Moje dziewczynki wróciły z weekendu z dziadkami. Z żagli. Z nowymi dziecięcymi kamizelkami ratunkowymi. Założyły je dla zabawy, a mnie zmroziło. W jednej chwili stanęło mi przed oczami cmentarzysko kamizelek ratunkowych na greckiej wyspie Lesbos, które widzieliśmy na drodze naszego Civil March for Aleppo. W drodze z Berlina do Syrii.

„What has been seen, cannot be unseen”, mówią na Lesbos. Raz widzianego nie da się odwidzieć. Odwidzieć, oddotknąć, odczuć, zapomnieć. Z grupą maszerujących wyruszyliśmy w grudniu zeszłego roku. Przeszliśmy 12 krajów, a w każdym z nich spotykaliśmy ludzi doświadczających czegoś podobnego: w Berlinie, w Słowenii, w Macedonii, na greckich wyspach czy w Libanie, przy samiutkiej granicy z Syrią.

To dotknięcie czegoś najważniejszego. Czegoś, czego my w naszym bezpiecznym europejskim świecie na co dzień nie mamy. Nie mieliśmy od 70 lat. Dotknięcie życia i śmierci. Pomocy albo odwrócenia głowy. Pójścia w jedną albo w drugą stronę. Wzięcia na bary konsekwencji naszego stylu życia, który doprowadził do tego, co dziś mamy. Choćby solidarnością.

Na Lesbos spotkaliśmy ludzi, którzy trzy lata temu przyjechali na tydzień i zostali na zawsze. Bo po takim dotknięciu nie sposób wrócić do korporacji czy kremów na zmarszczki.

A to jest dopiero początek tego naszego doświadczenia w Europie. Mamy jeszcze czas, żeby spróbować ułożyć to sobie w głowie, przygotować siebie i swoje dzieci. Zdecydować, w którą stronę każdy z nas chce pójść. Zamknąć oczy czy nie. Spróbować coś zrobić czy nie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Marsz do Aleppo. Im więcej oczu patrzy na Syrię, tym trudniej oprawcom robić złe rzeczy

Przełamać bezsilność wobec wojny. Z Berlina do Aleppo na piechotę

Jesień

W listopadzie zeszłego roku poczułam, że muszę spróbować. Oglądając w internecie filmiki z Syrii, w której szósty rok toczy się tragiczna wojna, nie mogłam znieść bezsilności. Z tej bezsilności napisałam na Facebooku: „A może by tak tam pójść? Czy to pomoże? Jeśli pójdziemy wszyscy razem? Szlakiem bałkańskim, tą samą drogą, tylko w drugą stronę. Co, jeśli to by coś zmieniło? Tłum Europejczyków idący do Aleppo? Poszlibyście też?”.

W kilkanaście dni okazało się, że tych, którzy chcą spróbować, jest kilkuset.

„Dziecięca krucjata”, „Głupie lewaki na wakacjach”, „Ego trip, żeby poczuć się lepiej” – to słychać było ze strony tych, którzy próbować nie chcieli.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Gdynianin w Marszu do Aleppo. "Idą z nami dzieci, potrafią tak odpowiedzieć, że człowiekowi idzie w pięty"

Zima

Ruszyliśmy po trzech tygodniach. Prawie pół tysiąca osób, w drugi dzień świąt, z Tempelhof – największego ośrodka dla uchodźców w Berlinie. Żeby okazać solidarność, podtrzymać nadzieję, nie pozwolić zapomnieć o wojnie.

Szybko się okazało, że wojna w Syrii to też wojna na informacje. „Przecież pokoju w Syrii chcieliby wszyscy” – naiwnie myśleliśmy. Na początku były polityczne wyzwania: dołączyli syryjscy rewolucjoniści czy prawicowy niemiecki youtuber prowokator. Każdego dnia Syryjczycy idący z nami otwierali nam oczy na więcej.

Ale też ktoś na ulicy w Saksonii wciskał w dłoń kamień w kształcie serca, a grupa z Madagaskaru przysłała wideo wsparcia marszu. Z Madagaskaru! A u nas było minus 16 stopni.

W czeskich szkołach, w których sypialiśmy, spotykaliśmy się z dzieciakami, które dorastają w antyimigranckich klimatach. Dla niektórych to były pierwsze spotkania z Syryjczykami.

W Austrii dla wielu Syryjczyków były to pierwsze spotkania z Europejczykami, którzy szli krok po kroku tylko po to, żeby pokazać światu, że nie uznają tego, co złe w świecie, za coś naturalnego. Że nie ma ich zgody na zło. Że chcą i mogą iść, więc idą.

Bo chodzenie jest łatwe: każdy może się włączyć. Każdy, kto chce i wierzy, że jego obecność ma sens. „Czy pójście z marszem przez godzinę coś zmieni?” – pytali ludzie i dawali nam 100 euro zamiast swojej obecności. My oddawaliśmy 100 euro organizacjom, dzięki którym uchodźcy na Bałkanach zimą nie zamarzali, i odpowiadaliśmy: „A gdyby tak każdy Europejczyk dołączył na godzinę? Byłyby nas miliony”. Ale miliony się nie robiły. Przeciwnie. Grupa z kilkuset osób zmniejszyła się do kilkudziesięciu.

Za to ile się działo każdego dnia w tej grupie! Jednego dnia na przykład szły przede mną dwie Austriaczki. Rozmawiały o pogodzie i o pokoju, aż w którymś momencie spojrzały na siebie i rzuciły się sobie w ramiona: „Jezu, to ty!” – okazało się, że 20 lat temu robiły razem jakiś projekt i teraz ich ścieżki znów się przecinają, choć obie przyszły tylko na kilka godzin marszu.

Albo jak dołączyła do nas grupa niepełnosprawnych chłopaków. Bardzo chcieli dać z siebie wszystko, ale mocno opóźniali grupę. Denis, nasz marszowy niedźwiedź, i Fredy, nasz marszowy narkoman, wzięli chłopaków na barana i donieśli do końca. Tego dnia przekroczyliśmy magiczne 1000 km. A 1000 km to jakieś 1 467 988 kroków.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Anna Alboth: Chodźcie z nami do Aleppo. Mamy już dość pisania: 'Jesteśmy tak bezsilni'

Wiosna

Kiedy zrobiło się cieplej, byliśmy już w Słowenii. Zielono, a na ulicach zatrzymywały się auta, żeby dać nam wino czy lokalne kiełbasy.

Jak dotarliśmy do granicy z Chorwacją, zatrzymaliśmy się przy drucie kolczastym, który rok wcześniej postawiono, żeby lepiej kontrolować granicę. Każdy z nas napisał na kartce, co czuje: „Ten drut kolczasty mnie zasmuca”, „Mnie denerwuje”, „Mnie boli”, „Mnie wkurwia”. Ahmad z Syrii napisał: „Ten drut został tu postawiony dla mnie”.

W Bośni pierwszy raz wskoczyliśmy do rzeki. W Bośni pierwszy też raz bolały ręce od machania przyjaznym kierowcom. Za to w Sarajewie bolało serce. Przeszliśmy przez stare miasto boso, robiąc happening. Zanurzyliśmy stopy w czerwonej farbie i maszerowaliśmy, rysując parabolę między oblężonym Aleppo a oblężonym Sarajewem.

Czasem chodziliśmy łąkami po stokrotkach, czasem parkiem narodowym zalanym wiosenną powodzią, czasem jeszcze poprószył śnieg. Ale codziennie sprawdzaliśmy wiadomości z Syrii. Czasem tragiczne, jak ta, że samoloty zrzuciły broń chemiczną nad Chan Szajchun. A my dopiero w połowie drogi.

Codziennie też każdy z nas uczył się czegoś nowego. Bo musiał. Mimo że do marszu przyłączyło się ponad 3500 osób, wciąż byliśmy grupą amatorów, którzy tylko chcieli dobrze. Trzeba było nauczyć się robić śniadanie dla 50 osób, parkować tyłem samochód z przyczepką, prosić o nocleg w kościele, meczecie czy stodole.

Ale znów, mimo że amatorzy – to jacy! W Macedonii dołączyła do nas 77-letnia Inge z Niemiec, która całe życie czuła się winna za to, co jej ojciec robił podczas II wojny światowej. Inge zebrała w sobie całą odwagę, wsiadła w swojego czerwonego vana, sama przejechała tysiące kilometrów, żeby spędzić z nami dwa tygodnie na marszu.

Albo Cassandra – matka czworga dzieci z Australii. Kiedy przeczytała o marszu, powiedziała mężowi, że musi do nas dołączyć. Dał jej trzy miesiące na poukładanie spraw rodzinnych i kupił bilet, żeby pobyła z nami kilka dni.

Byłem w przedsionku piekła. Darek Malejonek o Aleppo

Lato

Lato przyszło w Grecji. Razem z letnimi burzami. Kiedyś kompletnie przemoczeni wylądowaliśmy na stacji benzynowej gdzieś we wschodniej Grecji. Właścicielka stacji szybko znalazła dla nas suche ubrania. Z kosza „dla uchodźców”. Bo tamtędy przechodziły i przechodzą tysiące. A całkiem niedaleko stoi 182-metrowy mur na tureckiej granicy.

Na wyspę Lesbos dopłynęliśmy późno i nie mieliśmy gdzie spać. Ale w obozie Pikpa zrobiono dla nas wyjątek i dostaliśmy uchodźczy namiot. Tej nocy dopłynęło na wyspę ze strony Turcji 150 osób, ich mokre jeszcze kamizelki wisiały na płocie. Niby rok temu takiej samej nocy dopływało i 4000 osób, ale każda z tych 150 to dotknięcie życia lub śmierci.

Na greckich wyspach uwięzionych jest tysiące osób. Nie mogą przedostać się dalej, ale nie mogą też wrócić. My tygodniami walczyliśmy o grupowe przejście marszu dalej – do Turcji. Nie wyszło bez podejmowania wysokiego ryzyka.

Postawiliśmy na plan B: zbliżenie się do Syrii ze strony Libanu.

Pierwsze, czego nauczyliśmy się w Bejrucie, to arabskie słowo „sidfeh” – taki przypadek, który nie jest przypadkiem. W taki sposób spotykaliśmy polityków, przedstawicieli UNHCR, dziennikarzy popularnej MTV i dobre duchy, które pomagały nam dotrzeć do najróżniejszych grup Syryjczyków.

Bywało 40 stopni, lepiło się powietrze, a wszędzie śmierdziało mieszanką śmieci, zdechłych zwierząt i ostrego jaśminu. Maszerowanie w Libanie nie było przyjemne. „Ale przecież w Libanie wszyscy o Syrii wiedzą, co to za ściema, urlopowicze?” – zalewały nas komentarze. A tu na przykład Maria, dobrze usytuowana studentka z Damaszku, która wyjechała z rodzicami jeszcze przed wojną, dołączyła do marszu i pierwszy raz w życiu była w obozie dla uchodźców. W Libanie, w którym jedna trzecia populacji to uchodźcy! „Jejku... Ja przecież mówię tym językiem, mam dużo wolnego czasu, mogłabym tak bardzo się tu przydać...” – mówiła, jak wyszliśmy. Mogłaby. Przyda się? Jakkolwiek zdecyduje, ziarnko zostało zasiane. Ma o czym myśleć.

My ostatnie tygodnie spędziliśmy na myśleniu, czy przekroczymy granicę z Syrią. Czy pójście do Aleppo ma sens. Zdecydowaliśmy się nie aplikować o reżimową wizę. Nie chcieliśmy zniszczyć tego, co udało nam się osiągnąć przez prawie osiem miesięcy marszu. Zostać wykorzystanym do pokojowej propagandy. Zbyt wielu spotkaliśmy Syryjczyków, którzy zbyt wiele nam o reżimie i propagandzie opowiedzieli.

Wbrew armii libańskiej doszliśmy do granicy. Staliśmy nad rzeczką i patrzyliśmy na drugą stronę. Zielone pola wyglądały tak spokojnie. Staliśmy i próbowaliśmy poczuć, jak to jest zrobić własnymi nogami taki most: między domem a tą granicą, na ile inaczej czujemy się niż te 3000 kilometrów temu.

Dotknęliśmy spotkaniami po drodze kilka tysięcy osób. Przez te miesiące ciągle ktoś nas pytał: czy opłacani jesteśmy w dolarach, rublach, rialach czy tylko fejmem? Ciągle ktoś nas próbował sprowokować, nie wierząc w szczerą próbę zrobienia czegoś dobrego.

Bardzo było trudno. Te 3500 osób to same silne osobowości. Może ludzie nawet nie są stworzeni do bycia razem z obcymi ludźmi 24 godziny na dobę? Niby tak dużo nas łączyło: byliśmy w większości z Europy, w większości młodzi, po studiach, mówiący obcymi językami. Wierzący w podobne wartości: pokój na świecie, prawa człowieka, demokrację. Staraliśmy się traktować sprawiedliwie i rozmawiać z szacunkiem. A mimo to o konflikt było cholernie łatwo. Ktoś chciał iść szybciej, ktoś wolniej, taką trasą albo inną, ryzykować mniej albo więcej, spać obok tego albo innego. Na pokojowym marszu najwięcej nauczyłam się o konflikcie. I to jest bardzo ważna, ale też bardzo smutna lekcja. A z tej podróży to pewnie nigdy tak na dobre nie wrócę.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wieczorek taneczny w alei snajperów. Co Dariusz "Maleo" Malejonek widział w Aleppo

Dziewczyny w podróży

O najważniejszych osobach spotkanych w podróży czytaj w „Wysokich Obcasach Extra” i na www.wysokieobcasy.pl