W podróży spędziłam prawie dobę, co i tak jest wersją luksusową, bo moja poprzednia wyprawa do Australii pochłonęła ponad 30 godzin. Pierwszy przystanek miałam po niecałych sześciu w Dubaju. Zdążyłam obejrzeć dwa odcinki poleconego przez przyjaciółkę serialu „The Marvelous Mrs. Maisel” (świetnego zresztą), uciąć sobie krótką drzemkę i przekonać sąsiada z siedzenia obok, że opera w Sydney widziana po raz pierwszy w życiu naprawdę robi wrażenie. Trzy godziny na lotnisku w Dubaju też minęły szybko.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej