Widać, jak wchodzące do zatoki łódki męczą się przy silnym prądzie, skąd wieje wiatr. Obok nas ścieżką przechodzą eleganckie starsze panie wyprowadzające pieski. Czasem zagadną:

- Ale co wy tu tak siedzicie, sweeties?

- Czekamy. Na Szymona z Polski. Po dziewięciu miesiącach skończy tutaj przepływać świat dookoła, non stop, na sześciometrowej łódce, bez silnika.

- Wybornie! - komentują, a pieski sikają.

Dobrochna Nowak, sweetie, z którą piję piwo i czekam, to dziewczyna Szymona - także żeglarka. Razem przepłynęli Atlantyk na jachcie "Lilla My", czyli "Mała Mi".

Brożka - jak wszyscy mówią na Dobrochnę, jest jego "zespołem brzegowym". Jest techniczną, specem od meteo, oficerem prasowym, partnerką, przyjaciółką, buforem między lądem a wodą.

Szymon pisze Brożce w SMS-ie, że pierwsze, co chce zjeść po dopłynięciu, to masło. A właściwie to bagietkę z masłem. I lody. Potem może piwo. I niech przywiozą z Polski jakieś kopytka albo pierogi. Przywieźli - a także kabanosy, piwo z Mazur, czekoladę.

Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej