Bał się pan kiedyś urlopu?

- Nigdy. Ale zdaję sobie sprawę, że żyjemy w czasach, w których pójście na urlop nigdy nie było tak proste i tak trudne zarazem.

Proste, bo?

- Wydłużył się sezon urlopowy. Trwa od kwietnia do września, hotelarze wróżą, że przeciągnie się do października. Zmienia się pogoda. Tegoroczny maj i czerwiec były idealne na wakacje nawet nad polskim morzem. Dlatego nie ma już w firmach wielkich bitew o to, kto te dwa tygodnie w najgorętszym lecie weźmie. Dziś ważniejsza niż umowa z szefem jest nieformalna umowa między pracownikami. Żeby nie było kwasu: że ty bierzesz znowu w połowie lipca, a mnie zostaje sierpień i pewnie znowu będzie lało. Zresztą te dramaty też już nas nie męczą. Jesteśmy zamożniejsi, wybieramy Tunezję czy Grecję i mamy problem ryzyka niepogody z głowy.

Co więc trudnego jest w pójściu na urlop?

- Żeby pójść i rzeczywiście być na urlopie.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej