbym wymogi, aby startować z niepełnosprawnymi. Pomyślałem: to na pewno jakieś jaja, przecież nie choruję. Ale on ciągnął dalej: „Pana wynik w skoku wzwyż jest jednym z najlepszych na świecie. To co, wpadnie pan do Gorzowa na rozmowę?”.

Spakowałem się i pojechałem. Pogadaliśmy, trener wytłumaczył mi, czym jest paraolimpiada, bo nigdy wcześniej o niej nie słyszałem. Zgodziłem się trenować. Wkrótce stanąłem przed komisją niepełnosprawności. Dostałem grupę umiarkowaną. Nie chciałem się rozdrabniać, dlatego przestałem startować z pełnosprawnymi. W klubie miałem rehabilitanta, terapeutę, nie było problemu z dojazdem na zawody, dostawałem suplementy.

Martwiłem się tylko klubowym wyjazdem na obóz. Jechałem pociągiem do Wisły i całą drogę zastanawiałem się, co będę robić z niepełnosprawnymi sportowcami. Smucić się, płakać nad ich losem? Dopiero gdy zaczęliśmy wspólnie trenować, stwierdziłem, że jeszcze nie byłem na tak udanym obozie. Najbardziej urzekł mnie dystans do siebie. Ci sportowcy śmiali się z własnych chorób. Nie obrażali się. Stale żartowali: „Nie denerwuj mnie, bo jak ci przyłożę, to od razu dostaniesz wyższą grupę”.

Czytaj również: Dzieci czasem krzykną: "On nie ma ręki!", a on jest wicemistrzem świata

Wtedy zaczęły się pana problemy.

Często sportowcy niepełnosprawni mają przed zawodami komisję lekarską, która sprawdza, czy nie oszukują z chorobą. Na mistrzostwach Polski w 2006 roku startowałem bez przeszkód. Zaakceptowała mnie komisja, zdobyłem złoto w skoku wzwyż, w dal i jeszcze brąz w biegu na sto metrów.

Ale w tym samym roku chciałem startować z zagranicznymi zawodnikami. Pojechałem do Dublina na mistrzostwa świata juniorów. Tam kolejna komisja lekarska, w której nikt nie mówił po polsku. Jej członkowie nie wiedzieli, co ze mną zrobić. Poprosili, bym stanął na palcach chorej nogi. Nie potrafiłem. Więc zdecydowali, że warunkowo wypuszczą mnie w zawodach. Chcieli zobaczyć, czy nie symulowałem. Nagrywali mój start. Zauważyli minimalną ruchliwość lewej stopy. Nie pomyśleli o tym, że przy zgięciu kolana podnosiła się pięta, a noga sama szła na palce. Przez to dostałem zakaz startowania. Brak klasyfikacji zabrał też możliwość wystąpienia na igrzyskach w Pekinie.

Wtedy, w Dublinie, nie znałem angielskiego, nie potrafiłem czegokolwiek wytłumaczyć. Nie miałem trenera klubowego obok, poleciałem z trenerem, którego nie znałem. A on po komisji podszedł do mnie, poklepał po plecach i rzucił: „To co, Maciek? Jesteś w Irlandii na koszt państwa. Nigdy nie byłeś za granicą. Korzystaj z wycieczki”. Podłamałem się. Zadzwoniłem do trenera klubowego, a on: „Tylko nie rzucaj sportu. Na następne zawody pojadę z tobą. Przygotujemy dokumenty”.

Później było jeszcze gorzej. Za trzy tygodnie zdawałem na AWF. Musiałem pójść do lekarza medycyny pracy. Ten stwierdził, że nie poradzę sobie na uczelni. Oblał mnie.

I co wtedy?

Pomyślałem: skoro dla jednych jestem zbyt zdrowy, dla innych zbyt chory, to co mam w życiu robić? Została chyba tylko łopata. Ale zawziąłem się. Poszedłem do innego lekarza, który podważył decyzję poprzednika. Mogłem studiować. Wróciłem do skakania ze zdrowymi zawodnikami. Sam dokładałem do sportu. Nigdy nie pytałem jak niektórzy młodzi sportowcy: a co ja będę miał ze skakania? Poza tym chciałem, by moja sprawa z Dublina przycichła. Środowisko paraolimpijczyków jest małe, sam pan rozumie, druga międzynarodowa komisja lekarska musiałaby podważyć orzeczenie kolegów. Dlatego na następne zawody zagraniczne dla niepełnosprawnych wybrałem się cztery lata później. 2010 rok, Ołomuniec i moje ostatnie mistrzostwa świata jako juniora. Pojechałem z trenerem klubowym, tłumaczem, dokumentacją lekarską, którą przetłumaczyłem na angielski, francuski, niemiecki. Stanąłem przed komisją i się załamałem. Siedział ten sam facet, który usadził mnie cztery lata wcześniej. Był po siedemdziesiątce. Łudziłem się, że może nie ta pamięć. Ale on zaczął się przyglądać. Spojrzał w dokumenty, poczytał i powtórzył: „Lepiato, Lepiato, Lepiato... Dublin!”. Gorąco mi się zrobiło. Ale zbadał mnie ponownie. Nie rozumiał, dlaczego w Dublinie zostałem oblany. Pozwolił mi startować.

Czytaj również: Agnieszka, autorka ''Z dołu'': To jest blog o tym, że mam stwardnienie rozsiane, siedzę na wózku i mam dziecko

Tak, za całe cztery lata.

W Ołomuńcu wygrałem. Skoczyłem dwa metry i podziękowałem. Mogłem więcej, ale po co? Wynik dawał już złoty medal, a przy tym rekord Europy. Tak zacząłem zarabiać pierwsze pieniądze. Później zwyciężyłem w pięcioboju w Grudziądzu. Dostałem za to 3 tys. zł. Szok. Byłem wówczas biednym studentem, kupowałem z kumplami paczkę pierogów i starczało nam na cztery dni. Nie wiedziałem, co zrobić z taką kasą.

Następnie wystartowałem w mistrzostwach świata w Nowej Zelandii. Znowu złoto. Znowu rekord bez przesadnego wychylania się – dwieście jeden centymetrów. Dostałem za niego pieniądze. Choć zawsze skupiałem się tylko na skakaniu, a nie na kasie, to na tej imprezie zgarnąłem stypendium ministra. Za medal było 3,9 tys. zł miesięcznie. Gdy otrzymałem wyrównanie, oniemiałem. Na koncie zobaczyłem 16 tys. Zadzwoniłem do trenera: „Trenerze! Coś tu się nie zgadza. Mam tyle pieniędzy, że chyba trzeba je oddać”. I usłyszałem: „Ale o co ci chodzi? Wpłacono dobrą kwotę. Pamiętaj, że dzisiaj masz trening o szesnastej. Cześć”.

Potem zdobyłem jeszcze złoty medal w skoku wzwyż na paraolimpiadzie w Londynie i Rio de Janeiro.

Ale kolejnego stypendium pan nie dostał.

Zmieniły się przepisy. Ministerstwo Sportu stwierdziło, że pieniądze dostaje teraz ten, kto w finale swojej konkurencji ma przynajmniej dwunastu zawodników z ośmiu krajów. Jeśli zajmuje pan co najmniej ósme miejsce, łapie się pan na stypendium. A jeśli organizator imprezy ogranicza liczbę zawodników albo nie ma pan dwunastu konkurentów, to koniec z marzeniami o pieniądzach. Więc co z tego, że zdobyłem złoto na mistrzostwach świata w Londynie? Skok wzwyż nie spełniał wymogów ministerstwa. Nic nie dostałem. A przecież nie miałem wpływu na to, ilu zawodników będzie ze mną skakać.

Nas, niepełnosprawnych sportowców, podzieliło to stypendium. Część wybrała inne konkurencje. Ci, co skakali w dal, na przykład zajęli się biegami. Tam startowało więcej zawodników, a to szansa na pieniądze.

Na szczęście mnie ratowały dwie rzeczy. Za rekord świata płacono bez względu na przepisy. Dostawałem jedną transzę, którą rozkładałem na rok. Wychodziło 2 tys. zł miesięcznie. I w 2014 roku zgłosił się sponsor – Renault Handisport Team. Otrzymałem stypendium sportowe wraz z samochodem, którym jeżdżę na treningi do innych miast.

Został pan też ambasadorem akcji #pomagajrzeczowo.

To pomysł sponsora. Banalny, ale świetny w swej prostocie. Renault stworzyło stronę internetową, na której ogłaszają się niepełnosprawni sportowcy. Piszą o sobie, a potem dodają, czego potrzebują: czapek na zimę, dętek do wózka inwalidzkiego, odżywek, butów, rakietek do tenisa stołowego. Każdy, kto chce pomóc, może wejść na stronę, wybrać sportowca, a potem skontaktować się z nim.

Pan czegoś potrzebuje?

Na początku kariery nie miałem zwykłego dresu sportowego. Z kolei dziś brakuje mi tylko obuwia dostosowanego do chorej stopy. Niby jakoś sobie radzę: wycinam z gumowego sandała trzy centymetry spodu i wkładam do lewego buta. Żeby było bardziej stabilnie, mam jeszcze ściągacz, ortezę, bandaż. Wszystko owijam taśmą. Ostatnio biomechanicy sportowi powiedzieli mi, że przez brak porządnego buta nawet jedna trzecia mojej pracy idzie na marne. Czyli mógłbym skakać wyżej.

I być częściej pokazywanym w telewizji. Bo media nie transmitują zawodów osób niepełnosprawnych, a nawet paraolimpiad.

Na igrzyskach w Londynie Polska była jednym z niewielu krajów, które zrezygnowały z transmisji. A brytyjski Channel 4 puszczał setki godzin z naszych startów. Na trybunach był komplet kibiców. Nawet na poranną sesję od dziewiątej do trzynastej przychodziło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Żona oglądała mnie na zagranicznych kanałach z kablówki. Na szczęście telewizja publiczna zmieniła podejście. Z Rio były już transmisje.

A komentatorzy sportowi? Powtarzają, że sport to dla was, paraolimpijczyków, terapia.

Nie znoszę, nie cierpię tekstów typu: „Oto bohaterowie”, „Wspaniali herosi”. Dlatego mam prośbę: drodzy komentatorzy, proszę nas nie szufladkować, nie traktować jak głupków czy sierot, które powinny siedzieć na tyłku w domu i oglądać telewizję. My również chodzimy na stadion, ciężko trenujemy, nie bawimy się w sportową terapię.

Na przykład przed Rio dziennikarze zachowali się bardzo uczciwie. Zapytali wprost, jak mówić o niepełnosprawnych sportowcach. Odpowiedziałem: „Normalnie. Gdy piłkarze wygrają, chwalicie. Jeśli przegrają, ganicie. I tak samo traktujcie nas. Nie głaszczcie, nie różnicujcie, mniej współczucia”. Potem oglądałem transmisje, słuchałem komentatorów. Niewiele wyciągnęli z mojej lekcji. Wciąż uważali mnie za bohatera.

Maciej Lepiato – ur. w 1988 r., lekkoatleta, skoczek wzwyż, zawodnik Gorzowskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych „Start”. Czterokrotny mistrz świata osób niepełnosprawnych, dwukrotny mistrz paraolimpijski. Uhonorowany Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski

KRZYSZTOF ZUCZKOWSKI

Internetowa plaforma #pomagajrzeczowo to miejsce spotkania parasportowców potrzebujących wsparcia w postaci sprzętu z tymi, którzy chcą ich wspomóc. Platforma została stworzona przez Renault Polska w ramach programu Renault Handisport Team. Jak działa? Sportowiec z niepełnosprawnością na stronie renaulthandisport.pl/pomagajrzeczowo/ zamieszcza ogłoszenie, gdzie w opisuje siebie, swoje osiągnięcia i sportowe marzenia oraz wskazuje, jakie są jego potrzeby, np. sportowe buty, narty czy rakieta tenisowa. Następnie firma lub osoba, która chce wesprzeć zawodnika, kontaktuje się z nim bezpośrednio za pomocą poczty elektronicznej i przekazuje wsparcie. Nazwa akcji brzmi #pomagajrzeczowo, by zwrócić uwagę to, że pomoc ma charakter rzeczowy, a nie finansowy.