Tokio to nie tylko Shibuya, znana i najczęściej fotografowana dzielnica konsumpcji, mody i shoppingu. To także parki, stare cmentarze, świątynie i rzeka płynąca przez środek miasta. Są tu jeszcze miejsca, w których można zapomnieć, że jest się w jednej z największych metropolii świata. Wystarczy wyjechać z Ginzy, minąć biurowo-biznesowe centrum miasta, by znaleźć się na pustych ulicach.

Zawsze zaglądam do Shimokitazawy i Koenji, dwóch hipsterskich, punkowych czy nawet trashowych dzielnic. Shimokitazawa jest malutka, można ją łatwo przejść na piechotę. Nie ma tu praktycznie samochodów, bo uliczki są wąskie. Dużo jest za to sklepów z winylami i modą vintage.

Koenji jest jeszcze dalej od centrum. W jej piwnicach i różnych alternatywnych klubach zaczynało sporo noizowych zespołów. Z tych dwóch dzielnic przywożę sporo muzyki, japońskie nagrania z lat 60., elektronikę i rock. W czasach kiedy na platformach streamingowych można już znaleźć wszystko, w Japonii w ogóle nie ma piractwa. Melomani kupują płyty. Jest np. taki bar JBS (Shibuya City, Dogenzaka, 1 Chome-17-10) prowadzony przez starszego mężczyznę, który polewa łychę [whisky], a za plecami ma ogromną kolekcję winyli. Można z nim spędzić godziny – pijąc i słuchając muzyki. Jest też dzielnica Jimbocho z antykwariatami i instrumentami.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej