Nie widzieliśmy ich, nie słyszeliśmy. I dziwiliśmy się, że w Niemczech, Francji, Danii, jest ich tak wielu. Na wózkach, o kulach. W kinie, sklepach, parkach. Że pracują, odpoczywają, wychowują dzieci, uczą się.

Dorośli z niepełnosprawnościami. Niewidomi, z zespołem Downa, z porażeniem mózgowym.

W Polsce niewidzialni. Bez pracy i perspektyw. Uwięzieni w blokach bez wind, podjazdów. W miasteczkach, gdzie nic się nie dzieje i w wioskach, do których autobus dojeżdża raz dziennie.

I nagle, rok temu, w gorące lato 2018, zobaczyliśmy ich na sejmowych korytarzach. Uśmiechniętych i zmęczonych. Milczących lub rozgadanych. Niezwykle dzielnych i zdeterminowanych.

Mówili do nas z telewizji, gazet, portali: halo, my jesteśmy.

Koniec upokarzającego życia więźniów. Koniec wegetacji i udawania, że wszystko jest w porządku. Że da się żyć w bloku bez windy, za rentę socjalną w wysokości 740 zł.

Za każdym z nich, niepełnosprawnych, stał ktoś, kto pchał wózek, podawał kule, podtrzymywał.
Najczęściej kobieta. Matka. Gdy rodzi się niepełnosprawne dziecko, to zwykle ona idzie na wojnę. Walczy o szkołę blisko domu, dobry wózek inwalidzki, modernizację łazienki, zamianę mieszkania, tego na 4 piętrze na takie na parterze.

Rzuca pracę, wystaje w kolejkach do orzecznika i lekarza, chodzi po prośbie, żeby przeżyć do pierwszego. Rozpacza, bo dziecko znów wypadło z kolejki do rehabilitanta, specjalisty.  Wścieka się, że jej dziecko to słabszy, który zasługuje tylko na ochłap.

Ona tak naprawdę wkurzyła się jedenaście lat temu, gdy straciła świadczenie pielęgnacyjne, bo mąż - zresztą wspaniały, wspierający - dostał małą podwyżkę i przekroczyli kryterium dochodowe. O 50 zł. A przecież i tak ledwo dawali radę. Z pomocą teściowej!

Pisała do polityków, prosiła o spotkanie. Bezskutecznie. W końcu zaczęła szukać w internecie tych, którzy ją wesprą - innych rodziców osób niepełnosprawnych. 

Przekonywała: pisma nic nie dają, trzeba wyjść na ulicę. Protestować. Bo jak się grzecznie prosi, nikt nie słucha. Trzeba tupać nogą. Przekonała i tupnęli.

Protestowali w sejmie 40 dni. Lekceważeni, pogardzani, popychani - nie odpuścili. Wsparło ich 80 proc. Polaków. I udało się zrównać rentę socjalną, którą otrzymują osoby niepełnosprawne z 84 do 100 proc. najniższej renty socjalnej.

Iwona Hartwich wyprowadziła Jakuba, swojego syna z klatki ograniczeń, bezduszności, bezradności. A wraz z nim z tysięcy klatek tysiące innych polskich niepełnosprawnych. To ona dała siłę innym rodzicom dzieci z niepełnosprawnościami, żeby wyszli ze swoimi dziećmi z domów, bez wstydu, który bywało, kiedyś im towarzyszył.

A nam, ludziom, którzy myśleli, że osób z niepełnosprawnościami w Polsce nie ma, pokazała ich.

Gratulacje pani Iwono, nasza Superbohaterko 2018 roku. Jest Pani wspaniałą kobietą i matką. Ma Pani cudownego wspierającego męża i dwóch wspaniałych synów. Zdrowia i szczęścia. I niech supermoce zawsze będą z Panią.