Salon fryzjerski od początków swojego istnienia jest bowiem miejscem spotkań i wymiany poglądów. Najlepsi styliści podkreślają, że dbałość o dobry wygląd zawsze idzie u nich w parze z dbałością o dobre samopoczucie, a fryzjer nie tylko „panem/panią od włosów”, lecz także doskonałym partnerem do dyskusji, powiernikiem, a bywa, że nawet psychologiem czy terapeutą.

– Osobiście hołduję zasadzie i praktykuję bardzo indywidualne podejście do każdej osoby, która powierza mi swój wizerunek. Moimi klientami są osoby ze wszystkich środowisk, świata polityki, biznesu oraz oczywiście mody i sztuki. Każde spotkania to nowa, inspirująca przygoda. W kameralnej atmosferze wymieniamy się różnymi emocjami, poglądami albo po prostu spędzamy przyjemnie czas. Podstawą jest oczywiście rzemiosło, to oś naszych spotkań, musi być na najwyższym poziomie i nawet jeśli jest to kolejna wizyta, nie może być nudna czy powtarzalna, chyba że dana postać jest przywiązana do szlachetnej klasyki. Mam bardzo wysoką etykę pracy i wszystkie rozmowy zostają pomiędzy mną a moim rozmówcą – opowiada o swojej codziennej pracy Sebastian Kobielski, stylista marki BaByliss Paris.

Dlaczego od samego początku tego zawodu tak chętnie zwierzamy się fryzjerom? – To branża, w której swobodnie dotyka się ludzi – wyjaśnia ten fenomen Michelle Clark, fryzjerka od ponad 30 lat i główna stylistka w Clark & Company w Nashville w rozmowie z Refinery29. Jej zdaniem istnieje silny związek pomiędzy kontaktem fizycznym i skłonnością do wyjawiania tajemnic. – Kiedy zaczynam dotykać głowy, szyi, ramion, klienci po prostu zaczynają mówić – tłumaczy. – Fizyczna odległość między nami całkowicie znika, więc dystans emocjonalny również maleje. Michelle Clark z tego samego salonu dodaje, że chodzi również o dyskrecję. – Niepisaną zasadą rządzącą naszym zawodem jest poufność. Ludzie pytają mnie o danego klienta, a ja po prostu odpowiadam, że nic nie wiem, nawet jeśli wiem wszystko – śmieje się.

Walka o fryzjera

Nie inaczej było, gdy fryzjer był usługą zarezerwowaną jedynie dla najbogatszych. Legenda głosi, że podczas ślubu per procura króla Polski Władysława IV (którego na zamku Fontainebleau zastąpił wojewoda poznański Krzysztof Opaliński) z Ludwiką Marią koronę na głowę arystokratki włożył jej ukochany fryzjer monsieur Champagne, tak by nie popsuć starannie ułożonej wcześniej fryzury. Fryzjer Champagne cieszył się tak ogromną sławą, że w Théâtre du Marais w Paryżu wystawiono o nim sztukę – komedię „Champagne le coiffeur”. Nie znamy jego prawdziwego imienia, wiadomo jedynie, że pochodził z południowej Francji, ale swój salon otworzył oczywiście w mieście świateł. Jego klientkami były niemal wyłącznie arystokratki. Ulubienicą Champagne'a była Maria Gonzaga, księżniczka mantuańska i krewna samego Ludwika XIV, która zanim została podwójną królową Polski (wyszła za mąż za dwóch Wazów: Władysława IV, a następnie Jana II Kazimierza) i przybrała imię Ludwika (w XVII-wiecznej Rzeczpospolitej nie było przyjęte, by kobiety nosiły imienia Matki Boskiej) w Paryżu prowadziła salon literacki i oczywiście… wyglądała przy tym obłędnie. Krążyły plotki, że jedna z podupadłych arystokratek kazała porwać monsieura Champagne'a na dzień przed jej jej ślubem, aby móc na wyłączność korzystać z jego cudownych rąk.

Wzajemne zaufanie i dyskrecja

Legros de Rumigny, nazywany po prostu panem Legros, był stylistą francuskiego dworu w XVIII wieku, czesał więc samą madame de Pompadour. W 1765 r. wydał pięciotomowe, bogato ilustrowane dzieło „The art of coiffure for French ladies”, w którym opisał 38 różnych stylów fryzur. Cztery lata później założył szkołę dla fryzjerów – Akademię Cloisters of the Ladies Françoises, która pomogła w tworzeniu fryzjerstwa jako zawodu, choć, co często pomijane jest w jego biogramach, sam kształcił się najpierw na szefa kuchni. Twierdził zresztą, że kulinaria i fryzjerstwo mają ze sobą wiele wspólnego – w obu tych sztukach najważniejsze są: proporcje i pasja. Los nie oszczędził Legrosa, w 1770 r. podczas obchodów ślubu delfina Louisa Auguste’a, przyszłego króla Ludwika XVI, z arcyksiężniczką Marią Antoniną, słynny fryzjer został zmiażdżony przez tłum. Prawdopodobnie był to tragiczny przypadek, choć niektórzy twierdzili, że „Legros miał po prostu zbyt długi język” i wielu chętnych, by pomóc mu opuścić ten świat.

Jak było naprawdę, nie dowiemy się pewnie nigdy, faktem jest, że wraz ze śmiercią ulubienicy madame de Pompadour nastała nowa moda fryzjerska, której symbolem była ikona stylu królowa Maria Antonina. Ale nie byłoby charakterystycznej, bogato zdobionej fryzury żony króla Ludwika XVI, gdyby nie jej ukochany fryzjer – wielbiciel i znawca opery Monsieur Léonard. Jego historia to gotowy scenariusz na film: Léonard Autie, bo tak naprawdę się nazywał, fryzjerstwa uczył się w południowej Francji. Są dowody, że pobierał nauki w Montpellier i Bordeaux, ale jego twórczy geniusz nie był w stanie wygrać z modą panującą wśród burżuazyjnych dam tych konserwatywnych miast. Aby móc realizować swoje artystyczne marzenia, młody fryzjer wyruszył w podróż do Paryża pieszo – jak mówił później – jedynie z „wielką paczką próżności i grzebieniem w kieszeni”. Uczesanie, które Léonard zaproponował Marii Antoninie, nazywało się profesjonalnie „pouf”, a więc „spuchnięty”. Jego bazą był worek, czyli „chinion”, najczęściej wypchany bawełną lub innym łatwym do formowania materiałem. Taką podstawę wbijano w skórę głowy za pomocą długich szpilek, a następnie maskowano zaczesanymi do góry naturalnymi włosami lub sztucznymi treskami. Po tym, gdy królowa Maria Antonina pokazała się po raz pierwszy w takim uczesaniu, wysoka fryzura stała się modna nie tylko we Francji, lecz także w całej Europie. Panie nosiły coraz większe i bardziej zdobione wersje. U najbardziej wyrafinowanych elegantek „pouf” sięgał nawet 60 centymetrów, co sprawiało, że podróżowanie powozem stawało się logistycznym koszmarem. Niektóre panie siadywały więc na podłodze, inne wystawiały głowę przez okno karety. Cóż to musiał być za widok!

Fryzjer królów, król trendów

Zanim królowa dała Francji pierwszego, bardzo wyczekiwanego następcę tronu, groziła jej całkowita utrata włosów. Léonard miał powody do obaw – wraz z włosami Marii Antoniny straciłby przecież całą swoją moc, supremację, dzięki której mógł otwierać serca dam dworu i paryskich elegantek, a także… ich portfele. Léonard przekonał wówczas królową, że jego nowa fryzura „fryzura à l'enfant” (czyli w stylu dziecka) spotka się z takim samym entuzjazmem jak uczesania lansowane przez niego wcześniej. Piękne włosy królowej opadły pod nożyczkami Leonarda, a po zaledwie dwóch tygodniach wszystkie panie na dworze także zmieniły uczesanie na krótsze.

Léonard sam dyktował zasady gry i to nawet królowej. Jego salon w Paryżu pękał w szwach, dlatego mógł zaspokajać potrzeby Marii Antoniny jedynie w niedzielę, w resztę dni na dworze zastępował go młodszy brat – Jean-François. Ale królowej to nie przeszkadzało, uważała bowiem Léonarda za swojego największego powiernika, a nawet przyjaciela. Co z tego, że trudno dostępnego, skoro tak biegłego w sztuce konwersacji i… plotkowania! Maria Antonina tak bardzo wspierała Léonarda, że gdy ten zebrawszy już spory majątek, postanowił zająć się na poważnie swoją drugą wielką pasją, którą była opera, nie tylko nie miała nic przeciwko, choć niewątpliwie ucierpiała na tym jej fryzura, lecz także wsparła swojego byłego już fryzjera, poznając go z ludźmi świata kultury i ponoć pożyczając sporo pieniędzy.

Na początku XIX wieku fryzjerstwo w Europie nadal było usługą przeznaczoną dla zamożnych, inaczej było już w Stanach Zjednoczonych. Najsłynniejszą fryzjerką tej epoki w USA był Marie Laveau, na wpół legendarna „królowa voodoo”, która układała włosy ówczesnym pięknościom Nowego Orleanu, a przy okazji wysłuchiwała ich zwierzeń i udzielała rad. Wiele z tych kobiet postrzegało Marie jako najlepszą przyjaciółkę, przy okazji zdradzając jej najintymniejsze tajemnice swojego życia.

Inteligentny sprzęt zamiast inteligentnej rozmowy

W dwudziestym wieku fryzjerstwo stało się powszechnie dostępną usługą. Tak popularną, że niektóre elegantki, także w Polsce, chodziły do swojego ukochanego fryzjera nawet codziennie przed pracą – na przykład na samo mycie albo czesanie włosów. I choć przez lata trendy fryzjerskie uległy sporym zmianom i dziś mało kto może pozwolić sobie na codzienne wizyty u ukochanego fryzjera, wciąż jest to jeden z tych zawodów, którym ufamy najbardziej.

Według brytyjskich badań Ipsos MORI fryzjerzy w kategorii niezawodności plasują się wyżej niż tradycyjne zawody zaufania społecznego takie jak policjanci czy księża. – Dlaczego klienci dzielą się swoim prywatnym życiem z fryzjerami? Bo nie ma prawie żadnego ryzyka, że usłyszane przez nich historie opuszczą salon. Z natury rzeczy jest to bardzo prywatne doświadczenie, mamy tu do czynienia z relacją jeden do jednego, w przeciwieństwie do wielu innych sytuacji w branży usługowej – skomentował wyniki tych badań w rozmowie z The Guardian Adam Brady, londyński barber. I choć szczerej rozmowy nic nie zastąpi, styliści śmieją się, że najlepszym rozwiązaniem, by cieszyć się piękną fryzurą w domu, jest zakup odpowiedniego, inteligentnego sprzętu, dzięki któremu uzyskamy piękną fryzurę nawet w kwadrans, a resztę czasu będziemy mogli przeznaczyć… na plotki i kawę z przyjaciółką. Czemu nie skorzystać?

Źródło: „Encyclopedia of Hair: A Cultural History” Victorii Sherrow, „Hair: A Human History" Kurt Stenn.