Do księgarni ponownie trafia niezwykła przygoda podróży odnaleziona i opracowana przez Łukasza Wierzbickiego. Spisane dziewczęcą ręką pamiętniki to także wdzięczna lektura dla miłośników twardej, męskiej przygody, świadectwo wielkiego wyczynu sportowego. Autorka w przejmujący sposób relacjonuje trudy przeprawy, kiedy to nie motocykl niesie podróżników, ale podróżnicy pchają czy wręcz przenoszą maszynę przez pustynie Beludżystanu i błotniste szlaki Birmy.

Opowiada mrożące krew w żyłach przygody, niemal na porządku dziennym są płonące w przydrożnych przepaściach ciężarówki i baraszkujące pośrodku szosy tygrysy. Egzotyczna Azja z tygodnia na tydzień, z kilometra na kilometr staje się coraz mniej tajemnicza, wciąga i oczarowuje, przed naszymi oczyma roztacza się barwna mozaika orientalnych obrazów i sylwetek, szoferów, pograniczników, hinduskich sadhu, Ików z birmańskiej dżungli.

***

Fragment książki Haliny Korolec-Bujakowskiej i Łukasza Wierzbickiego "Mój chłopiec, motor i ja. Z Druskiennik do Szanghaju 1934-1936", wyd. Poradnia K

Halina Bujakowska i StaszekHalina Bujakowska i Staszek Mat. pras.

Motocykl marki B.S.A. i wózek (moje mieszkanie na wiele najbliższych miesięcy)

Wystartowaliśmy do rajdu 23 sierpnia 1934 roku o poranku. My, to znaczy ja i mój chłopiec, ubrani w białe combinaison z żaglowego płótna i takież hełmy, a w zasadzie to mój chłopiec wystartował, ja zaś pełniłam co najwyżej funkcję balastu. Motocykl marki B.S.A. koloru zielonego, 10 koni mechanicznych, 1000 cm sześc., wózek (moje mieszkanie na wiele najbliższych miesięcy) także zielony, namiot, cztery koce, dwie poduszeczki, płaszcze przeciwdeszczowe, waliza, a w niej dwie (straszna prawda!) suknie, sportowe ubrania, swetry, trochę bielizny, buty na zmianę, kuchenka składana i aluminiowe rondle, maszyna do pisania, dwa aparaty fotograficzne, zapasowy łańcuch, opona, dętki, komplet narzędzi, sznur i łopata. Oto cały bagaż i ekwipunek na romantyczną przygodę na miarę Don Kichota i co szlachetniejszych zdobywców nieznanych lądów, wyprawę transazjatycką zamierzoną na wielką skalę do celu tak lekkomyślnie palcem wytkniętego na mapie, najdalszego miejsca dokąd lądem można zajechać – do Szanghaju!

Wystartowaliśmy, mając w kieszeni niewiele, bo mniej niż sto funtów angielskich. Ile mniej, nie zdradzę, i tak byście zresztą nie uwierzyli. Stanęliśmy do walki z czasem, przestrzenią, drogą i ludźmi, na przekór wszystkim głosom rozsądku, które zamiast zachęty przynosiły oszczerstwa i nieustanne krakanie, że nie dalej dojedziemy, jak do Wiednia, na Bałkany, no co najwyżej do Konstantynopola. I nawet kiedy dobrnęliśmy do celu, nie zdołaliśmy wykrzesać z sybarytów naszego pokolenia bodaj iskry zapału i uznania. Jedyną pociechą w strapieniu było to, że zawsze wyprzedzaliśmy o krok wszystkich tych złorzeczących czarnowidzów. (…)

Czuliśmy się niczym wróble na gałęzi targanej wiatrem, bo i lekko, i szczęśliwie, i podrzucało na wszystkie strony. Skacząc z kamienia na kamień, wypadliśmy na szosę prowadzącą do Łowicza. Szosa fatalna, maszyna z trudnością brnęła przez piachy, sierpniowe słońce paliło upałem, pył osiadał na spoconych twarzach, myśli coraz więcej tęsknych, smutnych kołatało się po głowie. Pożegnanie, ciepłe matczyne objęcia, pocałunki, łzy, uśmiechy. Ojciec płakał i siostra Hanka, jedynie Mama zdołała zachować twarz spokojną.

– Z Bogiem. Pod płaszczem Matki Najświętszej i opieką Świętego Antoniego, niech was omija zła przygoda, moje dzieci.

Jeszcze szeroki znak krzyża w powietrzu, zdławiony szloch, terkot motoru zagłuszył ostatnie przestrogi, zniknął dom za zakrętem. Tęsknoty, złe przeczucia rozwiały się szybko, jechaliśmy przecież w podróż naszego życia, uplanowaną w wielkiej tajemnicy podczas spacerów z psami po lesie, na nartach łazikując beztrosko, ruszaliśmy po wielką przygodę szerokich szlaków, do krajów słońca, ziszczał się sen dzieciństwa, najpiękniejsze marzenie, stawaliśmy do walki o swoje życie.

(…) Źle będzie czy dobrze, nie wolno oglądać się za siebie. Nikt i nic nas nie wróci. Przed nami szeroka szosa...

Słońce zamotane w pajęczyny babiego lata toczyło się kulą w białym pyle gościńca, przez rżyska i ścierniska, przycupnęło na progu chaty bielonej, aureolą świętych zawisło na krzyżu przy rozstaju, do nieba wysokim. Mknęliśmy za nim na zachód. Motor przybierał gazu, papieros parzył zgubionymi iskrami, uciekały topole, słupy telegraficzne, malwy i słoneczniki, jabłonie ciężkie czerwienią i złotem. W podróżnych tobołkach zagnieździć się musiały skrzaty domowe, co podskok, inny sznur lub rzemień pęka, sypie się bagaż w pył szosy, przystawać trzeba, zbierać, wiązać. Opony z kolei umiłowały sobie zgubione na drodze gwoździe, toczy się taka, podrzuca, nabiera, wreszcie naszpikowana żelastwem wypuszcza powietrze z sykiem żmii. Uporasz się z jedną, za godzinę z drugą ten sam kłopot. Robota przy motorze nie dla mnie, podział ról od początku jasno ustalony, mój chłopiec ma motor, czuje każde drgnienie maszyny, pracuje, prowadzi, naprawia, opiekuje się dziesięciokonnym potworem, pasażerka wózka telepie się bezczynnie, oczy otwarte, uszy nastawione, wypatruje, nasłuchuje i pisze. Może uda się spisać kronikę tej przygody XX wieku? Właśnie!

Dama w koszyku

Niebotyczną aleją topolową dojechaliśmy do punktu granicznego Gorzycko. Pogranicznicy rozradowali się na widok naszych paszportów, nigdy jeszcze nie widzieli tylu egzotycznych wiz, urośliśmy w ich oczach. Do zaszczytu czytania chińskich, perskich, japońskich znaczków dopuszczono nawet kilku obywateli miasteczka. Motor otrzymał plombę ołowianą, uścisnęliśmy po raz ostatni polskie dłonie.

– Jedźcie z Bogiem!

Zaskrzypiał szlaban, uniósł się, po chwili opadł znów, już za naszymi plecami. Wieczorem wjeżdżamy aleją Frankfurcką do Berlina. Miasto jest kapitalnie zmotoryzowane, szeroką szarą szosą mkną auta i piętrowe autobusy, motocykle z przyczepkami i bez, wozy ładowne, ciężarowe szare cienie suną przez szary kraj. Poczwórny szereg maszyn pędzi z szybkością 70 kilometrów na godzinę, nie dając żadnych sygnałów przy mijaniu, pod kołami wyślizgany asfalt, policjanta nie widać, ruch reguluje sygnalizator świetlny, mrugają robaczki świętojańskie znaków, sygnałów, objazdów, migotliwe, zdradliwe. Są ludzie, których raduje widok zachodniej cywilizacji. Motoryzacja, urbanizacja, militaryzacja, nacjonalizacja... dla mnie profanacja przede wszystkim, profanacja tego, co było przecie ongiś dzikie, piękne w swej naturalnej prostocie.

(…) Opuszczamy Berlin.

Przed hotelem, gdzie pakujemy motor, zbiera się tłumek ciekawskich, ten i ów służy dobrą radą, wszyscy są ogromnie podekscytowani celem naszej podróży

Całe następne trzy tygodnie toczymy się europejskim szlakiem automobilklubów. Pola, lasy, wsie, zamki rycerskie, stare miasteczka, drogi wysadzane sadem owocowym, nie myślałam wtedy o przestrzeni rzuconej hojną ręką za nami.

Wspinamy się serpentyną coraz wyżej, strzeliste jodły porastają skały gęstym zwartym lasem, aż nagle, nie zdążyłam się nawet obejrzeć, a karkołomnym zjazdem, przy jęku hamulców, spadamy na łeb na szyję w roześmiane Czechy. Co przejedzie maszyna lub motocykl, są tak bajecznie nowoczesne i kolorowe, że aż oczy kłują. Wsie krzyczą barwami, pomyśleć by można, że maszerował tędy olbrzym jakiś w butach siedmiomilowych i niósł pod pachą pudło z farbami, a że był w swawolnym nastroju, rozpaćkał barwy bezładnie wielkim pędzlem po palecie pól, siół, chat, kościołów, mostów, świątków przydrożnych, nawet słupków kilometrowych nie pominął i ubrał je w szafirowe czapeczki.

Jest w Czechach miły zwyczaj, że wszystkie stacje benzynowe pozdrawiają przejeżdżającą maszynę niczym starego przyjaciela. Wszyscy są w tak dobrych humorach, że ani się gniewać, ani dąsać nie można. Przed Pragą łapie nas burza i deszcz tak straszliwy, że koszyk w parę minut zamienia się w wannę pełną wody. Przeczekujemy ulewę przykryci plandeką, po czym z szerokich pól staczamy się ku antycznej, wspaniałej Pradze otulonej w opalizujące welony mgieł. Odszukujemy budynek hotelu wciśnięty między stare domy, karzeł w czerwonej liberii prowadzi windę na czwarte piętro, w hotelowym pokoju na każdym meblu ląduje inna część garderoby. Suszymy się.

Zinwald. Posterunek graniczny skrył się w gęstym świerkowym lesie. W kawiarence zamawiamy białą kawę, znikają jedna po drugiej olbrzymie pajdy pytlowego chleba z masłem.

Gospodarz z nabożeństwem rozkłada przed nami księgę gości, prawdziwy król pił jego kawę, z dumą prezentuje zaklejony celofanem podpis Alfonsa XIII. Radzę mu od razu zakleić nasz, bo będziemy sławni bez wątpienia, a jak się zdarzy zginąć po drodze, może zostaniemy bohaterami narodowymi

Bierze biedak księgę i spogląda nieufnie, nie wie, co myśleć... Strumyk szemrze cicho pośród lasu. Nie gotując herbaty, nie zapalając świateł, w ciemności i ciszy, by nie ściągnąć nieproszonych gości, walczymy z linkami, po raz pierwszy w naszej podróży rozbijamy namiot. Kładziemy się, jednak jakoś niełatwo zasnąć, najcichszy szelest stawia na równe nogi, a ileż takich szmerów rozlega się w iglastym lesie, to szyszka spadnie, mysz skrobnie, trzaśnie gałąź. Straszne, nieprawdaż? Budzi nas świtanie i chłop, który umieszczając „ooo” w każdej sylabie, kategorycznie oznajmia, że las jest jego własnością i nie wolno nam w tym miejscu biwakować. Uprzejmie wyjaśniamy, że nie grozi mu to, wprost z jego lasu wybieramy się bowiem do Chin. Z marszu zaimponowaliśmy mu i to bardzo, już jest zaszczycony, że spędziliśmy noc na jego terenie, rozstajemy się w wielkiej przyjaźni.

W Wiedniu pada deszcz, leje jak z cebra. Słoneczny Wiedniu, co się stało? Śliczne wiedenki biegają na wysokich, bardzo wysokich obcasach, błoto plami ażurowe, jedwabne pończochy, wiatr znęca się nad frywolnymi kapelusikami, miejscowi spoglądają w niebo i mówią, że im te chmury śniegiem pachną. Mijamy ostatnią stację benzynową w znaczeniu środkowoeuropejskim, za granicą kończy się asfalt... podskakując na wybojach i kocich łbach, wjeżdżamy do Mariboru, spłoszone konie stają dęba na widok motoru, kopytami wymachują ponad naszymi głowami, z jękiem i brzękiem wali się wóz. Oto jesteśmy w Jugosławii.

Królewska droga Maribor – Varazdin – Belgrad, na mapie gruba pierwszorzędna czerwona kreska, w naturze wygląda tak: koła toną do wysokości osi w zwartym, ciężkim, żyznym błocku, które osiada grubą warstwą na motorze, ubraniach i twarzy. Na przestrzeni pięciuset kilometrów przez trzy dni toniemy dosłownie w tym bagnie. Zabawnie musimy wyglądać, niczym stwory zaskorupiałe błotem, nam jednak daleko do śmiechu. Miłym urozmaiceniem w tym wszystkim okazuje się naprawa gumy. Całe szczęście, że awaria przydarza się we wsi, gdzie dostaliśmy wiadro z wodą, no i gromadę chłopów, by Stachowi kibicowali. Gorzej, gdy stajemy we wsi zakazanej bez paliwa. Mieliśmy pełen bak, ale kto mógł przypuszczać, że na przestrzeni stu kilometrów nie będzie benzyny i że tylko jeden cylinder będzie palił, bo magneto zamoknie? Mój chłopiec udaje się na rozstaje, kędy raz na dobę, o nieokreślonej porze przejeżdża autobus, ja siadam i czekam. Wtem słyszę ryk motoru i chlupot błota, uszom nie wierzę, od trzech dni przecież nie spotkaliśmy samochodu! Wyskakuję jak oszalała na środek drogi i staję zdesperowana z rozkrzyżowanymi ramionami. Trzej kulturalni panowie, Bułgarzy, zatrzymują się i ratują dwoma litrami. Chwytam bańkę i wlewam ostrożnie do baku, może wystarczy do następnej wioski. Dumna ze swej zaradności czekam na mojego chłopca. Wraca wreszcie. Z pustymi bańkami. Ruszamy, nie ujeżdżamy jednak daleko, parę kilometrów za wsią znów stajemy, tym razem w szczerym polu. Cała benzyna wyciekła przez otwarty kranik. Co robić? Nic, tylko pchać. Pchamy godzinę, dwie, tonąc w błocie, w końcu zmrok zapada. Nieustannie pada deszcz. Ruszam na obchód okolicznych chat, śpiących ludzi z łóżek wyciągam, benzyny jednak nikt nie ma. W końcu znajduję chłopa, który po wielkich targach podejmuje się za 60 dinarów podwieźć nas do stacji z paliwem. Idzie zaprzęgać, my tymczasem dostrzegamy migające w oddali światełko, słyszymy wyraźny warkot maszyny, drogą jedzie Serb złotowłosy, błękitnooki, na brąz spalony i choć sam goni resztkami pożyczonej benzyny, zgadza się wziąć nas na linkę. Już mamy ruszać, gdy z mroku wyłania się chłop i awanturę wszczyna zły, że zarobek przejdzie mu koło nosa. Uspokaja się dopiero, gdy zostawiamy mu bakszysz. Spogląda jeszcze złowrogo, bolejąc nad utratą reszty, my tymczasem przyczepiamy motor. Szarpie, rzuca na strony, ale jedziemy. Tak dowlekamy się do rogatki policyjnej w Zemun na przedmieściach stolicy.

Belgrad wywiera na nas miłe wrażenie, w nocy promienieje życiem kawiarni i restauracji, w dzień mieni się barwami mundurów gwardii, a zarówno w nocy, jak i w dzień ogłusza sygnałami samochodów, wydano tam bowiem przepis policyjny mówiący, że jadąc prosto, daje się jeden sygnał, w prawo dwa, a w lewo trzy, i przyznać trzeba, że szoferzy Belgradu sumiennie stosują się do nakazu

Na przestrzeni następnych stu kilometrów droga wiedzie brzegiem pięknego, szerokiego, błękitnego Dunaju, a by dopełnić wrażenia, dorzućmy do malowniczego pejzażu ruiny fortec tureckich, młyn pływający, łódź samotną wyściełaną szuwarem, żywopłoty śnieżnobiałej akacji. Bajka. Posuwamy się na południe szlakiem bizantyjskim, odwiecznym traktem karawan handlowych, na którym każda wioska posiada swoją wielką historię z okresu walk o niepodległość, każda tyle widziała, nasłuchała się szczęku oręża, syku płonącej smoły, jęków zarzynanych niemowląt i gwałconych dziewic... niech śpią dzieje minionych istnień.

Za Niszem krajobraz nabiera ognistorudej barwy, pośród rudych gór chaty lepione z rudej gliny, na pastwiskach rude owce i pasterze w rudych guniach o twarzach przez słońce na rudo spalonych. Nawet nasz motor przybrał rudą barwę. Wąska kamienna droga wije się z fantazją, wspina wprost pod niebo, to znów spada karkołomnym zjazdem lub wirażem. Pośród szarych, skąpanych w księżycowej poświacie gór, w samym sercu Bałkanów, na szerokiej hali stoją dwa posterunki, biały jugosłowiański i zielonoszary bułgarski. (…)

Ruch na drodze taki, że przecisnąć się trudno, wozy, osiołki, tancerki, artyści wędrowni z niedźwiedziem, za parę groszy można mieć przedstawienie na szosie. Chłopi, jak przed wiekami, wdziewają brunatne siermięgi, łapcie, serdaki baranie i nóż za szerokim pasem noszą, kobiety z nieodłączną kądzielą w ręku przechadzają się odziane w czerwone fartuchy z czarnym haftem. Przed każdą chatą pergola z winoroślą, pośrodku wsi w wyciętej framudze duży piec chlebowy, to piekarnia wioskowa. Od Płowdiwu droga spada w dół ku stepom Marmara, płynie leniwa Marica, siwe czaple brodzą pośród traw, wzgórzami ciągną się winnice. Tu po raz ostatni rozbijamy namiot na bułgarskiej ziemi, gościnnej i serdecznej. Noc gwiaździsta, chłopi zasiadają kręgiem na trawie, gapią się w milczeniu, wstają i idą. Naród dobry, spokojny i poważny.

Jak zabawnie wspomnieć te ostrzeżenia, że Bułgarzy źli, że obrabują nas i zarżną. Nie tylko nie zarżnęli, ale dokarmiali wzdłuż całej drogi i obdarowywali naręczami winogron

Pasterze uwiązali psiaka do płotu, by pilnował naszego namiotu. A któż miałby nas okraść? Psina piszczy żałośnie. Idź spać, wracaj do budy. Oczy się kleją.

'Mój chłopiec, motor i ja''Mój chłopiec, motor i ja' Mat. pras.